• Wpisów:447
  • Średnio co: 5 dni
  • Ostatni wpis:3 minuty temu
  • Licznik odwiedzin:63 754 / 2530 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Co robię, gdy zatęsknię za przysmakami ze słonecznej Italii? Wybieram się do Ante.


W Delikatesach znajdziemy całe mnóstwo włoskich produktów. Od tych, które kojarzą się nam od razu typu makarony lub kawa, przez wyśmienite sery, które bardzo polecam, a kończąc na moim absolutnym hicie- kremie pistacjowym.


Krem odkryłam, gdy moja przyjaciółka przywiozła go
z Włoch i mnie poczęstowała. To była jedna z najlepszych słodkich rzeczy, jakie w życiu jadłam
i mówi to osoba nieprzepadająca za pistacjami.


Z podroży do Mediolanu i Bergamo sama sprowadziłam cały zapas, który po jakimś czasie się skończył... Wtedy na ratunek przyszło Ante

Krem niestety nie jest tani, bo za malutki słoiczek zapłacimy aż 25 zł. Ogólnie sycylijski sklep należy raczej do drogich przyjemności. Na szczęście nieco rekompensuje to miła obsługa.

Podsumowując, jeśli chcecie poczuć smak gorącej Sycylii (lub obłędnego kremu pistacjowego) wybierzcie się na ulicę Zwierzyniecką 22 do sycylijskich delikatesów.
 

 
FLUID ROZŚWIETLAJĄCY LIRENE


Dostałam fluid od mamy i szczerze mówiąc, byłam sceptyczna. Po pierwsze bałam się, że kolor beżowy 03 jest za ciemny dla mnie, a po drugie, że rozświetlające drobinki sprawią, iż moja tłusta cera będzie się świecić.

Wypróbowałam i jestem zadowolona. Kolor okazał się idealny. Fluid dokładnie matuje cerę i długo się utrzymuje. Pierwszy raz używam kosmetyku z witaminą C i to naprawdę działa, ponieważ moja skóra wygląda na odżywioną. Producent zapewnia, że produkt wyrównuje koloryt skóry i rozjaśnia przebarwienia,
z czym absolutnie się zgadzam, ponieważ widzę te efekty.

Istnieje szansa, że fluid lepiej sprawdza się zimą. Latem jego rozświetlające właściwości mogłyby potęgować świecenie się twarzy.

Dla mnie to doskonały wybór na zimowe miesiące.

Polecam: 7/10.
 

 
Przejeżdżając przez Czarny Dunajec z koleżankami, wpadłyśmy do Dzikiego Byka na burgera. Jak było? Raczej nie po byku.


Przydrożna, drewniana góralska karczma zaadaptowana na burgerownie zachęca głodnych podróżnych. O ile nie odstraszy Was słaba obsługa, to zamówicie w okienku swojego względnie taniego burgera i za drogie piwo. Na zamówienie przyjdzie Wam czekać wieki w sali, która nie dość, że jest mniej klimatyczna niż McDonald's to jeszcze zimna. Gdy już się przeziębicie, dostaniecie średnich rozmiarów burgera, którego smak jest mocno poniżej przeciętnej. Może mają kilka pozycji w menu, które wyglądają interesująco, ale co z tego skoro smakowo to żadna rewelacja.

Podsumowując, nie polecam. Znam smaczniejsze burgery i dużo klimatyczniejsze miejscówki.

Ogólna ocena: 3/10
 

 
Jestem ogromną fanką Oscarów. Co roku z wypiekami na twarzy czekam na nominacje, oglądam filmy
i sprawdzam, kto zwyciężył. Mam też zazwyczaj swoje typy.


Ale moje typy to jedno, a mechanizmy działania Akademii to drugie. Uważam, że gremium przychyli się do stanowiska panującego na Złotych Globach, że "filmy ogląda się w kinie, a nie na Netflixie"
i statuetki powędrują do filmów, które miały kinową dystrybucję. A szkoda, bo Netfliksowe produkcje zasługują na nie jednego Oscara.

Poniżej subiektywne zestawienie- co chciałabym, żeby wygrało i co zapewne wygra.
Najlepszy film

Wygra: 1917, a chciałabym, żeby wygrała "Historia Małżeńska".
Najlepszy aktor pierwszoplanowy

Wygra: Joaquin Phoenix (Joker ) i to jest bezapelacyjnie dobry wybór.
Najlepsza aktorka pierwszoplanowa

Wygra: Najlepsza aktorka pierwszoplanowa i popieram.
Najlepszy aktor drugoplanowy

Wygra: Brad Pitt (chciałabym, żeby wreszcie dostał Oscara, ale nie za Pewnego razu... w Hollywood), chciałabym, żeby wygrał Joe Pesci (Irlandczyk).
Najlepsza aktorka drugoplanowa

Wygra: Scarlett Johansson i nie mam nic przeciwko (Jojo Rabbit).
Najlepszy reżyser

Wygra: Todd Phillips (Joker ) lub Sam Mendes (1917), a chciałabym, żeby wygrał Todd Phillips.
Najlepszy scenariusz oryginalny

Wygra: "Pewnego razu... w Hollywood" Quentina Tarantino, a chciałabym, żeby wygrało "Na noże" Riana Johnsona.
Najlepszy scenariusz adaptowany

Wygra: Joker, a chciałabym, żeby wygrał Irlandczyk.
Najlepszy film nieanglojęzyczny

Wygra: Parasite i dobrze. Boże ciało jest genialnym filmem, ale ma zbyt mocną konkurencję.
Najlepsza charakteryzacja i fryzury

Wygra: Joker lub Judy i w sumie ok, ale chciałabym, żeby jakaś statuetka powędrowała do Czarownicy.
Najlepsza muzyka oryginalna

Wygra: Joker i zgadzam się.
Najlepsza piosenka

Wygra: "I’m Gonna) Love Me Again" z Rocketmana,
a mi najbardziej podoba się "Stand Up" z Harriet.
Najlepsza scenografia

Wygra: 1917, a chciałabym, żeby wygrało Jojo Rabbit lub Irlandczyk.
Najlepsze efekty specjalne

Wygra: 1917 lub Gwiezdne Wojny: Skywalker. Odrodzenie, no i spoko, ale bardziej kibicuje Gwiezdnym Wojnom.
Najlepsze kostiumy

Wygra: Pewnego razu... w Hollywood, a ja w sumie cieszyłabym się, gdyby Małe Kobietki dostały jakiegoś Oscara lub gdyby doceniono tu Jojo Rabbit albo Irlandczyka.
Najlepsze zdjęcia (to moja ulubiona kategoria)

Wygra: 1917 a ja trzymam kciuki za Irlandczyka lub strasznie pominięte w nominacjach Lighthouse.
Najlepszy długometrażowy film animowany

Wygra: Toy Story 4 i tak powinno być.
Najlepszy dźwięk

Wygra: 1917 lub Joker i jestem za Jokerem.


Najlepszy montaż
Wygra: Joker, a ja wolałabym widzieć Irlandczyka ze statuetką za montaż.


Najlepszy montaż dźwięku
Wygra: Joker lub 1917 i oczywiście kibicuje Jokerowi.


Najlepszy pełnometrażowy film dokumentalny
Wygra: Kraina miodu i to będzie zasłużona nagroda.

Ciekawe ile z moich typów się sprawdzi
 

 
Niby prosta rzecz- pójść do restauracji, a jednak problem.


Czemu problem? Bo próbowałam trzy razy i dopiero za trzecim się udało. Pierwszy raz przyszłam 30 min przed zamknięciem. Nie zdziwiło mnie specjalnie, że kuchnia była już nieczynna. Drugim razem przyszłam 3 godziny przed zamknięciem i kuchnia znowu była nieczynna. Za trzecim razem przyszłam 6 godzin przed zamknięciem i wreszcie się udało.

Restauracja nosi nazwę Zielone Tarasy za sprawą balkonu widokowego, na którym możemy zjeść posiłek. W zimie to raczej nie możliwe więc widok nie jest już tak atrakcyjny. Lokal urządzony jest schludnie
i poprawnie, niczym się nie wyróżnia. Może powinnam wybrać się tam latem, aby zachwycić się tarasem.

Bardziej zachwycające jest menu. Krem z batatów z chrustem z boczku był perfekcyjny. Nie ustępował mu ten pomidorowo- paprykowy. Ja zdecydowałam się na sezonowe danie- mini pizzę z gęsiną i żurawiną. Co to było za genialne połączenie smaków! Moja koleżanka zamówiła placki ziemniaczane z łososiem, gdzie nie oszczędzali na rybie, a całość była smaczna i sycąca.
To wszystko w niskich jak na Kraków cenach.


Obsługa raczej zadowalająca. Ani dobra, ani zła- poprawna.

Podsumowując, do Zielonych Tarasów warto wybrać się na przepyszny obiad, gdy będzie zielono i raczej wcześnie, bo im później, tym większe prawdopodobieństwo, że nie zjecie.

Ogólna ocena: 7/10.

Adres: Kraków Al. Słowackiego 64
 

 


Nasz pobyt w Mediolanie trwał 2 dni. W trakcie zdążyłyśmy doświadczyć wielu wspaniałych, ciekawych i zabawnych rzeczy.


Parada równości

Tak! Przypadkowo trafiłyśmy na Paradę. Nie wyobrażacie sobie mojego szczęścia. Gdy tylko zobaczyłam osoby z tęczowymi gadżetami, od razu zapytałam o trasę wydarzenia. Wybrałyśmy się na końcówkę i na imprezę. To była moja najlepsza Parada Równości w życiu! Byłam na wielu w Polsce i to jest kolosalna różnica. U nas wydarzenie ochrania chorda policji, we Włoszech nie było takiej potrzeby.
W Polsce są obraźliwe kontrmanifestacje, tam nic takiego nie miało miejsca. Parada w Mediolanie była jedną wielką pozytywną imprezą. Ludzie tańczyli, śpiewali, było mnóstwo artystycznych występów
i finezyjnie przebranych osób, a na każdym kroku rozdawano tęczowe gadżety za free. To było jedno
z najbardziej pozytywnych doświadczeń w moim życiu. Musiałyśmy wyglądać z Roksą jak para uroczych lesbijek.












Upał + alkohol

Z okazji Parady całe miasto było przystrojone tęcza. Sklepy, ulice, knajpy.
Wystrój jednego z barów szczególnie nam się spodobał: tęcza, flamingi, hawajskie akcenty. Poszłyśmy na drinka albo dwa. I na banie tequili albo cztery. Alko siadło szybko, bo było gorąco,
a my niewiele zjadłyśmy. Do dziś mamy wstręt do tequili.




Aperitif

Nobla temu, kto to wymyślił. Płacisz za napój,
w naszym przypadku 5€ za Aperol i jesz, ile chcesz przekąsek z bufetu. Genialne! Taka opcja czeka na nas po godzinie 17. We Włoszech od 14 do 17 jest sjesta. Przed sjesta możemy zjeść normalny obiad,
a po już tylko aperitif.




Jedzenie

Do Włoch jeździł się po to, żeby jeść. I pić wino i kawę. Zatem jadłyśmy najpyszniejsza na świecie sałatkę caprese i idealne spaghetti z widokiem na Katedrze Duomo. Piłyśmy z rana pyszne włoskie cappuccino i espresso, przegryzając uroczymi mini ciasteczkami.






Na koniec jeszcze wysłuchałyśmy koncertu plenerowego pod Pałacem Sforzów.
Doświadczanie Mediolanu było super!

 

 
Wszystko, co najbardziej lubię w maseczkach, czyli oczyszczanie i tubka oraz jedna wada.


Oczyszczająca maseczka z Avonu z serii Planet spa
z cedrem i eukaliptusem według producenta ma dogłębnie oczyszczać naszą skórę twarzy. Czy rzeczywiście? Ma moją tłustą cerę działa dobrze, buzia faktycznie była oczyszczona, a podczas jej stosowania miałam nieco mniej niedoskonałości.

Czy działanie było jakieś spektakularne? Raczej nie,
a tego spodziewałabym się po maseczce za ponad 10 zł. Na szczęście opakowanie starczyło mi na długo. A skoro
w temacie opakowania jesteśmy, to bardzo lubię maseczki
w tubkach. Te w saszetkach brudzą wszystko do około, gdy czekają na następne użycie.

Jakaś wada? Tak. To jest maseczka typu peel off (trzeba ją ścierać z twarzy na sucho), a takie produkty nie są rekomendowane dla naczynkowej cery, a moja niestety ma takie tendencje. Ścierałam maseczkę bardzo delikatnie, dzięki czemu nie nabawiłam się nowych pajączków na twarzy.

Ogólna ocena: 6/10, czyli polecam.
 

 
Karcma pod Strzechom, czyli Zakopane, prawda? Wcale nie, bo Katowice.


Wprawdzie karczma w wyszukiwarce widnieje jako góralska restauracja, ale z góralskich akcentów to było tam może kilka dań jak oscypek czy kwaśnica
i góralska muzyka, z której, nawiasem mówiąc, mogliby zrezygnować.

Restauracja ma charakter staropolskiej karczmy urządzonej jakby ktoś obrabował pobliski skansen co mi się podoba. Nie jestem zwolenniczką, upychania góralskich knajp wszędzie gdzie się da, jeśli już karczma to niech będzie "ogólnopolska".

Takie jest też menu. Jak wspomniałam znajdziemy kwaśnice, ale również roladę z kluskami śląskimi. Przede wszystkim polecam przepyszny barszcz
z uszkami i panierowany serek.

Drobne "ale" mam do obsługi, ponieważ przy pierwszym kontakcie kelnerki były dość gburowate, potem miłe, potem znowu niezadowolone, że coś od nich chcemy,
a następnie znowu przyjaźnie nastawione. Loteria.

Podsumowując Karcma pod Strzechom to smaczna opcja na dużego głoda, która nie zrujnuje nas finansowo.

Ogólna ocena: 7/10

Adres: Katowice Grzyśki 13
 

 
Znana z powieści Agathy Christie konwencja: rodzina w wielkim domu i morderstwo. Sprawca jest wśród nich. Czy udało się ten znany schemat odkryć na nowo?


Tak! I to zaskakujące jak wielką nowością jest " Na noże" dla widza, którego wydawać by się mogło, już nic nie zaskoczy, a już na pewno nie tak popularny schemat kryminału.

Na filmie bawimy się doskonale głównie za sprawą doskonale napisanych postaci i intrygi, którą możemy sami próbować rozwiązać oraz plot twistów.

Każdy z bohaterów ma tu coś do powiedzenia, ma swoją rolę, jest charakterystyczny, ale nie przesadzony. Oczywiście na prowadzenie wybija się Detektyw grany przez Daniela Craiga, czyli Bonda, którego nie lubię. Tym razem Craig nie jest Bondem, lecz tworzy swoją postać w zupełnie inny, zabawny i oryginalny sposób (kto wie, z jakim akcentem on mówi?!). Takiego Craiga jeszcze nie widziałam.

Trzeba doskonałego reżysera, aby nie zaprzepaścić potencjału leżącego w takich wyrazistych postaciach i aby dać widzowi poczucie równowagi między nimi- tu to wszystko mamy.

Jakby mało było zachwytów to posiadłość, w której rozgrywa się akcja, jest przepiękna, pełna tajemniczych, intrygujących, lekko creepy przedmiotów i wygląda jak żywcem wyjęta z kryminału Christie.

Czy warto iść na "Na noże". Zdecydowanie tak. Nominacja do Oscara za scenariusz jest w pełni zasłużona i będę trzymać kciuki za ten film.
 

 
Marzenia są małe i duże. Jednym z moich małych marzeń było śniadanie w Charlotte. Spełniła je dla mnie Roksana.


Moja przyjaciółka pewnego paskudnego dnia zabrała mnie na najpyszniejsze śniadanie wszech czasów do Charlotte. Miejsce jest ekstremalnie obleganie dlatego, rezerwacja jest wskazana. Niestety w weekendy nie rezerwują stolików, a wejście "z ulicy" graniczy z cudem, ponieważ kolejki ciągną się na zewnątrz lokalu. Gdy prowadzi się tak intensywny
i szybki tryb życia jak ja, czekanie na stolik odpada. Roksa zrobiła rezerwacje i dobrze, bo krótko po naszym przyjściu restauracja pękała w szwach.


Sympatyczny i nieco hipstersko wyglądający kelner podał nam menu. Biorąc pod uwagę fakt, że miejsce jest mega popularne to ceny nie powalają. Maksymalnie zapłacimy za śniadanie 20 kilka złotych.
Wybieramy opcje na słodko lub na słono. Ja chciałam tam pójść zdecydowanie dla słodkiej opcji. Słyszałam dużo dobrego o ich dżemach, miodach, croissantach
i czekoladach, a przede wszystkim o białej czekoladzie. Wszystkie te pochwały były zasłużone. Wybrałam set z kawą, jajkiem sadzonym, croissantem, dżemem pomarańczowym i oczywiście przepyszną białą czekoladą. To jest najlepsze śniadanie, jakie
w życiu jadłam. Idealnie maślane croissanty
i ekstremalnie słodka biała czekolada zbilansowana pomarańczowym dżemem. Właściwie nie musiałabym przełamywać słodkości czekolady, ale Roksa twierdzi, że tylko ja tam mam, bo inni ludzie dostaliby szoku po zjedzeniu takiej ilości.


Podsumowując najpierw jest Charlotte, a potem długo, długo nic. Charlotte jest idealne.
 

 
Był wpis o prezentach, które daje moim bliskim, a teraz kilka słów o prezentach, które ja dostałam


Mikołajki
Gdy przyjechałam do mamy przed świętami w pokoju czekał na mnie prezent mikołajkowy Dostałam przepyszną herbatkę w ozdobnym pojemniku, czekoladki, szal, prostownicę do włosów oraz zestawy do szycia.
Z mamą mamy system, że mówimy sobie wprost co chciałybyśmy dostać dlatego zestawy do szycia
i prostownica to był mój wybór.


Gwiazdka
W pracy spotkało mnie miłe zeskoczenie i od jednego
z naszych partnerów biznesowych dostałam peeling do ciała, a od drugiego górę cukierków, które zjadłam, zanim zdążyłam pomyśleć, aby zrobić im zdjęcie.
Dodatkowo szef odgadnął moja miłość do alkoholu
i słodyczy i dał mi dwa likiery w zestawie ze szklankami oraz czekoladki.


Podczas naszej ekipowej Wigilii wylosowałam prezent składających się z dekoracji świątecznej- skrzata ze zwisającymi nóżkami i czekoladowego lizaka. Bardzo lubię dostawać dekoracje świąteczne w prezencie


Na Gwiazdkę od mamy i dziadka dosrałam kalendarz, słodycze i kosmetyki. Od narzeczonego mamy mój ulubiony słowacki likier miętowy, kalendarz oraz słodycze, a od jego wnuków przeuroczy świąteczny kubek i Jin.


Od mojego przyjaciela dostałam jeszcze koszulkę "Wściekłe Wieszcze i Norwid jeszcze" w której absolutnie się zakochałam z nadwyraz.com oraz kalendarz ze śląskimi słówkami z gryfnie.pl.


Z podsumowania wynika, że dostałam trzy kalendarze, ale dla mnie to dobrze, ponieważ jeden postawię na biurku
w domu rodzinnym, drugi powieszę u mnie w Zakopcu,
a trzeci w Krakowie. Dodatkowo ten od mamy ma naklejki
z symbolami oznaczającymi czyjeś urodziny, wizytę
u fryzjera i inne podobne wydarzenia. Naklejek będę używać w moim planerze.


Jak o tym myślę, to dochodzę do wniosku, że wolę dawać prezenty niż je otrzymywać.
 

 
Nie pamiętam, kiedy ostatnio robiłam podsumowanie roku... Może nigdy?


Dlaczego najlepszy? Odwiedziłam 13 krajów i stanęłam na nogi. Dlaczego najgorszy? Straciłam najważniejszą dla mnie osobę i nic już nie jest takie, jak było przed 1 stycznia 2019.

Początek roku był dla mnie ciężki. Przechodziłam
w życiu wiele złych chwil, ale rozstanie z osobą, którą jak sobie uświadomiłam, kocham najbardziej na świecie, należało do najcięższych. Powiedziałabym, że było najbardziej bolesnym doświadczeniem, jakie mnie spotkało. Zazwyczaj walczę z przeciwnościami losu, a tu mogłam tylko leżeć i płakać. Dopiero
w grudniu skończyły napady ogromnego płaczu. Nadal czuje się jakby, ktoś wcisnął mi w serce płonącą pochodnię, ale staram się nie rozmyślać na tym, ponieważ powoduje to jedynie łzy.

W styczniu trzeci raz odwiedziłam jedno z moich ukochanych miast, czyli Wiedeń i przekonałam się, że nocleg w centrum tego miasta jest na wagę złota, gdy che się je intensywnie zwiedzać i że niewiele osób podziela moją miłość do Wiednia.
Styczeń to również miesiąc mojej ostatniej podróży
z Lubym. Tak, po rozstaniu pojechaliśmy jeszcze na weekend do Edynburga, który mieliśmy zaplanowany od naszej siódmej rocznicy w listopadzie. Edynburg jest piękny, zdecydowanie w czołówce najpiękniejszych miejsc, jakie widziałam, praktycznie nie chowałam aparatu. Sama podróż uświadamiała mi, dlaczego się rozstaliśmy oraz dlaczego chcę do niego wrócić.





Luty był miesiącem totalnej stagnacji i prób ogarnięcia swojego życia.

W marcu pożegnałam się z Krakowem i zamieszkałam
u siebie w Zakopcu. Uwielbiam moje mieszkanie z widokiem na Giewont, ale nie mam tam żadnych znajomych, a w tak kiepskim stanie psychicznym potrzebowałam bliskich mi ludzi.

Kwiecień to miesiąc moich urodzin. Zorganizowałam imprezę z motywem flaningowym oraz wróciłam do Danii, która zauroczyła mnie ponad 10 lat temu. Tym razem zwiedziłam Kopenhagę.






W maju działo się dużo. Deszczowa majówka we Lwowie. To był mój drugi pobyt w tym mieście, bardzo różny od tego pijanego, szczęśliwego i słonecznego wyjazdu z 2018. Na urodziny dostałam od mojej przyjaciółki Kasi wyjazd do Saloników, który również odbył się
w maju. Grecja kontynentalna okazała się wspaniała
i che więcej. Tam też podjęłam się ogromnego wyzwania- pierwszej komercyjnej współpracy przy organizacji imprez. Do tej pory robiłam to pro bono. A skoro o organizowaniu mowa, to w maju popełniłam imprezę rozwodową. I to podwójną! Dwie cudowne rozwódki świętowały powrót do wolności.






Czerwiec odkrył przede mną magię jeziora Namestowskiego na Słowacji oraz absolutnie perfekcyjny, ciepły, płytki i piaszczysty Balaton na Węgrzech. Postanowiłam też przenieść się do Katowic i pierwszy raz pojechałam do Włoch. Moja psiapsi- Roksana z okazji urodzin zabrała mnie do Mediolanu
i Bergamo. Zrobiłam też szaloną imprezę: Sylwester na Dzień Dziecka w klimacie hawajskim.








W lipcu rzuciłam się w wir pracy i... dostałam kolejną pracę. Dzięki niej mogłam wrócić do Krakowa. Znalazłam mieszkanie moich marzeń i zaczęłam powolną przeprowadzkę. Dlaczego powolną? Ponieważ ze względu na wyjazdy zamieszkałam w Krakowie dopiero we wrześniu.

Sierpień spędziłam na walizkach. Nie tylko dlatego, że zbierałam moje rzeczy rozproszone po 5 mieszkaniach i 4 miastach, ale również z powodu podróży. Rejs barką po Kanale Augustowskim i wizyta na Białorusi- polecam Grodno z całego serca. Końcem sierpnia city break w ekstremalnie drogim Sztokholmie w ramach prezentu urodzinowego od mojego przyjaciela.
Odkryłam też pewną zmianę we mnie. Zaczęłam stawiać na rzeczy praktyczne i ładne jednocześnie, nawet jeśli są droższe. Wcześniej liczyła się tylko niska cena, a teraz zweryfikowałam swoje podejście.






Wrzesień to absolutny zapier... w nowej pracy. Mając trzy stałe prace i dwie dorywcze pracowałam minimum 12 godzin dziennie. Odpoczęłam pod koniec miesiąca, zwiedzając Marsylię i podziwiając piękno francuskiego lazurowego wybrzeża.



W październiku i listopadzie odbyłam podróż życia: Tajlandia i Kambodża z plecakiem. Setki przemierzonych kilometrów, ciągła zmiana miejsca pobytu, robienie rzeczy, o których nawet nie pomyślałabym nigdy i przekraczanie swoich granic, poznanie całkiem innego świata. Wiem, że koniecznie chcę wrócić do Azji.




W grudniu było najspokojniej. Zaczęłam układać swoje plany i uczucia. Cierpienie stało się trochę moim towarzyszem, czasem milczącym, czasem krzyczącym, ale nauczyłam sobie z nim radzić i stanęłam na nogi.

Ogólnie uważam, że jak na 28- letnią kobietę osiągnęłam sporo. Mam własne mieszkanie. Stać mnie na samodzielne wynajęcie mieszkania w mieście,
w którym chce mieszkać oraz na podróże. Owszem mam 5 prac, ale daję radę. Mam wspaniałych przyjaciół. Staram się ucinać kontakty z toksycznymi ludźmi
i nie dawać ponosić się emocją. Mimo ogromnych przeciwności losu nie poddaje się. Tylko to puste miejsce, które pozostało... Może uda mi się pozbyć tej pustki w 2020.
 

 
Wesołych Świąt i dużo prezentów pod choinką!

 

 
Mój pierwszy prezentownik na blogu.


Prowadzę blog od lat, a nigdy nie robiłam prezentownika. Jak to możliwe?!

Nikt z moich znajomych ani rodziny bloga nie czyta, więc nie ma obaw, że za wcześnie dowiedzą się, co dla nich przygotowałam



Rodzina

Mamy tradycje obdarowywania się upominkami po Wigilii. W tym roku kupiłam:

Mama: kosmetyki, masażer, cukiernice i miseczkę
z motywem świątecznym, zdrowe słodkości i herbatkę, klipsy do opakowań.

Dziadek: sweter, golarka, zdrowe słodycze (takie niezdrowe też, bo lubi), herbatka poprawiająca odporność.

Narzeczony mojej mamy: zestaw trzech poszetek, herbatka na witalność, zdrowe słodycze, sennik.
Prezenty dla nastolatków:

Dziewczyny: kosmetyki, brokaty do ciała, biżuteria, słodycze, kosmetyczka/portmonetka.

Chłopaki: perfumy, słodycze, przyrząd do ćwiczenia przedramienia.

Przyjaciele

Mamy tradycje naszej ekipowej wigilii gdzie każdy przychodzi z prezentem... nie wiadomo dla kogo. Prezent musi być więc neutralny płciowo. W zeszłym roku przyniosłam świąteczne piwo i paczkę prezerwatyw, a w tym kupuje dwa bilety do kina na dowolny film.



Ponadto 27 grudnia wszyscy zjeżdżają się do mnie
i witam ich prezentami. Rok temu na kominku wisiały świąteczne skarpetki dla każdego, a w tym pod choinką będą czekać bluzy z Mikołajem, które kupiłam na Aliexpress za około 25 zł za sztukę. Przesyłka dotarła do mnie w 2 tygodnie.


Osoby wyjątkowo dla mnie ważne obdarowuje dodatkowymi prezentami jak maska anty smogowa, bilety na koncert Kiss, piersiówka z teleskopowym kieliszkiem i zestaw kosmetyków do pielęgnacji brody.

Kot dostanie świąteczny sweterek i lwią grzywę.

Prezenty zazwyczaj pakuje w świąteczne torebki. Chyba że jakiś wyjątkowo nadaje się do zapakowania
w papier, aczkolwiek nie jestem mistrzem tej sztuki.


Mikołajowe bluzy zapakowałam w papier, do którego dobrałam finezyjne bileciki prezentowe (to ważna rzecz ze względu na rozmiary). Dla przyjaciół zazwyczaj wybieram mega odjechane bileciki. W 2018 były to drewniane świnki, a na 2019 wybrałam karteczki z jednorożcami, pawiami, smokami, tęczowymi elementami, czyli same świąteczne rzeczy


Mam nadzieję, że choć trochę podpowiedziałam jakie podarunki możecie wybrać dla swoich bliskich
 

 
Bo burger nie musi być z mięsem.


Wrap, hot - dog ani zapiekanka też nie muszą. Wszystkie te danie w wersji wegetariańskiej znajdziemy w Farmie. Próbowałam i niczego im nie brakuje. Zwłaszcza łagodny wrap z tofu okazał się przepyszny. Na burgera porwijcie się, jeśli macie naprawdę dużego głoda, bo jest ogromny i sycący. Do tego ich domowa lemoniada i mamy roślinny obiad na szybko, który nie spustoszy wam portfela.

Wnętrze Farmy jest małe i dość przytulnie urządzone. Dużo tam drewna i zieleni oczywiście. Lubię, gdy wystrój pasuje do profilu knajpy. Zastanawiałam się, jak poradzą sobie z adaptacją lokalu, który kilka lat wcześniej był punktem ksero. Dobrze zdali ten egzamin.

Obsługa roślinnego fast foodu uśmiecha się do każdego klienta i ma się wrażenie, że właśnie wrócili pełni energii i szczęścia z jakiegoś hipie festiwalu.

Podsumowując, cieszę się, że powstała alternatywa burgerów i innego fast żarcia dla jaroszy. Też chętnie z niej skorzystam

Adres: Kraków ul. Wiślna 6
 

 
Jak już wspomniałam w poprzednim wpisie, nasze zwiedzanie Kijowa odbywało się głównie wieczorami
i nocami, dlatego też szukaliśmy lokali otwartych do późna. Czy było trudno takie znaleźć? Ani trochę. Kijów nie sypia, Kojów imprezuje


Jak Ukraina to oczywiście Puzata Chata! To sieciówka z pysznymi i tanimi ukraińskimi specjałami. Oddziały tej samoobsługowej knajpki znajdziemy niemal na każdym kroku, ale jeśli przyjdziemy tam tusz przed zamknięciem, nie zastaniemy już wielu dań do wyboru. My poszliśmy do Puzatej na późne śniadanie... około godziny 17 Smakołyków było mnóstwo. Szczególnie polecam barszcz ukraiński.


Podczas zwiedzania często zrobiliśmy piw stopy, a do piwka jedliśmy tradycyjne ukraińskie przekąski jak suszone świńskie uszka czy mini czebureki. Jest to coś w rodzaju pieroga z mięsem smażonego na głębokim tłuszczu.


Jednego wieczoru trafiliśmy do restauracji serwującej kuchnię kaukaską, a tam podano nam innego rodzaju czebureki, które wyglądały jakby zrezygnowano z ich smażenia. Smakowały wyśmienicie!


Innego razu odkryliśmy cudowną turecką restaurację
z tak pysznymi daniami, że nawet nie zdążyłam zrobić zdjęcia. Udało mi się uwiecznić tylko herbatę


Żeby nie było tak kolorowo, to zdarzały się też wpadki. W knajpie z dobrym piwem mieli paskudną grzybową, która wyglądała jak brązowa woda z podejrzanymi obiektami.




Totalną porażką była restauracja, gdzie ja jadłam najmniejsza i najgorszą carbonare ever, a większość ekipy ohydne burgery. Na samo podanie piwa czekaliśmy godzinę, na jedzenie jeszcze dłużej
i jeszcze zapomniano podać nam sztućców.


Pomimo kilku fuck up'ów zdecydowanie nadal jestem fanką kuchni ukraińskiej i zapewniam, że w Kijowie można dobrze i smacznie zjeść.
 

 
Nasza wycieczka do Kijowa upłynęła pod hasłem "Kijów by night".


Dlaczego? Jak wiadomo, w grudniu dni są krótkie
i szybko robi się ciemno, a my skuszeni opcją nocnego imprezowania przy taniej ukraińskiej wódeczce wstawaliśmy na tyle późno, że nie załapaliśmy się na słońce. Czy to powstrzymało nas przez zwiedzaniem mroźnego Kijowa? Oczywiście, że nie!

Odbywaliśmy nocne spacery po stolicy Ukrainy i muszę przyznać, że złote dachy jednej z najbardziej rozpoznawalnych budowli w Kijowie- Soboru Mądrości Bożej na tle czarnego nieba wyglądają przepięknie.


Obok Soboru znajduje się pomnik pewnego pana, który dla Ukrainy jest bohaterem narodowym drążącym do uzyskania niepodległości, natomiast w historii Polski zapisał się jako zdrajca narodu poprzez przywództwo w powstaniu kozackim przeciwko Rzeczpospolitej. Mowa o Bohdanie Chmielnickim.


Obok Soboru znajduje się pomnik pewnego pana, który dla Ukrainy jest bohaterem narodowym drążącym do uzyskania niepodległości, natomiast w historii Polski zapisał się jako zdrajca narodu poprzez przywództwo w powstaniu kozackim przeciwko Rzeczpospolitej. Mowa o Bohdanie Chmielnickim.


Obok Złotej Bramy spotykamy Kota Potiomkina. Czemu sympatycznemu futrzakowi postawiono pomnik? Legenda głosi, że miauczeniem obudził swoich właścicieli
i tym samym uratował z pożaru. Inna historia opowiada o kocie będącym ulubieńcem gości pobliskiej restauracji, który zginął z jej pożarze, a klienci lokalu ufundowali jego pomnik.


Skoro już przy monumentach jesteśmy, to bardzo chcieliśmy zobaczyć pomnik Matki Ojczyzny na wzgórzu, z którego roztacza się ponoć piękna panorama Kijowa, zwłaszcza nocą. Mówiąc o ojczyźnie ma się tu na myśli dawne ZSRR, ponieważ to wtedy postawiono statuę. Do czasu uzyskania przez Ukrainę niepodległości była ona najwyższym budynkiem Kijowa. Aby radziecki symbol nie górował nad miastem, ścięto jej miecz. Niestety zobaczyliśmy Matkę Ojczyznę jedynie do kolan, bo taka była mgła, a panoramę mogliśmy sobie najwyżej wyobrazić


Po skróceniu o miecz Matka Ojczyzna oddała tytuł najwyższej Ławrze Peczerskiej, czyli XI wiecznemu klasztorowi o złotych kopułach. Cóż Ukraincy lubią złoto...

Nasza wieczorna wizyta w Ławrze to było przeżycie mistyczne. Bogato zdobiony kompleks sakralny wyłaniał się z ciemności, a w środku zachwyciły nas bogate i misternie wykonane ikony. Dodatkowo trafiliśmy akurat na nabożeństwo i śpiewy duchownego dodawały magii całej sytuacji.


Moje serce skradły murale kijowskie, zwłaszcza ten przedstawiający odrodzoną Ukrainę. Do tego stopnia mi się spodobał, że noszę go na tapecie telefonu już prawie rok.


Podsumowując, polecam Wam Kijów z całego serca. Zwłaszcza Kijów nocą Ukraińską wódkę też polecam. Zarówno bilety do kijowa, jak i alkohol da się kupić bardzo tanio.
 

 
Jadę do Kijowa. Powiedziałam znajomym i rodzinie rok temu w grudniu, tydzień po wprowadzeniu stanu wojennego na Ukrainie. Usłyszałam: “Oszalałaś?!”, “Jesteś nieodpowiedzialna!”, “Przecież to niebezpieczne!”, “Nie jedź!”. No, ale pojechałam
i wróciłam. Cała i zdrowa.


Bezpieczeństwo

Nie było tak, że nie miałam obaw. Oczywiście, że decyzja prezydenta Poroszenki mnie nieco wystraszyła. Jednak zaczęłam wgłębiać się w temat
i doczytałam, że w obwodzie Kijowskim nie wprowadzono stanu wojennego. Nie ma też godziny policyjnej ani prohibicji. Zatem nie było powodów, aby zrezygnować z wyjazdu.

Spodziewałam się, co prawda drobnych utrudnień jak wzmożone kontrole na lotnisku lub oznak mobilizacji wojskowej takich jak więcej policji, lub żołnierze patrolujący ulice. Nic takiego nie miało miejsca.

Kijów okazał się niezwykle bezpiecznym miastem, które bawiło się do późnych godzin nocnych, karmiło nas pysznymi czeburekami i poiło ukraińską wódką od przemiłej pani z całodobowego sklepu pod naszym mieszkaniem.

Podczas spaceru po Majdanie spotkaliśmy ukraińskiego żołnierza w cywilu, który słysząc, że mówimy po polsku, zaczął z nami rozmawiać. Powiedział, że decyzja o stanie wojennym jest całkowicie zbędna
i typowo polityczna, ponieważ w trakcie takiego stanu wyjątkowego nie można przeprowadzić wyborów prezydenckich, które Poroszenko zapewne przegrałby
z kretesem. Oznajmił też, że armia ukraińska jest
w lepszej kondycji niż 4 lata temu.

Podsumowując, nie bójcie się jeździć na Ukrainę. Kijów i Lwów są bezpiecznymi i pięknymi miastami, które posiadają wiele do zaoferowania.


 

 
Czemu najsłynniejszy antagonista w historii pop kultury jest takie, a nie inny?


Na Jokera bardzo chciałam iść, nie dlatego, że jestem fanką Uniwersum lub komiksów. Lubię Batmana, ale głównie dlatego, że kręcił go między innymi Tim Burton. Chciałam iść, ponieważ lubię historię jednostek, zwłaszcza jednostek nieprzystosowanych do życia w społeczeństwie.

Joker. Książkowy socjopata. Czy jego los musiał się tak potoczyć? Film pokazuje, że nie. Dla mnie to przykład tego, co może stać się z jednostką, gdy szeroko rozumiane otoczenie się od niej odwróci. Od Artura odcinają się praktycznie wszyscy, u których szuka pomocy łącznie z instytucją zapewniającą mu terapie i leki, bez których przecież osoba chora psychicznie nie może funkcjonować. Bo Artur niewątpliwe jest chory, ale to nie oznacza, że jest złym człowiekiem.

Nasz bohater, zanim staje się Jokerem, traci pracę, dowiaduje się smutnej prawdy o swoim dzieciństwie
i matce, uświadamia sobie, że tak samo, jak matka ma urojenia i że popełniane przez niego morderstwa nie ruszają go. Stacza się coraz bardziej i coraz bardziej odrywa od rzeczywistości. Jest samotny
i wzbudza raczej nasze współczucie niż lęk.

No właśnie lęk. Film pokazuje jak otoczenie nie jest w stanie zrozumieć ani zaakceptować człowieka chorego psychicznie. Jest dla nich inny, dziwny, ześwirowany. Właściwie mam dwa zarzuty wobec produkcji. Po pierwsze powiela krzywdzący stereotyp, że chora psychicznie matka, nawet jeśli bierze leki, nie może wychować zdrowego dziecka. Bzdura. Po drugie wepchnięcie w scenariusz sceny z morderstwem Wayne'ów było zbędne.

Podoba mi się bohater zbiorowy, jakim są obywatele Gotham. Żyjący w zaśmieconym, skorumpowanym mieście rządzonym przez ludzi, którzy mają ich potrzeby totalnie gdzieś, bo jak można odebrać dotacje na terapię.

Ludzie w kryzysie zwracają się w stronę niebezpiecznych opcji, dlatego morderca Joker staje się ich idolem.

Produkcja zachwyca montażem i pięknymi, mrocznymi zdjęciami oddającymi nastrój rozkładającego się Gotham. Jednak największe peany należą się Joaquin'owi Phoenix'owi. On tworzy Jokera na nowo. Phoenix gra osobę na pograniczu nieszczęśliwego Artura i psychopatycznego Jokera. To będzie w pełni zasłużona nominacja do Oscara.

Koker nie jest filmem, z którego wyjdziemy uśmiechnięci. Nie jest też produkcją, na której powinni rozdawać żyletki. Jest dobrym filmem o rozkładzie. Rozkładzie, jednostki, społeczeństwa
i władzy.
Polecam!
 

 
To nie węgiel, to prawdziwy diament!


W sztolni wszystko jest prawdziwym skarbem. Jestem pod wrażeniem starej kopalni zaadaptowanej na piękne, urządzone z klasą industrialne wnętrze.

Potrawy nie tylko ładnie wyglądają, ale również pysznie smakują. Delikatna zupa z krewetkami to mistrzostwo. Polecam też wytwarzany na miejscu czarny (jak węgiel ) makaron z kaczką. No
i spróbujcie koniecznie piwnych koktajli. Mnie szczególnie przypadł do gustu ten z musem gruszkowym i ogórkiem. Sztolnia odkrywa przed nami niecodzienne połączenia, które okazują się smakowym strzałem
w dziesiątkę!


Tak jak wspominałam, wszystko tu jest skarbem, obsługa i ceny też. Kelnerzy są na medal, a ceny cóż... aby jadać tam codziennie przydałoby się obrabować jakąś kopalnie, diamentów najlepiej.


Podsumowując Sztolnie polecam na wysmakowaną randeczkę lub kolację służbową.

Adres: Katowice ul. Chorzowska 109
 

 

O tym miejscu akurat powinno się mówić.

Omerta to pub z kraftowymi piwami na Kazimierzu. Dają tu dobre piwo w dobrej cenie, które zdradliwie wchodzi jak złoto i powoduje kaca mordercę- wiem, co mówię


Skąd ta nazwa? Omerta to zmowa milczenia w sycylijskiej mafii, czyli wewnętrzne prawo zakazujące mówienia o popełnianych przestępstwach osobom postronnym, a zwłaszcza policji.

Wystrój pasuje do nazwy: skórzane kanapy, drewno
i mnóstwo kadrów z mojego ulubionego filmu- "Ojca Chrzestnego".


Omerte polecam wszystkim, którzy tak jak ja są fanami gangsterskich klimatów. Może te krafty nie wyróżniają się niczym, ale "Ojciec Chrzestny" na ścianach robi swoje.


Adres: Kraków ul. Kupa 3
 

 
W świecie gastro- klubowym również pojawiają się trendy. Była już moda na kluby, burgery, food trucki, pijalnie, a teraz trwa moda na ukryte knajpy.


Na czym polega ich fenomen? Nie wiesz, gdzie są
i wchodzisz przez miejsce, do którego zazwyczaj byś nie trafił. Na przykład szatnia, której pilnuje starszy pan pod wąsem żywcem wyjęty z filmu z lat 20.


To nie przypadek, że akurat tak wygląda, ponieważ Mercy Brown to raj dla sympatyków stylistyki tego okresu. Jest na tyle glamour, że sam Gasby nie powstydziłby się zabrać swoją ukochaną Daisy do tego ukrytego baru.

Nawet ekstremalnie miła obsługa ubrana jest
w klimacie.

A ekstremalnie miły barman zrobi Wam ekstremalnie pysznego drinka, który wygląda równie fancy, jak cały lokal. Próbowałam nawet dopytać o skład, ale jest tak złożony, że darowałam sobie próby odtworzenia tego cuda zamkniętego w papierowej torbie o zapachu palonego siana.


Jak zapewne się domyślacie, tanio nie jest. Koszt jednego takiego drineczka to przynajmniej 25 zł. Czy warto? Zdecydowanie tak! W końcu nikt nie każe Wam tam pić na umór.

Podsumowując znajdźcie Mercy Brown w Krakowie
 

 
Przy okazji realizacji jednego z moich zleceń eventowych trafiłam do restauracji w Kraków Valley Golf & Country Club. Co tam zastałam?


Po pierwsze spodziewałam się miejsca lepiej urządzonego. Bardziej z klasą i elegancko. A tam ciemny lokal z nieciekawymi brązowymi fotelami.


Biorąc pod uwagę wysokie ceny to zarówno wystrój, jak i nieco opieszała kelnerka powinny się poprawić. Aby uregulować rachunek musiałam iść do baru
i poprosić o pomoc miłego barmana.


Na jedzenie złego słowa nie powiem. Smaczne
i świeże, a porcje słuszne. Zamówiłam kotleta, ponieważ głównie to tradycyjne, polskie danie miałam przetestować. Był bardzo dobry, a panierka nie odpadała, co oznacza, że do produkcji bułki tartej nie wykorzystano słodkich bułek.


Pierogi zgodnie z obietnicą zawartą w karcie były lekko pikantne, a szarlotka po prostu wyśmienita.


Czy polecam restauracje w Kraków Valley Golf & Country Club? I tak i nie. Jeśli przyjdzie Wam grać tam w golfa i zgłodniejecie, to z pewnością będziecie usatysfakcjonowani swoim daniem, ale nie uważam, aby było warto specjalnie jechać tam na kotleta.

 

 
Jedno z najlepszych wspomnień z krakowskiego życia studenckiego to moment, gdy w pewną mroźną noc wraz z moim ówczesnym chłopakiem uznaliśmy, że mamy ochotę na kiełbaskę z grilla i poszliśmy do Nyski.


Można powiedzieć, że kiełbaski urosły do rangi krakowskiej atrakcji. Przy Hali Targowej stoi Nyska gdzie dwóch facetów nocami grilluje kiełbaski
i sprzedaje z chlebem i musztardą. Idealna opcja na nocne gastro po imprezie i to obok przystanku.


Kiełbaska jest spora, tak samo, jak bułka, a zestaw kosztuje kilkanaście złotych. Grill masterzy są bardzo mili i chętnie konwersują z klientami. Jedyny minus to brak płatności kartą.

Pomysł jest mega odjechany i chociaż kiełbasa nie jest specjalnie wyszukana to i tak warto, bo czy kiedykolwiek jedliście kiełbaskę z Nyski w środku zimowej nocy?
 

 
Nie ma podróży bez gastroturystyki. Na Węgrzech poszerzyliśmy ją o naszą pierwsza enoturystykę.


Zacznijmy od gastro. Jak Węgry to oczywiście gulasz. Ten w Siofoku w restauracji przy plaży obok kempingu był wyśmienity. Soczysty i lekko pikantny. Podany przez miłego kelnera, który nie mówił po angielsku, ale chętnie z nami żartował i uśmiechał się od ucha do ucha. Po gulaszu przyszedł czas na toast tradycyjną węgierską wódką- palinką.


Jadąc z południa na północ Balatonu mieliśmy
w planie głównie enoturystykę, czyli turystykę związaną z winem. Trafiliśmy do małej rodzinnej winnicy Muller Pince, gdzie od pokoleń produkowane jest przepyszne wino. Mieliśmy okazję poznać jego historię oraz sami korkować butelki. Myśleliśmy, że zakupy w winnicy będą kosztowały nas majątek, ale okazało się, że zupełnie nie. Za jedną butelkę płaciliśmy tylko 1000 forintów, zatem kupiliśmy sześć.




Skoro jesteśmy nad jeziorem, to w naszym menu nie mogło zabraknąć ryby. Swoją zamówiłam w restauracji obok naszego kempingu dla naturystów i nie pożałowałam- była miękka i dobrze przyprawiona,
a panierka podkreślała jej smak. Co prawda kosztowała nieco powyżej średniej, ale było warto. Niestety w tej miejscówce obsługa ani wystrój nas nie zachwycały. Mankament ten rekompensował naprawdę wyśmienity smak wszystkich dań: ryb, nadziewanych kotletów, deski mięs przyrządzonych na różne sposoby.


Podsumowując, oczywiście polecam Wam kuchnię węgierską, ale przede wszystkich zachęcam do wizyty w winnicy Muller Pince, jeśli tylko będziecie mieli taką okazję.

 

 
To była szalona i pełna wrażeń wycieczka.


Drugiego dnia ruszyliśmy dalej- na południowy brzeg Balatonu do Siofoku. No i się zakochałam. Balaton stał się moim ulubionym jeziorem a plaża w Siofoku okazała się najlepszą, na jakiej byłam. Dlaczego? Ponieważ jezioro to od południa jest strasznie płytkie. Nawet daleko od brzegu woda sięga po kolana. Jakby tego było mało, dno jest piaszczyste. Lepiej być nie mogło. Tym bardziej że ponownie żar lał się z nieba, a plaża nie była przeludniona.


Przy brzegu znajduje się kilka niezłych knajpek
i sklepów oraz nasz Aranypart Camping. Nie miałabym żadnych zastrzeżeń do tego miejsca, ponieważ ceny były spoko (około 30 000 forintów za dwie noce za wszystkich), było czysto i ogólnie ładnie. Niestety okazało się, że mają straszny burdel w papierach. Najpierw zapłaciliśmy za jedną noc, a potem za drugą, gdy postanowiliśmy zostać tam jeszcze jeden dzień. Przy płatności za druga recepcjonistka nie policzyła pełnej kwoty i nagle okazało się, że musimy dopłacić. Gdy powiedziałam, że w ramach przeprosin za sytuację powinni dać nam zniżkę obsługa przestała być miła. Gdy przyniosłam brakujące 10 000 forintow okazało się, że trzeba dopłacić jeszcze 0.40 forinta czego powiedziałam, że nie zrobię, ponieważ powiedziano mi, że brakuje 10 tysięcy nie więcej i byłaby to już trzecia dopłata. Minusem było też zamykane na noc wejście na plażę, przez co wracając, musieliśmy obchodzić cały kemping dokoła i czekać aż portier nam otworzy.
Gdyby nie sprawa z dopłatą to obsługa miałaby dobrą ocenę. Pierwszego dnia przyszli nawet poinformować, że będą mieli zlot fanów Skody Oktawii i będzie głośno oraz dużo ludzi.


Trzeciego dnia postanowiliśmy przejechać na północy brzeg Balatonu obfitujący w winnice, ale o nich w następnym poście. Tu opowiem Wam o najdziwniejszym kempingu, na jakim byłam, czyli Lavendula Naturista Kemping. Był to kemping dla naturystów. Warunkiem obozowania było chodzenie nago. Okazało się to bardzo ciekawym doświadczeniem i byliśmy zachwyceni. Poza tym cena (14000 forintów) oraz infrastruktura kempingu również nas nie zawiodły. Czyste toalety
i prysznice, restauracja, mnóstwo ławek i stołów, każdy ma dedykowane miejsce, gdzie powinien się rozbić. Plaża niestety mniejsza, dno kamieniste
i głęboko, ale kemping rekomendował nam te minusy.


Podsumowując, polecam Wam południowy brzeg Balatonu tylko, może poszukajcie tam kempingu dla naturystów, bo taki obóz daje niesamowitą wolność.

 

 


Na jeden z tegorocznych długich weekendów postanowiliśmy wybrać się z przyjaciółmi nad jezioro. A właściwie dwa jeziora: Liptovskie na Słowacji i Balaton na Węgrzech. Zdecydowaliśmy się na własny transport i opcję kempingową z namiotami.

Pierwszy dzień spędziliśmy na Słowacji nad jeziorem Liptovskim. Wybrany przez nas Mara Kemping znajdował się zaraz nad wodą, miał przystępne ceny (50€ za 6 osób, 3 namioty i 2 samochody), recepcję czynną całą dobę z miłą obsługą oraz czyste łazienki.
Pogoda trafiła się nam wyśmienita, idealna na chill i pływanie oraz korzystanie z bogatej infrastruktury nad jeziorem- bary, sklepy i restauracje. Dodatkowym plusem był brak tłumów na plaży.

Po drodze postanowiliśmy smakować słowackiej kuchni, która jest raczej mało doceniana w naszym kraju.
A niesłusznie. Polecam zwłaszcza delikatne
i rozpływające się w ustach grillowane i smażone sery oraz sycące serowe kluseczki- haluszki ze skwarkami i śmietaną. Kaloryczne, ale pysznie.





Podsumowując, jedźcie na Słowację, bo to piękny kraj i jedzcie słowackie dania.
Ja póki co wybieram się na Białoruś, ale po powrocie ciąg dalszy relacji z wyprawy, czyli Węgry.

 

 
Przy pisaniu tej recenzji naszła mnie pewna myśl. Zauważyliście, że w Krakowie są głównie włoskie restauracje? Znajdziemy co najmniej jedną na każdej ulicy w centrum. Trattoria Degusti jest na Floriańskiej w sąsiedztwie kilku innych włoskich kuchni. Czemu warto wybrać akurat tę restaurację?


W sumie nie wiem. Trattoria Degusti nie wyróżnia się kuchnią w żaden sposób. Pizze, które tam jadłyśmy, były dobre, ale nie wybitne. Co prawda podobał mi się pomysł dodania karczochów do capriciosy, ale to nie sprawiło, że wzniosła się na nieznane mi wyżyny smaku. Sugerowałaby zatem obniżyć ceny.

Trattoria Degusti nadrabia natomiast wystrojem. Jest modnie, dużo przestrzeni, nieco loftowo, ale przytulnie. Wszystkie detale doskonale współgrają. Wnętrze nadaje się na Instagrama i Pinteresta. Obsługa, choć ładnie ubrana okazała się średnio rozgarnięta (obsługiwały nas chyba ze 3 osoby)
i niezbyt szybka.


Podsumowując Trattoria Degusti nadaje się na kolacje z przyjaciółką, z której nakręcicie ładne relacje na Instastory i zrobicie foty modnego wnętrza na Pinteresta. Przy okazji zjecie pizzę, której smak zapomnicie 5 min po wyjściu z restauracji.
 

 
Śląskie miasta mają pewną magiczną cechę. Najlepsze restauracje nie znajdują się w centrum, lecz w dzielnicach gdzie nigdy bym nie trafiła, gdyby nie mieszkańcy.


Tak samo jest z restauracją Cztery Kąty i Smak Piąty. Znajduje się na ulicy Jankego, znacznie oddalonej od centrum.


Warto jednak przejechać ten kawałek. Dania mają obłędne (ceny też). Ja byłam akurat w niedzielę, gdy obowiązuje specjalne menu. Zjadłam delikatnego królika w sosie z fasolką szparagową. Mój przyjaciel postawił na śląski klasyk, czyli roladę z kluskami. Powiem szczerze, że nawet smak tej ciężkiej tradycyjnej potrawy był w Czterech Kątach bardziej wysublimowany.

Wystrój jest połączeniem najmodniejszych trendów: cegła, zieleń, drewno, industrialne elementy
i tworzy klimatyczną całość.
Do tego obsługa absolutnie bez zarzutów.

Podsumowując może drogo i daleko, ale raz na jakiś czas można rozpieścić swoje podniebienie. Polecam!
 

 
Mały, ale wariat?



Jakiś czas temu otrzymałam do przetestowania próbki Lumene Invisible Illumination Serum tonujące Universal. Długo zwlekałam z jego użyciem ponieważ, czekałam na wyjazd- zazwyczaj mini kosmetyków używam w podróży.
Spodziewałam się serum w postaci kremowej, a okazało się, że produkt jest kryjącym podkładem, który dodatkowo ma szereg działań odżywczych.
Po jego użyciu twarz była przyjemnie gładka i miałam wrażenie, że moja skóra "oddycha". Ponadto działanie matujące utrzymywało się przez długi czas nawet podczas intensywnego zwiedzania Wiednia.

Zdecydowanie polecam Wam Serum tonujące Universal od Lumene Invisible Illumination.
 

 
Idź zjeść na pole, czy tam na Dworek


Jak lato to oczywiście food trucki. Tym razem padło na Dworek - street food park pod Galerią Krakowską. Zjemy tam obiad typu kanapka/ burger/ frytki belgijskie/ azjatyckie pierożki, popijemy piwem
z genialnej Brokreacji, a na koniec poprawimy deserem z Good Lood. Same pyszności. Czy na pewno?


Mój wybór padł na burgera. Dość klasycznie, bo serowego. Jedynym szaleństwem była zielona bułka
i to właściwie był główny czynnik, dla którego wybrałam to danie. W smaku wyszło raczej przeciętnie, jak już powiedziałam- bez szaleństw. Cenowo trochę dużo, bo 22 zł. Za to pan w trucku miły i pozytywnie nastawiony do klientów. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym się cała tym burgerem nie ubrudziła. Hm... weźcie sobie lepiej frytki.


Podsumowując niby wszystko spoko, ale dlaczego "Dworek"?
Ogólna ocena: 7/10.

 

 
Jemy w Salonikach.


Są takie kraje na świecie, do których jeździ się, aby jeść i zdecydowanie Grecja do nich należy.


Podczas naszego pobytu w Salonikach dzień zaczynałyśmy od śniadania z serem feta i oliwkami na trasie. Udzieliło się nam greckie podejście do życia i ten posiłek celebrowałyśmy, jedząc przez 2 godziny.


Na obiad wybierałyśmy regionalne specjały: ryby, przepyszne krewetki i obłędną kałamarnicę nadziewana serami.


Nie mogło obejść się bez tradycyjnych dań greckiej kuchni, czyli suvlaki i tsatsików, które nigdzie indziej nie smakują tak dobrze.


Gdy przychodził czas na wieczorne wino, jako dodatek pojawiał się delikatny grillowany ser
i przepyszne... makarony. Odkryłam, że Grecy też potrafią w makaron.


Już tęsknię za grecką kuchnią i już planuje powrót.
  • awatar Tessla: Zgadzam się grecka kuchnia jest pyszna i zdecydowanie za mało doceniana..
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Ostatnio odkryłam dwie rzeczy. Po pierwsze, że lubię góry. Po drugie, że lubię sama chodzić w góry. Skoro to lubię, to też robię.


Dlaczego sama? Mo moja kondycja jest bardzo słaba
i zazwyczaj wszystkich spowalniam, jeśli trasa przewidziana jest na 1 godzinę to mi zajmie 2
i obowiązkowo kilka przystanków. Sama mogę wybrać trasę łatwą, a moi znajomi z racji długoletniego chodzenia po górach i lepszej sprawności wolą trasy trudniejsze gdzie ja najprawdopodobniej nie poradziłabym sobie.




I tak właśnie postanowiłam się wybrać na Wielki Kopieniec. Nie jest to wysoko góra, bo ma tylko 1328 m. Trasa w Internecie opisywana jest jako łatwa, ale mi przyprawiła trochę trudności, zwłaszcza pod koniec. Szacunkowo wejście powinno nam zająć 1,5 godziny. Mnie zajęło niecałe 3. Zejście zostało obliczone na nieco ponad godzinę, co dla mnie oznaczało niemal 2 godziny.








Na Kopieniec wychodziłam z Toporowej Cyrhli, gdzie można dojechać komunikacją miejską (numer 11)
z Rejonu Dworca, a schodziłam szlakiem do Jaszczurówki. Taka trasa wydaje mi się teraz świetnym wyborem, ponieważ to jest łatwiejszy wariant. Polecam również podejście na sam szczyt od strony Cyrhli, ponieważ od strony Jaszczurówki jest ono bardzo strome. Pomiędzy jednym a drugim wejściem na wierzchołek znajduje się przepiękna polana Kopieniec, na której zrobiłam sobie dłuższą przerwę na piwko i przekąskę.










Po zejściu z góry wróciłam do centrum Zakopane
o pierwszym busem, jaki przyjechał na przystanek znajdujący się zaraz naprzeciwko końca szklaku.


Podsumowując polecam wyjście na Kopeniec w słoneczny dzień nawet osoba o słabszej. Widoki są piękne,
a podejścia tylko momentami kłopotliwe.



 

 
To już ponad rok jak odkrywam, że te cepry na Śląsku mają mnóstwo fajnych rzeczy


Tym razem zawitałam do katowickiej Żurowni. Jak sama nazwa wskazuje, dają tam żurek. I to w kilku wariantach: tradycyjny, wegetariański, do picia oraz ze wszystkimi możliwymi dodatkami. Najbardziej smakowała mi wersja bezmięsna z borowikami.


Nie mogłam sobie odpuścić przyjemności skosztowania żurku w Żurowni, ale było mi mało, więc zamówiłam jeszcze wege krupnioka. I to był błąd. Dlaczego? Bo nie mogłam go dojeść, a był tak pyszny, że żałowałam każdego pozostawionego kęsa. To miks warzyw z kaszą, a do tego bułka i surówka. Smakowało wyśmienicie. Jestem zachwycona propozycjami menu w Żurowni. To nowatorskie i kreatywne podejście do tradycyjnych dań kuchni śląskiej.


Równie bardzo urzeka mnie wystrój. Jest surowo
i industrialnie, a motyw kółek zębatych został wspaniale wykorzystany.
Wisienką na torcie czy raczej jajkiem w żurku jest przemiła obsługa i bardzo przystępne ceny.


Podsumowując nie pozostaje mi nic innego jak tylko wysłać Was na żur do Żurowni.
 

 
Od kilku tygodni mam ogromną przyjemność testować krem ujędrniający MIALENIA i muszę przyznać, że odkryłam prawdziwy skarb.


Produkt jest niezwykle wydajny i ma lekką konsystencję, dzięki czemu mogę go używać rano nawet w upalne dni. Z racji żelowej formuły przyjemnie
i lekko chłodzi twarz.

Jednak najważniejsze jest to, że działa i to fenomenalnie. Moja skóra stała się bardziej jędrna
i widocznie lepiej napięta. Zmniejszył się tworzący się u mnie od niedawna podwójny podbródek, a moje popękane naczynka stały się nieporównywalnie mniejsze. A zmarszczki? Uśmiecham się szeroko
i często a dzięki produktowi MILENA nie martwię się o zmarszczki.

Podsumowując, zdecydowanie polecam, Wam ten krem ujędrniający, naprawdę działa.
  • awatar MARTA♥: Oto mój blog https://pani-marta.blogspot.com/ , który jest dość nowy. Piszę na nim o aktualnej kampanii Streetcom_polska, do której się dostałam. Jeśli chcecie poczytać o streetcom i kampanii Wawrzyniec to zapraszam
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Jest lato, jest jedzenie w plenerze. Jak plener to oczywiście zapiekanki na Kazimierzu.


Tym razem padło na Bar Oko. Miły pan, dobre ceny, możliwość kupienia połowy zapiekanki i eksperyment. Ja nie lubię cebuli, ale wszystkie znaki na niebie
i ziemi dawały mi do zrozumienia, że ta prażona jest pyszna. Sprawdziłam i jest. Szczególnie w połączeniu z serem, pieczarkami i majonezem na zapiekance.
Podsumowując Okraglak i jego zapiekanki dalej
w formie. Nie pozostaje nic, tylko jeść.

 

 
Kojarzycie instagramowy trend kwiatowych ścian jako dekoracji w kawiarniach? Teraz mamy swoją w Krakowie.


Nicole Cafe to prawdziwie pinterestowo- instagramowe fancy miejsce. Wystrój w pastelowych kolorach
z modnymi białymi i złotymi detalami jest przepiękny. Do tego wspomniana ściana z kwiatów to absolutny sztos.


Równie instagramowo prezentuje się menu. Spróbowałam modnej ostatnio tonic espresso i powiem Wam, że jest przepyszna i idealnie nadaje się do orzeźwienia podczas upałów. Tarta z malinami również okazała się mega dobra.


Po fancy miejscu można było się spodziewać wysokiej jakości obsługi, jak i wysokich cen. Za dwie kawy
i tartę zapłaciłyśmy 39 zł, jednak było warto.


Podsumowując, zachęcam wszystkich fanów modnych wnętrz i napojów do odwiedzenia Niloce Cafe. Kawiarnia znajduje się na ulicy Zamenhofa i jest nieco oddalona od Rynku Głównego, więc może upaść ze względu na nieliczną klientelę docierającą w te rejony. Idźcie zrobić fajne zdjęcia na insta, póki czas.