• Wpisów:251
  • Średnio co: 6 dni
  • Ostatni wpis:wczoraj, 11:52
  • Licznik odwiedzin:55 335 / 1637 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
O naszych corocznych wyprawach pod namiot do Polańczyka pisałam już wielokrotnie. Jeżdżę tam
z moim ukochanym już od 6 lat. Tegoroczny wyjazd był jednak zupełnie inny.



Każdego roku pakowaliśmy torby, namiot, śpiwór
i materac i wyruszaliśmy to tej urokliwej miejscowości nad Soliną. Zwykle jechaliśmy
z przyjaciółmi, a wyprawy te zweryfikowały już kilka naszych znajomości. Przyjaźnie się rozpadały
i umacniały właśnie na wakacjach w Polańczyku.


W tym roku pojechaliśmy wcześniej niż zazwyczaj.
W czerwcu wykorzystaliśmy długi weekend na wycieczkę. Wahaliśmy się czy nie wybrać się ze znajomymi na żagle na Solinę, aż w końcu okazało się, że miejsce na łódce było tylko jedno, więc sprawa się rozwiązała.
Obsesyjnie sprawdzaliśmy prognozę pogody przed wyjazdem. Miny nam zrzedły, gdy zobaczyliśmy mniej niż 10 stopni nocami. Pomimo to pojechaliśmy. Wiedzieliśmy, że ze względu na ogromną ilość wesel
i wieczorów panieńsko-kawalerskich wszystkie pozostałe wakacyjne weekendy mamy zajęte. To była jedyna okazja. Zabraliśmy grube śpiwory i mieliśmy nadzieję, że nie będzie tak zimno.



Wyjazd- nieogar

Na miejscu okazało się, że zapomnieliśmy naszego dmuchanego materaca, co skutkowałoby spaniem na ziemi w namiocie. Karimaty, które oferowali znajomi z łódek niewiele by tu pomogły. Jak się później okazało zapomnieliśmy jeszcze parę innych rzeczy, ale to nie było już istotne. Ponadto nie udało się nam pożyczyć samochodu, więc widoków na ruszenie się poza Polańczyk nie było. Tak samo jak na kąpiele, bo woda w Solinie (http://gdzietuwyjsckrakow.pinger.pl/m/27596686) była mega zimna.



Nowości

Początkowo szukaliśmy miejsca na polu namiotowym. Jakie wielkie było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że pole namiotowe “U Wiktora”(http://gdzietuwyjsckrakow.pinger.pl/m/22268170), na którym nocowaliśmy przez ostatnie 5 lat zostało zamknięte. Może to dobrze, bo z roku na rok było coraz gorzej. Na innym polu zaraz obok dowiedzieliśmy się, że Pan już nie przyjmuje namiotów, bo przekwalifikował się na drewniane domki. Uderzyliśmy na pole po drugiej stronie. Tam zastaliśmy przemiłą
i bardzo uczynną właścicielkę, która dała nam solidna zniżkę na… domek. Tak, pierwszy raz w życiu w Polańczyku spaliśmy w domku. Burżujstwo po promocyjnej cenie. Było chłodno, ale zapewne nie aż tak jak w namiocie no i nie musieliśmy martwić się nocnymi burzami, prądem i czystością prysznica. Miła Pani wyposażyła nasz domek w takie rarytasy jak lodówka i czajnik elektryczny





Pijańczyk - Polańczyk

Na tym nie koniec nowego. Oczywiście tradycyjnie zjedliśmy pstrąga (http://gdzietuwyjsckrakow.pinger.pl/m/24464081)
i najpyszniejsze na świecie mrożone frytki,


pływaliśmy rowerkiem wodnym,


byliśmy w centrum, grillowaliśmy i graliśmy w bilard na przystani Unitra.
Z powodu braku samochodu postanowiliśmy dokładnie zwiedzić Polańczyk. Długo spacerowaliśmy żółtym szlakiem, który czasem znajdowaliśmy, a czasem gubiliśmy.


Odwiedziliśmy też kościół w Polańczyku, bynajmniej nie na modlitwy, ale z racji bycia fanami architektury sakralnej.


W ostatni dzień dołączyli do nas znajomi z łódek
i pojechaliśmy zwiedzić zaporę w Solinie od wewnątrz. Nie mam zdjęć, ponieważ jest to obiekt
o charakterze strategicznym i fotografowanie było zabronione.
Brzmi jak normalne wakacyjne zwiedzanie. Pewnie byłoby takim, gdyby nie fakt, że do tej pory Polańczyk był dla nas miejscem gdzie wypiliśmy hektolitry piwa i o dziwo budziliśmy się następnego dnia bez kaca. Jedna, wielka, kilkudniowa impreza
w plenerze pod namiotem i z grillem. Jednym słowem: Pijańczyk.



Sezon, którego nie ma

Pierwszy raz tak wcześnie zawitaliśmy do Polańczyka. Okazało się, że w dniach 15-18 czerwca sezon się jeszcze nie rozpoczął. Budki z pamiątkami były zamknięte, potańcówki na Unitrze się jeszcze nie rozpoczęły, a mała gastronomia nie otworzyła. Najbardziej żałowaliśmy jednak, że budka z pizzą robioną przez pana, który wygląda jakby dopiero
z więzienia wyszedł była nieczynna. W tym roku nie zjedliśmy naszej tradycyjnej polańczykowej pizzy.



Przez cały pobyt wspominaliśmy nasze ekscesy z lat poprzednich. Towarzyszyła temu przyjemna nostalgia
i uśmiechy. Szczególnie, gdy rozpoznaliśmy miejsca naszych mocno zakrapianych imprez. Czy żałujemy, że w tym roku było inaczej? Nie Jesteśmy już starsi, skończyliśmy studia i nie żyjemy wieczną imprezą. Nie oznacza to, że nasze wakacje w Polańczyku już zawsze będą tak wyglądać. W przyszłym roku planujemy połączyć oba style wypoczynku. Czy się uda? Zobaczymy

 

 
Zakochałam się w Mazurach. Chcemy tam wrócić własnymi czterema kółkami i jeździć od jednej urokliwej miejscowości do drugiej, od jednego pięknego jeziora do drugiego.
Jednak zanim to nastąpi, opowiem Wam, dlaczego polubiłam Giżycko oraz gdzie warto się zatrzymać, a gdzie pójść na spacer.


Apart Hotel Giżycko


Hotel położony jest w dobrej lokalizacji. W samym centrum oraz niedaleko od dworca PKP i PKS. Do plażę przy jeziorze Niegocin idzie się spacerowym tempem około 10 minut.
Obsługa hotelu była niezwykle miła i sumiennie wykonywała swoją pracę> Każdego dnia mieliśmy dobrze posprzątany pokój i uzupełnione braki
w kosmetykach czy bieliźnie hotelowej.
Wystrój przypadł mi do gustu: minimalistyczny, nowoczesny i praktyczny. Odpowiednia ilość gniazdek elektrycznych i turbo miękkie łóżko.




Jednakże najbardziej zakochałam się w prysznicu. Deszczownica, odpływ liniowy i ułożenie na całej ścianie łazienki to jest to, czego zapragnęłam
w swoim mieszkaniu.




Biorąc pod uwagę, że hotel nie był tani dziwi mnie niska, jakość śniadań. Po pierwsze trzeba było na nie przejść do całkowicie innego budynku- restauracji oddalonej o kilkaset metrów. Po drugie za taką cenę spodziewałam się większego wyboru
i mniejszego ścisku.


Pomimo minusów polecam Apart Hotel Giżycko dla osób chcących spędzić w tym uroczym miasteczku kilka dni.
No właśnie, co do uroków Giżycka to jest ich sporo.
Miasteczko jest idealne do zwiedzenia w jeden, góra dwa dni licząc pobyt nad jeziorem i rejs statkiem.
Polecam spacer uliczkami miasta i podziwianie takich atrakcji turystycznych jak mieszczący się
w samym centrum Kościół Ewangelicki


oraz Wieża Ciśnień, na której znajduje się punkt widokowy i muzeum.


Spacerując (lub jadąc rowerem) po Giżycku można dojść na Wzgórze św. Brunona. Wybraliśmy się tam pierwszego dnia, gdy akurat padało, ale wierzę, że widok ze wzgórza na Niegocin musi być naprawdę piękny bez tej mgły.




Uznaliśmy, że skoro jesteśmy w okolicy to przejdziemy się od razu do Twierdzy Boyen. To nie był dobry pomysł. Po pierwsze to wcale nie było “w okolicy”, po drugie piękne ścieżki spacerowo- rowerowe właśnie się skończyły i mieliśmy do wyboru tuptanie ruchliwą drogą bez pobocza lub lasem. Wybraliśmy las. Jakieś nikłe ścieżki tam były, ale niewiele dawały i zgubiliśmy się kilka razy. Cud, że nie złapaliśmy kleszczy. Do bardzo długim spacerze dotarliśmy do Twierdzy.


Fort został wzniesiony na przełomie 1843 i 1855 roku. Przez pewien okres czasu stanowił główny punkt obrony Prus Wschodnich. Twierdza Boyen znakomicie wywiązywała się ze swojej funkcji podczas I wojny światowej, zdobyta została
w trakcie II wojny światowej przez wojska III Frontu Białoruskiego, z tym, że podczas jej oddania nie padł ani jeden strzał. Teren Twierdzy Boyen zajmuje około 100ha.


Obiekt niewątpliwie zainteresuje osoby lubiące zwiedzać stare fortyfikacje i pasjonujące się wojenna historią. Osobiście pierwszy raz zwiedzałam jakąkolwiek twierdzę i było to dość interesujące, przynajmniej na początku. Fort oferuje trzy trasy dla zwiedzających. Zdecydowaliśmy się na tą średniej długości. Myślę, że najkrótsza wystarczyłaby w zupełności, ponieważ większość bunkrów niczym się nie wyróżniała, część była w renowacji, a inna część zdecydowanie tej renowacji potrzebuje.


Najbardziej podobała mi się hala ze starymi powozami, pewnie, dlatego, że jako jedyna miała jakąś zawartość. Na szczęście bilety do Twierdzy Boyen nie są drogie, więc warto było zainwestować w zwiedzanie. Są bunkry i było zajebiście


Jak łatwo się domyślić wróciliśmy do naszego pięknego hotelu turbo zmęczeni i po kolana ubłoceni.


Podsumowując, Giżycko to głównie jezioro, spacery i bunkry. Może nie brzmi to jak przygoda życia, ale jest warte zobaczenia. Zdecydowanie polecam.


Ogólna ocena Apart Hotel Giżycko 8/10.
 

 
Zwykle krakowskie restauracje oferują degustacje raz na określony czas. Obowiązują zapisy, trzeba zapłacić za bilet, zarezerwować miejsca. W Podgórskim Salonie Degustacyjnym jest inaczej.


Tam zestawy degustacyjne są stałą pozycją w menu, którą możemy zamówić w każdej chwili. To innowacyjne rozwiązanie, z którym nigdy wcześniej się nie spotkałam i które zapewnia restauracji spore obłożenie.

Moja wyprawa do Podgórskiego Salonu Degustacyjnego miała związek z All In Card. Wygrałam u nich voucher na 20 zł do PSD. Dzięki niemu za kolację zapłaciliśmy jedyne trzydzieści- kilka złotych.
Lokal zrobił na mnie dobre wrażenie. W miarę dobra obsługa (która zapomniała o mojej zniżce i musiałam się o nią upomnieć). Elegancki wystrój, którego mocnym akcentem są zdjęcia starego Podgórza. Bardzo dobrze, że sposób, w jaki urządzona jest restauracja współgra z nazwą. Podobały mi się również lampy- duże żarówki nad stolikami. Ponadto pizze oferowane przez PSD nazwane są od miejsc/ rzeczy charakterystycznych dla Podgórza. Świetny pomysł!


Zamówiliśmy pizzę Magistrat, która pomimo wyszukanej nazwy smakowała dość zwyczajnie, co jednak nie oznacza, że źle. Do tego zapiekany makaron Tagiatelle Al Tartufo z kurczakiem, borowikami, truflami, mozzarellą i sosem śmietanowym.
Pierwszy raz zdarzyło mi się nie dojeść dania. Nie, dlatego, że było za duże. Ani nawet nie, dlatego, że było nie dobre. Było pyszne, a wyraziste smaki grzybów, sera, kurczaka i makaronu pięknie się ze sobą mieszały. Jednakże po połowie porcji smakowało mi coraz mniej i czułam tylko glutowaty smak grzybów, które podchodziły mi z powrotem do gardła. Nie chciałam psuć sobie dobrego pierwszego wrażenia, jakie zrobiła potrawa i zjadłam jedynie ¾.
Do picia przydała się orzeźwiająca lemoniada.


Podsumowując, zdecydowanie polecam Podgórski Salon Degustacyjny na wieczór z przyjaciółmi, podczas którego sprawdzicie ich menu degustacyjne.
Ogólna ocena 7/10
FB: https://www.facebook.com/PodgorskiSalonDegustacyjny/
https://www.facebook.com/AllInCardpl/
Web: http://www.salondegustacyjny.pl
 

 
Jakoś tak się dziwnie złożyło, że przez ostatnie 4 lata Złoty Kłos był zawsze w pobliżu miejsca mojego zamieszkania. Może nie był bardzo blisko, ale daleko też nie. Jednakże zawsze było mi tam jakoś nie po drodze.


Do czasu, aż pod koniec czerwca wracałam z ostatniego egzaminu z prawa administracyjnego
i przechodziłam ulica Długą. Uznałam, że aby znowu świętować zakończenie egzaminów (po studiach zachciało mi się jeszcze dokształcać w prawno-administracyjnych tematach) zjem drugie śniadanie
w piekarni Złoty Kłos.

Piekarnia jest typowym sklepem. Nie ma tam nawet miejsca, aby postawić stoliczek i krzesła. Nie ma też takiej potrzeby. Kupujemy wypieki u miłej pani
i zjadamy je w domu.


Na drugie śniadanie zakupiłam dwie słodkie plecionki. Bardzo miękkie z słodziutkim i pachnącym cukrem środkiem oraz niewielką ilością chrupiącej kruszonki. Dobrze komponowały się z truskawkami Skusiłam się również na dwie grahamki, które zachowały idealną świeżość aż do kolacji. Całość zakupów nie wiele mnie kosztowała.


Podsumowując, Złoty Kłos jest bardzo smaczną opcją. Ale czy specjalnie chciałabym iść po ich smakołyki dalej niż mam do pozostałych czterech piekarni? Nie koniecznie, no chyba, że to, co mam pod nosem już mi się znudzi. Jeśli kiedykolwiek zamieszkam bliżej tej piekarni na pewno będę tam częstym klientem.
Ogólna ocena 7/10.
FB: https://www.facebook.com/zlotyklos/
Web: http://www.zlotyklos.com.pl

Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
To, że postawiłam sobie za cel spróbować wszystkich krakowskich lodów to już wiemy. Good Lood zachwalają wszyscy na każdym kroku. Co te lody mają w sobie?


Przed napisaniem tego wpisu musiałam wybrać się do Good Lood aż dwa razy, żeby dobrze posmakować ich wyrobów
Jak już wspomniałam w tytule to obecnie najpopularniejsza krakowska lodziarnia. Dlatego przed zakupem lodów należy odstać swoje w mega długiej kolejce.


Gdy już się naczekałem mogłam spróbować intrygującej śmietanki ze Skały oraz przesłodkiej krówki ciągutki. Czy różnica między śmietanką ze Skały a zwykłymi lodami śmietankowymi jest wyczuwalna? O dziwo tak. Myślałam, że będzie smakowała identycznie, ale w Good Lood’owej śmietance nie ma śladu posmaku chemii czy konserwantów. Jest delikatna i słodka jak prawdziwa wiejska śmietanka.


Przy następnej wizycie wróciłam do krówki ciągutki, w której się zakochałam i dobrałam do niej truskawkową Margaritę- wegański sorbet. Ogólnie nie lubię sorbetów, ale uwielbiam Margaritę, więc się skusiłam. Nie pożałowałam! Sorbet z Good Lood nie przeszywał zimnem przy każdym kęsie i nie smakował jak woda (większość sorbetów zapewniła mi właśnie takie doznania), był słodki i zalatywał dobrze zrobioną Margaritą.


Obsługa w lodziarni odznacza się anielska cierpliwością, skoro pomimo tylu klientów panie dalej są miłe. Ceny Good Lood oferuje dość przystępne.
Teoretycznie stoliczki, aby zjeść lody na miejscu są. W praktyce siedzenie przy nich oznacza ciągłe poczucie osaczenia i oczy wszystkich osób stojących w kolejce zwrócone na nas,
w momencie gdy akurat brudzimy się lodem. Polecam, zatem spacer po okolicy, na przykład po Kazimierzu, gdy zdecydujemy się na Good Lood na Placu Wolnica.
Podsumowując, Good Lood to pozycja obowiązkowa na mapie każdego lodomaniaka będącego w Krakowie.
Ogólna ocena: 10/10
FB: https://www.facebook.com/LoodIsGood/
Web: http://www.goodlood.com
  • awatar tica: Ja jadłam karmel z solą też bardzo dobre, ale jednak nic nie przebije tych ze Starowiślnej :)
  • awatar st.anger: Oj,spróbowałabym tych o smaku Margarity.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
W sumie to ani nie jogurt, ani nie lody, tylko mrożony jogurt. Pewnie większość z Was w dzieciństwie robiła lody z "Danonków". Pamiętacie ten smak przesadnie zmrożonej śmietany z wodą? Zapomnijcie o nim. Feel the Chill to nie to.


Te jogurtu mrożone są pyszne. Prawdziwie kremowe
z delikatnym jogurtowym posmakiem, który nie dominuje a nadaje niepowtarzalności.
Oprócz "lodo-jogurtu" mamy do wyboru mnóstwo różnych posypek i dodatków. Nie mogłam sobie odpuścić moich ukochanym M&M.


Cały proces wygląda w ten sposób: od przeciętnie miłej Pani dostajemy kubeczek i sami nakładamy masz deser. Następnie oddajemy pojemniczek Pani
z obsługi, która go waży. Płacimy. I tu pojawia się problem, bo gdyby nie voucher na 10zł od All in Card mój mały deserek kosztowałby aż 16 zł. To zdzierstwo i pomimo, że jogurt mrożony smakuje dobrze nie jest warty takiej ceny.





Minusem jest też gakeriana lokalizacja. Stoliki
i krzesła na wyspie w korytarzu Galerii Kazimierz nie sprzyjają rozkoszowaniu się smakiem deseru.


Podsumowując, myślę że raz można sobie pozwolić na takie szaleństwo i przepłacić za mrożony jogurt
w Feel the Chill, aby poznać jego cudowny smak.

Ogólna ocena 6/10.
 

 
Jestem pewna, że ta nazwa nie jest przypadkowa
i mam na to kilka mocnych argumentów.


Przystanek Burger mieści się nigdzie indziej jak nieopodal przystanku Plac Inwalidów. Myślę, że ta lokalizacja miała spory wpływ na nazwę burgerowni.
Wpływ mógł mieć również fakt, że lokal jest malutki, a upchnięte gdzie się da stoliki nie zachęcają do siedzenia. Szczególnie te z przodu
z widokiem na troszkę obskurne podwórko. Dlatego “przystanek” jest tu słowem kluczem. Wysiadasz na Inwalidów, czekając na przesiadkę przystajesz w burger barze, kupujesz na wynos i jedziesz dalej.


Może wystrojem nie jestem zachwycona, ale burgery są spoko. Wzięłam Spinaci Burger i bardzo mi smakował. Byłby perfekcyjny gdyby nie stanowczo za duża ilość rukoli.


Ogromnym plusem Przystanku oprócz pozytywnej obsługi, jest opcja darmowej wymiany bułki na ciemną, oraz dodatkowego sosu. Ponadto burger wołowy lub z kurczakiem kosztują tyle samo. Takie pomysły mój portfel chwali. Poza tym ceny są przystępne, a kanapką najemy się do syta.

Podsumowując, czekając na autobus na Placu Inwalidów kupcie obiad w Przystanku Burger.

Ogólna ocena 7/10.
 

 
Ostatnio mam fazę na chodzenie do barów mlecznych, stołówek i innych jadłodajni, które chwalą się, że serwują tanią domową kuchnię. Co z tego wynikło?


Gdy stanie się przed wejściem Kuchnia Polska raczej nie zachęca. Metalowe krzesła i ceraty na okrągłych stolikach. Widok jak z prowincjonalnego baru w latach 90- tych. W środku lodówki z potrawami, które pomimo dziwności tego pomysłu wyglądają całkiem apetycznie.


Zdecydowałam się na pierogi ruskie w cenie 10 zł za sporą porcje. Szczerze mówiąc dupy nie urwały… Niektóre były rozgotowane, ciasto za miękkie i zdecydowanie za duża ilość cebuli w środku. Zjadliwe, ale więcej nie zamówiłabym ich.


Panie, które tam pracowały były dość ciekawym zjawiskiem, bo chyba bawiły się w dobrego i złego gline względem klientów. A właśnie, co do klientów, to dopiero był pawilon osobliwości: od eleganckich panów w garniakach po ulicznych żuli. W przypadku tych ostatnich zachowanie obsługi mogłoby być uzasadnione, ale ja przecież jak żul nie wyglądam.


Podsumowując, Kuchnia Polska jest dość dziwnym miejscem i w sumie nie wiem, komu mogłabym je polecić… Z jednej strony nie widzę powodu do wystawienia złej recenzji, a z drugiej wszystko było nie tak.
Ogólna ocena 2/10.
  • awatar Tęczowe marzenia ♥: Hmm obsługa powinna raczej dobrze się zachowywać... Mi też się nie podoba ten lokal ( oczywiście z wyglądu no bo nie byłam tam ) :).
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Dla niektórych lato to słońce, urlop, woda, czasem góry. Moim pierwszym skojarzeniem są lody, bo nigdy nie smakują tak dobrze jak w lecie.



W sumie to jem lody o każdej porze roku, ale nigdy nie czerpię z tego takiej przyjemności jak latem. Porcja (duża) pysznych lodów w łapce i spacer skąpanymi w promieniach słońca uliczkami krakowskiego Starego Miasta, to jest właśnie TO.


Podczas jednego z podobnych spacerów trafiłam na lodziarnie na ulicy św. Tomasza. Bez jakiejś specjalnej nazwy, po prostu pod szyldem “Lody”. Kiedyś w tym samym miejscu był chiński fast food.
Muszę powiedzieć, że niepozornie wyglądający lokal podbił moje serce. To były zdecydowanie najlepsze lody, jakie do tej pory jadłam. Aż ślinka cieknie mi na wspomnienie cudownie mlecznej Kinder Czekolady oraz słodko- gorzkiej kawy z białą czekoladą.


Wszystkie smaki mają tam równie niespotykane, co te próbowane przeze mnie. Ceny przystępne, obsługa miła, kolejka jak stąd do wieczności
i raczej prowizoryczne miejsca do siedzenia wewnątrz lodowego przybytku. Czyli idealna opcja na spacer.


Podsumowując, koniecznie musicie tego lata spróbować Lodów z ulicy św. Tomasza. One są po prostu obłędne i myślę, że umilą mi nie jeden ciepły letni dzionek.
Ogólna ocena 10/10.
  • awatar Ch!c G!rl: aż ślinka cieknie, smaczności!
  • awatar Yoasiczka: ale smaka narobiłaś tymi lodami :-)
  • awatar RainbowxD: Te lody musiały być przepyszne! :) U mnie w mieście ostatnio otworzyli też fajną lodziarnię i również można tam spotkać nietypowe smaki, co zawsze jest ciekawym urozmaiceniem :D.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Jedno z najbardziej kulturalnych, edukacyjnych
i hipsterskich miejsc na krakowskiej mapie knajpianej.


Za co lubię Pauze?
Głównie za ciekawe eventy, które się tam odbywają. Można posłuchać porad jak rozwijać swoją firmę
w social media, zobaczyć alternatywny dokument, posłuchać ciekawej dyskusji lub wykładów grupy KrakWhiteHat, które sama organizuje.
Pauza jest jednym z krakowskich centrów kultury
i informacji. W bogatym kalendarzu wydarzeń każdy znajdzie coś dla siebie.
To wszystko w designersko i modnie urządzonym wnętrzu z mega wygodnymi fotelami- poduchami.




Miła obsługa zaoferuje nam standardowe kawiarniane propozycje: ciekawe sypane herbatki, kawę, piwo
i przepyszne wino grzane. A jeśli zgłodniejemy przyrządzą coś na ząb.
Ceny raczej spoko: herbata 7-8 zł.


Podsumowując, Pauza in Garden= interesujący event przy dobrej herbacie w wygodnym fotelu.
Ogólna ocena: 7/10.

  • awatar Hachie: Wygląda bardzo interesująco, jak będę w Krakowie i wyrobię się w czasie to z chęcią tam się udam! :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Gdy pytają mnie gdzie jest największa kolejka po pączki i inne drożdżówki odpowiadam, że u Michałka na Krupniczej.


Co właściwie takiego niezwykłego ma Michałek? Smak. Ich wypieki są genialne. I nie tylko flagowa, przepyszna drożdżówka ze słodką różą o której słyszał cały Kraków. Urzekła mnie również mięciutka i rozpływająca się w ustach maślana bułeczka idealna do domowego dżemu od mojej “teściowej”. Niestety te łakocie są niewielkich rozmiarów dlatego radzę kupić od razu dwie sztuki. Nie zbankrutujemy bo ceny Michałek ma przystępne.




Michałek nie ma za to miłej obsługi ani miejsca do konsumpcji, które zachęcałoby do pozostania w cukierni. Kosz na śmieci grający tam główną rolę raczej odstrasza.
No ale ten smak rekompensuje wszystko


Podsumowując, po drodze z przystanku Teatr Bagatela, idąc do pracy, szkoły lub na uczelnie kupcie sobie drugie śniadanie u Michałka.
Ogólna ocena 8/10.

 

 
6 powodów, dla których nie warto pójść do Ratuszowej


W sumie zawsze korciło mnie, aby zaglądnąć do lokalu w podziemiach Ratusza. Na Wieży Ratuszowej już byłam. Wejście kosztuje 5 zł i możemy podziwiać całkiem ładną panoramę Starego Miasta.
W podziemia zapuściłam się dzięki All in Card (https://www.facebook.com/AllInCardpl/?fref=ts)
i wygranym bonie na 30 zł do Ratuszowej.
Gdyby nie ten voucher bardzo żałowałabym mojej decyzji. Tym bardziej, że na wizytę zdecydowałam się w Dzień Kobiet, czyli miała być to elegancka kolacja z ukochanym. Dlaczego nie była? Oto 6 powodów, dla których definitywnie odradzam Wam ten lokal.


1. Ceny. Po prostu astronomiczne. Gdyby nie All in Card zapłacilibyśmy za kolacje około 70 zł. Na szczęście koszt pizzy, dania głównego i dwóch herbat obniżył się o voucher.
2. Jedzenie. Hmmm szału nie było. Kurczak faszerowany pomidorami i mozzarellą był bez smaku i do tego w rozmiarze mini. Pizza okazała się całkiem smaczna i odpowiednia rozmiarowo tylko dla jednej osoby.
3. Brak dbałości o klienta. Przy tak wysokich cenach i renomie miejsca spodziewałabym się, chociaż darmowej przystawki. No i jakiejś ekstra promocji dla pań z okazji Dnia Kobiet.
4. Obsługa. Nikt nie wskazał nam miejsca, pomimo, że poprosiłam o stolik dla dwóch osób. Kelnerzy byli raczej na średnim poziomie.
5. Teatr. Tak, wiem, że brzmi to dziwnie. Już wyjaśniam. W podziemiach Ratusza mieści się filia Teatru Ludowego. Nie byłoby w tym nic złego gdyby nie fakt, że ludzie czekający i idący na spektakl przechodzą przez restauracje i zaglądają gościom
w talerze. Na domiar złego nasz stolik był zaraz przy drzwiach do sali teatralnej, gdzie gromadzili się widzowie z biletami. W lokalu jest jeszcze drugie pomieszczenie, ale tam, jak się dowiedzieliśmy, są miejsca tylko dla dużych grup. Słabo.
6. Wystrój. Miejsce ma potencjał. Piękna piwnica, do której pasowałaby średniowieczna aranżacja i stroje z epoki dla kelnerów. Zamiast tego jest wielka lodówka z napojami i krzesła jak z góralskiej karczmy.


Jednym słowem tragedia (dobrze, że nie grecka). Za taką cenę dostać takie rozczarowanie to skandal.
Podsumowując, już nigdy tam nic nie zjem. Wam też nie polecam. Drogo, mało, kiepsko, brzydko i nie komfortowo.
Ogólna ocena 1/10.

 

 

Czyli moje wielkie (małe) rozczarowanie.
Gdy tylko zobaczyłam w Internecie zdjęcie pancakes wiedziałam, że muszę ich spróbować
i że się w nich zakocham. Nie myliłam się. Mój pierwszy raz z tymi puszystymi naleśnikami o smaku Oreo był w Warszawie w Manekinie. Po pół godziny czekania na miejsce zjadłam pyszne, duże i sycące naleśniki, podane przez miłą kelnerkę i warte swojej wysokiej ceny.


Wyobraźcie sobie moją radość, gdy odkryłam, że
w Krakowie na ul. Dolnych Młynów 10 otworzyli Mr. Pancake. Wizytę w tym miejscu odkładałam na specjalną okazję. Padło na najważniejsze święto
w roku, czyli moje urodziny. To był błąd.
W Mr. Pancake praktycznie wszystko jest na “nie”. Wystrój ładny, ale do bólu hipsterski. Ja rozumiem, że jest teraz taka moda, ale bez przesady żeby wszystkie nowe knajpy wyglądały tak samo. Menu lokalu daje szerokie pole do popisu, jeśli chodzi o wygląd. Można pójść
w cukierkową słodycz, cyrk, zabawki, Francję, Amerykę, Kanadę i mnóstwo innych rzeczy, które kojarzą się z tym rodzajem naleśników. Jedyne, co wygląda spoko to ściana z ciekawie wkomponowanymi miejscami na doniczki z zielenią.


Druga rzecz na “nie” to obsługa. NIE podają menu do stolika. NIE podchodzą, aby przyjąć zamówienie. NIE przynoszą dania do stolika, tylko dostaje się jakiś pager, który może być fajnym rozwiązaniem
w tanim barze szybkiej obsługi, a nie w lokalu gdzie za dwie porcje naleśników i dwa napoje płaci się prawie 60 zł. NIE wykazują zainteresowania klientem, który podejdzie do baru, obsługują
z grymasem niezadowolenia na twarzy. NIE zasługują na napiwek.



Co do samych pancakes mam mieszane uczucia. Zamówiłam naleśniki z magic stars oraz dodatkową gałką lodów w piątkowej promocji za 1 zł. Spodziewałam się większej porcji
i zdecydowanie większej ilości gwiazdek. Było słodko, smacznie, ładnie na talerzu, ale nie sycąco. Nie najadłam się, a jeśli tyle płacę to oczekuje zaspokojenia głodu.


Podsumowując, na drogi deserek z grymaśną obsługą można wybrać się raz, no może dwa, jeśli ktoś bardzo lubi pancakes. A potem pozostaje tylko liczyć, że gdzieś jeszcze otworzą restaurację
z pancakes na wyższym poziomie.
Ogólna ocena:4/10.
FB: https://www.facebook.com/pankejkkrakow/?fref=ts
WEB: http://mrpancake.pl

  • awatar greene69: Obsługa w lokalach jest bardzo ważna, bo sądzę, że bardziej wpływa na naszą ocenę niż samo jedzenie:)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Nieba w gębie może nie ma, ale jest za to jest niebo w portfelu.


Wyjaśnijmy jedną rzecz. Pomimo górnolotnej nazwy Niebo w gębie to po prostu fajny, studencki, tani bar. Usytuowany tak, aby jego klientela nie miała daleko, bo na ulicy Straszewskiego.
Zjemy tam naprawdę po studencku: dużo, tanio, szybko i smacznie.
Dużo, bo zupę, drugie danie oraz kompot. U mnie padło na dobrze przyprawioną ogórkową oraz spory kawałek delikatnej pieczeni w sosie z pieczonymi ziemniaczkami i marchewką. Tanio, bo to wszystko kosztowało tylko 13, 05 zł ze zniżką 10% dla osób uczących się. Szybko, gdyż w barze obowiązuje samoobsługa, co biorąc pod uwagę typ jest całkowicie na miejscu.




Bardzo pozytywnie zaskoczył mnie wystrój. Zwykle
w studenckich kanjpkach nie przywiązują uwagi do wyglądu wnętrza. Tu jest zupełnie inaczej. Dominuje spójny z nazwą niebiański niebieski,
a całość jest urządzona ciekawie i tak, aby pomieścić dużą liczbę głodnych krakowskich żaków.




Podsumowując: Niebo w gębie zaspokoi duży głód za małe pieniądze. Zdecydowanie polecam!
Ogólna ocena 8/10.
 

 
Wpis przeznaczony dla osób pełnoletnich.

W tym roku przez prawie miesiąc szukałam knajpy idealnej to wyprawienia imprezy urodzinowej. Odwiedziłam wiele miejsc, aż w końcu trafiłam na Cudowne Lata. Nazwa już mówi sama za siebie, ten lokal aż się prosił o świętowanie w nim moich cudownych 26 lat.


Zacznę od początku. Pierwszy raz do pubo- kawiarni (bo tak można określić to miejsce) trafiłam
w Dzień Świętego Partyka, aby napić się zielonego piwa. Pozytywnie zaskoczył mnie fakt, że
w Cudownych Latach mieli zielone piwo butelkowe,
a nie lane z dodatkiem syropu blue curacao, który barwi piwo na zielono. Kolejną miłą niespodziankę stanowiła cena- tylko 7 zł.


Wystrój typowo pubowy: piwnica, cegły, drewniane krzesła. I to jest całkiem spoko, bo meble były zadbane, a w środku było czysto, więc nie zalatywało mordownią. Tylko te babcine serwetki na stołach to mogliby sobie darować. No i zacinająca się damska toaleta stanowi delikatny problem... Na szczęście dziewczyny i tak chodzą parami do łazienki


Obsługa okazała się turbo miła i uczynna szczególnie podczas mojego przyjęcia urodzinowego. Przygotowali stoliki do mojej rezerwacji i na odchodne dostaliśmy jeszcze po bani wódki od barmana. Okazało się, że robienie imprezy
w Cudownych Latach jest niezwykle korzystne dla mojego portfela, ponieważ smakowa Soplica kosztuje tam jedyne 60 zł, a za dwie paczki orzeszków
i jedną paluszków zapłaciłam tylko 8 zł To bardzo przystępne ceny jak na knajpę. Gdyby tego było mało, to specjalnie dla amatorów tańców, jedna
z sal w weekendy zamienia się w parkiet. Muzyka nie zagłusza rozmów przy stolikach w innych salach, to duży plus.


Podsumowując Cudowne Lata to nie tylko pub
z dobrym piwem i kawiarnia z pysznym ciastem. To również cudowne miejsce na świętowanie kolejnych upływających nam lat.



FB: https://web.facebook.com/cudownelata/?fref=ts
Adres: ul. Garncarska Kraków
  • awatar edertasuna1267: pierwszy raz widzę zielone piwo XD
  • awatar BipolarBear: O, codziennie się dowiaduję czegoś nowego :D Jak na przykład istnienie zielonego piwa :P
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Kraków przyprawiony curry. Trochę szaleństwa
i kolacja przyjaciółek jak w „Seksie w wielkim mieście”


Razem z przyjaciółkami postanowiłyśmy odkryć orientalne smaki w Krakowie i wybrałyśmy się do Hurry Curry. To już trzeci lokal, który znajduje się pod adresem Szpitalna 9. Wcześniej było tam Boogie, a następnie Spazio (http://gdzietuwyjsckrakow.pinger.pl/szukaj/wpisu?scope=gdzietuwyjsckrakow&;search-msg=spazio). Mam nadzieje, że Hurry Cury będzie miało więcej szczęścia.
Wystrój restauracji jest dość ascetyczny, ale niepozbawiony elementów podkreślających jej charakter. Zachwyciła mnie cała ścian zdjęć z Azji oraz znajdujące się na przeciwko niej zegary. Całość jest urządzona spójnie i zgodnie obowiązującymi minimalistycznymi trendami.




Zamówiłyśmy każda po orientalnym daniu, którego nazwę z trudem mogłybyśmy wymówić, ale miła pani kelnerka przyszła nam z pomocą i wyjaśniła, jakie smaki kryją się pod egzotycznymi określeniami. Mój wybór padł na Curry ze Sri Lanki, czyli aromatyczny sos na bazie śmietanki kokosowej, tamaryndowca, ziaren czarnej gorczycy kurkumy
i imbiru z krewetkami oraz ryżem. Połączenie smaków z pozoru dość abstrakcyjne okazało się orgazmicznym doznaniem dla moich kubków smakowych. Uwielbiam krewetki, a orientalny sos- zupa doskonale dopełniał ich subtelny smak. Danie okazało dość pikantne, pomimo, że w karcie było zakwalifikowane, jako łagodne. Nie chce nawet myśleć, jak smakują te określone, jako mocno pikantne. Moje przyjaciółki również były zachwycone kolacją. Za cztery dania i osiem piw zapłaciłyśmy 158 zł, co jest dobrą ceną.


Podsumowując, smaki Hurry Curry są obłędne. Idźcie tam koniecznie!
Ogólna ocena: 10/10.
FB: https://web.facebook.com/hurrycurrykrakow/?fref=ts
  • awatar BipolarBear: O , widzę, że poszłaś za namową :D ! Ciekawie to u Was wygląda, Katowice mają trochę mniejszy lokal
  • awatar Andzia86: super
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Bardzo ważne jest dla mnie jak rozpoczynam dzień, dlatego uwielbiam jeść pyszne śniadania robiąc poranny przegląd Pudelka, Facebooka i Instagrama.


Jak pewnie zauważyliście lubię śniadania na słodko: croissanty, drożdżówki, dżemy, owoce.
Do domowej roboty dżemów i przetworów owocowych wybieram zwykle rogaliki i bułeczki bez nadzienia oraz ciasto drożdżowe. Nie wszystkie cukiernie
i piekarnie mają w swojej ofercie takie specjały. Na szczęście Cukiernia Róża ma.
Muszę powiedzieć, że zakochałam się w Róży. To miejsce jest pełne ciepła głównie za sprawą pni, która tam pracuje i domniemam, że jest właścicielką tej wytwórni pyszności.
Urocza pani z Róży sprzeda nam rogalika za 20gr zamiast za 1,20 zł gdy nie ma wydać z 20. Przy okazji opowie, że rogalik ten jest smakiem jej dzieciństwa i od 50 lat przygotowuje go według tej samej receptury.


Innym razem poleci nam najlepszą na świecie drożdżówkę, która podobno nie tuczy ;P


Na odchodne oprócz uśmiechu dostaniemy jeszcze kawałek orzechowca lub innego ciasta, którym akurat tego dnia częstuje klientów.
W cukierni nie ma stolików i krzeseł pozwalających na zjedzenie słodyczy na miejscu, ale to nie ważne. Wszystko rekompensuje niesamowity smak wypieków oraz usposobienie właścicielki (?).




Podsumowując, moim zdaniem Róża to najlepsza cukiernia na Salwatorze i z pewnością pani, która tam pracuje jest najmilszym cukiernikiem
w Krakowie.
Ogólna ocena 9/10.

Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Międzymiastwowa. Czyli najbardziej pożądane krakowskie śniadanie. Dlaczego? Czy warto się tam wybrać?


Jakiś czas temu pisałam Wam o starej fabryce papierosów na ulicy Dolnych Młynów przerobionej na krakowskie zagłębie knajp. To właśnie tam mieści się jeden z najgorętszych krakowskich adresów, czyli Międzymiastowa.


Wynika to głównie ze świetnych promocji, jakie mają w lokalu. Rekordy popularności bije śniadanie do kawy za 1 zł. Zasada jest prosta: kupujemy jakąkolwiek kawę, każda jest w cenie 9 zł, następnie dopłacamy 1 zł i mamy genialne śniadanie. Zachwyciłam się słodkimi i rozpływającymi się w ustach tostami francuskimi
z mnóstwem owoców oraz niezwykle pożywnym
i wyrazistym w smaku english breakfast.




Na miejsce czekałyśmy około 20 min, a kolejka, aby zjeść promocyjne śniadanie była przeogromna, restauracja pękała w szwach.


Równie atrakcyjna jest oferta lunchu dnia za 19,90 oraz poniedziałkowe dwie pizze w cenie jednej. Mnie wyjątkowo przypadły do gustu również tapas: Filo Triangles, czyli dobrze przyprawione warzywa pieczone w delikatnym cieście filo z sosem imbirowo- sojowym. Pyszności za 16 zł. Standardowe dania główne mają równie umiarkowane ceny. Spaghetti Martini Chick kosztuje tylko 27 zł,
a smakuje i wygląda naprawdę szykownie.




Wystrój pasuje do całego klimatu Dolnych Młynów- industrialny i nowoczesny przełamany modnymi zielonymi oraz białymi akcentami. Całość prezentuje się niezwykle cool i fancy i taka też jest renoma tego miejsca.


Podsumowując, jeśli chcesz być trendy chodź do Międzymiastowej.
Ogólna ocena 9/10.

 

 
Wesołych Świąt Wielkanocnych!

 

 
Dwa tygodnie temu wróciłam do pomysłu znalezienia idealnego burgera. W tym celu wybraliśmy się
z moim Lubym do Streetz American Barbecue.


Pierwsze wrażenie lokal zrobił świetne. Urządzony zgodnie z nazwą, czyli po amerykańsku z mnóstwem dekoracji rodem z knajp, które widzimy w filmach wyprodukowanych w USA. Neony, drewniany i dobrze zaopatrzony bar, ozdobne tablice rejestracyjne, które kocham i chciałabym mieć je w swojej kuchni. Nie zaszkodziłoby nawet gdyby tych charakterystycznych elementów było więcej.


Ceny też miło zaskakiwały. Burger za 24 zł, niestandardowe piwo za 7 zł. Propozycje bardzo przyjemne dla portfela.


Zamówiliśmy po burgerze. Niestety burger mojego Lubego wyglądał tak mało apetycznie, że nawet nie pokaże Wam zdjęcia, bo byłoby ono totalną antyreklamą.
Mój California z ananasem prezentował się całkiem nieźle. Do każdej kanapki w Streetz American Barbecue dodatkowo otrzymamy sałatkę Colesław
i frytki. Porcja jest ogromna i nawet ja miałam problemy ze zjedzeniem jej w całości.




Burger mi smakował, połączenie mięsa, ananasa oraz sosu orzechowego okazało się bardzo trafione,
a sos zapewnił mi nowe doznania smakowe. Do frytek czekały na stole trzy sosy mojej ulubionej marki Heinz. Jedynie bułka była słabej jakości, ale biorąc pod uwagę wszystkie plusy mogę przymknąć na to oko.
Tak samo jak na kelnera, który sprawiał wrażenie (głównie ze względu na strój) jakby wzięli go do pracy prosto z ulicy. Może warto zainwestować
w jakieś dostosowane do profilu restauracji uniformy kelnerskie...

Dlaczego zatem dobre złego początki? Zastanawiam się czy to wina Streetz American Barbecue czy może niesprzyjającej aury, ale tak źle po zjedzeniu posiłku to dawno się nie czułam. Niestrawność, uderzenia gorąca, uczucie ciężkości w brzuchu. Chcąc nie chcąc powiązałem te objawy z burgerem. Tak naprawdę mogą mieć nie mieć nic wspólnego. Może kiedyś to sprawdzę, ale póki, co jakoś nie mam ochoty na drugiego burgera.

Podsumowując, gdyby nie moje złe samopoczucie po kolacji poleciłabym Wam tę knajpę z czysty sumieniem. Na dzień dzisiejszy nie wiem, co powiedzieć. Jeśli macie odwagę się tam wybrać to dajcie znać w komentarzach, jakie były Wasze odczucia.
Ogólna ocena 5/10
Adres: Kraków ul. Krupnicza
Web:http://streetz.com.pl
FB: https://www.facebook.com/americanstreetzbarbeque/?fref=ts
 

 
Oto mam dla Was klasyczny przykład ilustrujący przysłowie “Pod latarnią najciemniej”.


Sześć lat mieszkania w ścisłym centrum Krakowa, na Starym Mieście (ehhh to było piękne), trzy lata przechodzenia niemal codziennie przez plac Szczepański, ale dopiero dwa tygodnie temu pierwszy raz weszłam do Cafe Betel.
Szukałyśmy z przyjaciółką miejsca na pogaduchy
w niedzielne popołudnie. Wszystkie miejscówy były wypełnione po brzegi. Wtedy przypomniałam sobie
o szyldzie, który mijałam idąc na zajęcia podczas studiów licencjackich. Postanowiłyśmy sprawdzić czy pod tym szyldem kryje się coś ciekawego.
No i odkryłyśmy perełkę.
Po pierwsze gródek: już widzę jak cudownie spędza się tam ciepłe letnie wieczory przy piwku.


Po drugie antresola: klimatyczna i wypełniona poduchami oraz niskimi stoliczkami, skutecznie izolowała od dźwięków muzyki klubowej dobiegającej z dolnej sali. Główna sala przypomina trochę klubokawaiarnie i jest urządzona w modnym minimalistyczno- modernistycznym stylu.




Po trzecie barman: mega miły. Przyznał, że mają awarię ekspresu i że kawa nie koniecznie będzie tak rewelacyjna jakby chciał. Moja przyjaciółka nie miała jednak żadnych zastrzeżeń do smaku napoju.
Po czwarte herbata: wyśmienita gruszkowa, podawana w pięknych czajniczkach i czarkach. Czajniczki dobrze wyprofilowane, nie rozlewają zawartości
i mają uchwyt, który nie parzy w ręce.


Po piąte cena: teraz uwaga… 10 zł za kawę i mega dużą herbatę. Być może to za sprawą awarii ekspresu miałyśmy promocyjną cenę, ale nie ważne.
Podsumowując, przez lata miałam pod nosem naprawdę świetną knajpę. Mam nadzieję, że te pięć powodów przekonało Was do odwiedzenia Cafe Betel
Ogólna ocena 7/10.
Adres: plac Szczepański Kraków
FB:https://web.facebook.com/betelpub/?_rdc=1&;_rdr
  • awatar BipolarBear: To koniecznie zajrzyj też do Hurry Curry i Złotego Osła :D Nigdy nie wyszłam rozczarowana ^^
  • awatar Ruda Grażka: @BipolarBear: Dzięki. Jak jestem w Kato to mam problem gdzie iść :P
  • awatar BipolarBear: Całkiem fajnie to wygląda :D Jakbyś miała kiedyś przyjemność gościć w Katowicach, to koło rynku jest wspaniała Kattowitz cafe, którą niedawno odkryłam :) Świetny wystrój, fajne wdzianka kelnerek i przyjemna muzyka w tle
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Nowa sieciówka opanowała Kraków. Wszyscy jedzą śniadanie w Nakielny.


Uwielbiam odkrywać fancy śniadaniowe miejscówki. Nakielny zdecydowanie do nich należy. Motywem przewodnim są są latarnie, które przypominają dużą kawiarkę. Świetny pomysł na logo. Czarno białe grafiki są równie na topie, co jasne- pastelowe kolory i drewno zastosowane w wystroju. No i super modny fotel o unowocześnionym designie nawiązującym nieco do lat 70, teraz takie widzę wszędzie i są absolutnym hitem.


Obsługa jest niezwykle miła oraz pomocna, a menu wprost zachwyca. Nakielny oferuje fantazyjne kolorowe słodkości, które zachwycą nie tylko podniebienie, ale i oczy.
Ja jednak postawiłam na śniadaniową klasykę: croissant i kawa. Razem 13,80 zł. To dobra cena biorąc pod uwagę, że w większości sieciówek nie zjemy zestawu śniadaniowego za tyle.
Muszę przyznać, że kawa nie zadowoliła mnie. Była mega gorzka, nawet po wsypaniu tony cukru. Za to croissant nadrobił straty. Był wyśmienity. Kruchy, delikatnie maślany z ogromną ilością bardzo, bardzo słodkiej czekolady. Uwielbiam takie croissanty.


Podsumowując, wybierzcie się do Nakielny na fancy śniadanie i zjedzcie croissanta- jednego
z lepszych w Krakowie.
Ogólna ocena: 8/10.
Adres: ul. Basztowa 23, Kraków
Web: http://www.nakielny.pl
FB: https://web.facebook.com/Nakielny.Kawiarnia/?fref=ts



  • awatar Ruda Grażka: @bkornik: @bkornik: Wow, super! Awiteks tez lubię :)
  • awatar bkornik: Nakielny to "śniadaniówka" właściciela Awiteksu Witolda Nakielnego :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Do Browaru Lubicz tylko na browara czy może jednak na obiad? Przereklamowany czy warty odwiedzenia?


Jakiś czas temu słynny Browar Lubicz zaczął znowu prosperować. Ludzie walili drzwiami i oknami,
a znalezienie miejsca, szczególnie w weekend graniczyło z cudem. Gdy już minął pierwszy “bum” wybrałam się i ja. Niestety moje oczekiwania nie pokryły się z rzeczywistością.
Od progu, czyli kontaktu z średnio miłą panią
z recepcji, spotykały mnie prawie same rozczarowania.




Wystrój nie powala, właściwie to jest nudny. Zwykłe ciemne fotele, drewniane krzesła i stoły. Miejsce ma potencjał, ponieważ przestrzeni jest sporo i można ją zaaranżować odwołując się do historii działalności browaru. Szata graficzna menu mogłaby stanowić tu inspiracje. Karta wygląda jak gazeta z dawnych czasów, w której znajdują się “artykuły” na temat dziejów marki Lubicz oraz oferowanych piw. Oprócz tego zawiera oczywiście listę dań do wyboru.
No właśnie dania… Kolejny zawód. Wybór jest skromny, ceny powalające, porcje nie gwarantują sytości. Szczególnie zaskoczyły mnie przystawki
w cenach niemal identycznych jak dania główne. Serio?! Mam nadzieje, że wielkość również jest porównywalna.
Zamówiony przeze mnie burger z pikantnym sosem był smaczny i faktycznie palił język.
Natomiast Krakowska Maczanka była aż za bardzo cebulowa, ale również smaczna.


Do tego dwa piwa: Apa oraz ciemne. Zdecydowanie Lubicz powinien poprzestać na serwowaniu piwa. Chmielowy napój w ich wykonaniu jest genialny
i naprawdę wart polecenia.


Za obiad dla dwóch osób (dania główne i piwa) zapłaciłam 66zł. Przy takiej cenie spodziewałam się lepszego zaopiekowania. Myślę, że darmowa przystawka sprawiłaby, że posiłek w Browarze Lubicz nie wypadałby już tak drogo. No i gdyby obsługa bardziej starała się zaopiekować klientem na przykład wskazać miejsce, to poziom restauracji dorównałby cenom.
Podsumowując: jeśli chodzi o piwo jestem na tak,
a jeśli chodzi o posiłki to raczej na nie…
Ogólna ocena 6/10.
Adres: ul. Lubicz 17J, Kraków
Web: http://www.browar-lubicz.com.pl
FB: https://web.facebook.com/browarlubiczrestauracja/?fref=ts
  • awatar Ruda Grażka: @amsisley: 4 marca :)
  • awatar amsisley: kiedy byłaś w tej restauracji? Bo ja wczoraj byłam w tamtych okolicach na rozmowie o pracę :D hyhy
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
WPIS PRZEZNACZONY DLA OSÓB PEŁNOLETNICH

Kraków miastem, które nigdy nie śpi. Zapraszam Shine'a!
Dawno nie pisałam nic o żadnym klubie. Właściwie to tylko jeden mój post dotyczył klubu. Był to pierwszy wpis i opisałam w nim Ministerstwo (http://gdzietuwyjsckrakow.pinger.pl/m/17878051). Lokal już nie istnieje, a ja mogę się przyznać, że tam pracowałam. Mam z tego miejsca mnóstwo fajnych wspomnień, nawiązałam tam wiele przyjaźni oraz poznałam miłość mojego życia.
Nie zmienia to faktu, że po 1, 5 roku niemal codziennego bywania w klubie miałam dość na następne 5.5 roku.


Do Shine poszłam na urodziny przyjaciółki. Lokal bardzo mi się spodobał. Jest mega dużo miejsca
a wystrój zaliczam do lepszych, jakie widziałam. Motyw tych parasolek- genialny!




Pod względem cen nic w klubach się nie zmieniło. Drogo. Mój, nawiasem mówiąc dobry, Cosnopolitan kosztował 21 zł, a zrobiła do miła barmanka.


Muzyka, jak łatwo się domyślić- klubowa. Są lepsi i gorsi dj- e, trafiłam akurat na tego bardziej utalentowanego.
Nie zmieniło się też to, że kluby rządzą się swoimi prawami i jeśli nie zapisałeś się na wydarzenie na FB to płacisz za wstęp. W tym przypadku 10 zł.
Podsumowując, to były bardzo udane urodziny
i świetnie się bawiłam. Z całą pewnością mogę polecić klub Shine na dobrą całonocna imprezę.
Ogólna ocena 8/10.
Adres: ul. Starowiślna 16, Kraków
http://krakow.shineclub.com.pl
https://web.facebook.com/ShineClubKrakow/?_rdr
 

 

Muszę przyznać, że z zewnątrz Cafe Jordan może nie zachęcać do wejścia. W tym samym budynku mieści się również biuro podróży i hotel.



Nie warto jednak ulegać temu wrażeniu. Kawiarnia jest naprawdę bardzo przytulna i ciekawie urządzona. Przeważają motywy związane z wyjazdami zapewne ze względu na dzielenie przestrzeni
z biurem podróży. Kocham wycieczki, więc oczywiście ta stylistyka mi odpowiada.




W szczególności podobają mi się zegary pokazujące czas na świecie.


Słyszałam opinie, że serwują tam najlepszą kawę
w Krakowie. Faktycznie jest dobra, ale ja zdecydowanie jestem większą fanką herbat. Jordan oferuje ciekawe i pyszne mieszanki. Do każdej ogromnej i przystępnej cenowo filiżanki herbatki dodają gratis wafelka. Lubię to!


Obsługa to głównie młodzi i wyluzowani ludzie, którzy są mili i chętnie żartują z klientami.




Podsumowując, Jordan jest bardzo pozytywnym miejscem, do którego warto pójść na kawę/ herbatę z przyjaciółmi.
Ogólna ocena 7/10.

 

 

Zapraszam Was serdecznie na kolejne spotkanie maniaków bezpieczeństwa IT, które razem ze stowarzyszeniem non- profit KrakWhiteHat mam przyjemność organizować.
Wstęp na wykład jest darmowy w zamian za wizytę
w barze naszego gospodarza- Pauza In Garden. Pamiętajmy, że dostajemy od nich salę całkowicie za free, więc okażmy swoją wdzięczność zamawiając kawę/ herbatę/ piwo, które umilą nam słuchanie wykładu.

Tytuł prezentacji
Urządzenia BLE - programowani i bezpieczeństwo

Opis prezentacji
„Chcesz zaprogramować urządzenie oparte na protokole BLE, ale nie masz żadnej dokumentacji?
W prezentacji omówione zostaną sposoby analizy przesyłanych poleceń i ich późniejsze wykorzystanie we własnej aplikacji. Zaprezentowane zostaną narzędzia do "sniffowania" w praktyce. Dodatkowo poruszymy również kwestię bezpieczeństwa urządzeń IoT. „

O naszym prelegencie
Rafał Stępień:
„Jestem programistą z pasji oraz miłośnikiem niestandardowych i innowacyjnych rozwiązań. Ugruntowane doświadczenie w branży IT pozwala mi na wykorzystanie najróżniejszych i najnowocześniejszych technologii do realizacji własnych projektów. Ukończyłem informatykę na AGH już jakiś czas temu, ale nadal angażuję się
w życie uczelni – jestem prezesem koła naukowego zajmującego się szeroko pojętą elektroniką oraz praktycznym zastosowaniem programowania. Uwielbiam pracę z ludźmi, dlatego współorganizuję krakowskie hackatony i aktywnie w nich uczestniczę.”

Nasze spotkania odbywają się w luźnej i przyjaznej atmosferze, dlatego zachęcamy Was do udziału
w dyskusji, która odbędzie się po prelekcji. Najbardziej aktywne osoby nagrodzimy upominkami od jednego z naszych partnerów- wydawnictwa Helion.
Zapisać możecie się pod tym linkiem: https://www.meetup.com/KrakWhiteHat/events/237859038/
Do zobaczenia na spotkaniu
 

 


Wiem, że jest zima i aura nie sprzyja jadaniu
w Food Truckach. Jednak All In Card (https://web.facebook.com/AllInCardpl/?ref=ts&;fref=ts) i voucher, który od nich dostałam (dzięki!) skutecznie zmotywowało mnie to pojechania w pewien mroźny wieczór aż na Bronowicką. Jako towarzyszkę wzięłam moja przyjaciółkę- Gabi.
Pan pracujący w Skazanym na Sznycla pomimo bycia skazanym na zimno był bardzo miły i zapakował nasze dania na wynos tak, aby nie utraciły ciepła. Pojechałyśmy do Gabi odkryć, jakie smaki kryją się pod kanapką Szefa (16zł) i Zboczoną (14zł).


Bynajmniej nie były to zwykłe kawałki mięsa i nic poza tym. Okazało się, że to dwa ogromne burgery ze sznyclem i mnóstwem dodatków w środku. Oprócz grającego główna rolę mielonego zachwycił nas mega słony i dobrze wysmażony boczek. Palce lizać, robię się głodna na samo wspomnienie.


Podsumowując, jeśli mieszkacie w pobliżu lub jeśli macie dużo czasu i chęci, aby pojechać na Bronowice, to koniecznie zjedzcie burgera
w Skazanym na Sznycla. Gwarantuje Wam, ze zostaniecie skazani na najedzenie się do syta za małe pieniądze.
Ogólna ocena: 9/10.
FB: https://web.facebook.com/SkazanyNaSznycla/?fref=ts
 

 


Mówią ze do trzech razy sztuka. Ja dałam Łysej Górze aż pięć szans.


Gdy zobaczyłam na Placu na Stawach nową piekarnie bardzo się ucieszyłam na myśl
o odkrywaniu jej smaków. Niestety odkryłam tylko, że prawie wszystko, co od nich jadłam jest suche: croissanty, rogalik, drożdżówka z budyniem
i dżemem. Wielkie rozczarowanie.





Napoleonki natomiast miały przypalone spody, co niekorzystnie wpłynęło na smak całego ciastka.


Na szczęście cen nie mają wygórowanych, a obsługę w miarę sympatyczną.
Jedyny plus, który ratuje Łysą Górę to świeże
i ciepłe bułeczki z rana. Te na prawdę robią dobre wrażenie i szybko znikają.
Pomimo, że piekarnia jest tylko zwykłym sklepem na Placu jej wnętrze zachęca, aby wejść do środka.


Ciepłe kolory, drewno i wysoki stolik z hokerami przypominają wystrój modnych hipsterskich śniadaniowych kawiarni z amerykańskich filmów.
Podsumowując, chodzę tam tylko po ciepłe bułeczki. Nawet, jeśli coś innego wygląda ładnie to już wiem, ze smakować mi nie będzie.
Ogólna ocena: 4/10.

 

 
WPIS PRZEZNACZONY DLA OSÓB PEŁNOLETNICH


Ahoj! Zacumujemy dziś Pod Grotami. I bynajmniej (dla laików) nie chodzi o skalne groty, lecz
o grot, jako żagiel.
Taka nazwa nie jest przypadkowa. Wnętrze małego baru jest urządzone właśnie w żeglarskim stylu: hamaki, mapy, flagi pirackie, ster i mnóstwo innych świetnych detali. Wystrój bardzo przypadł mi do gustu. Uwielbiam taki klimat i antresole.




Załoga pubu jest równie wyjątkowa. Mili ludzie
z pasją. Jedna z barmanek prowadzi nawet bloga poświęconego rodzajom piwa (https://piwologia.wordpress.com).


Skoro już o piwie mowa, to piraci z Pod Grotami pija właśnie ten złocisty trunek. I to nie takie zwykłe piwo, tylko to unikalne, którego nie dostaniemy w każdym sklepie czy barze. Ja szczególnie upodobałam sobie Miss Lata (tak, to nazwa piwa) z dość oryginalną etykietką. Taka przyjemność kosztuje troszkę więcej niż standardowo, bo 11 zł. No, ale czego się nie robi, aby rejs był udany.


Podsumowując, radzę dokonać abordażu na Pod Grotami.
Ogólna ocena 10/10.
Lokalizacja: Kraków ul. Szewska.

 

 

Mam dla Was przygotowany cały zapas wpisów śniadaniowych Za każdym razem, gdy myślę, ze właśnie skończyły mi się piekarnie i cukiernie odkrywam nową. Dziś pora na Cukiernie Stochalski na ulicy Garbarskiej.
Zawitałam tam na szybkie drugie śniadanie w drodze z kursu prawa jazdy.
Klasyczna, mała piekarnia bez możliwości zjedzenia na miejscu (stolik jest, ale straszy) z nawet miłą obsługą. Pozornie nie wyróżnia się niczym.





Myślałam tak póki nie skosztowałam jedynej w swoim rodzaju koperty z ciasta francuskiego z serem. Nie dość, że była pyszna to jeszcze mega sycąca. Kruche maślane ciasto i ogromna ilość słodkiego sera dały mi energię na całe rano. Pierwszy raz spotkałam się z wypiekiem, który był ciężki przez swoje nadzienie. Koperta kosztowała mniej więcej 2zł, co wydaje się rozsądną ceną biorąc pod uwagę, że zaspokoiła mój głód i zapewniła przyjemne doznania smakowe.


Podsumowując Cukiernia Stochalski to miejsce dla łakomczuchów, którzy lubią smacznie i dużo zjeść.
Ogólna ocena 7\10.
 

 


Pierwsza i zasadnicza rzecz, którą trzeba wiedzieć o LunchTuBar to, że nie powinniście tam iść w roku akademickim. Wtedy niemal na 100% nie załapiecie się na turbo tani lunch dnia. No i ja się nie załapałam. Zjadłam natomiast najbardziej finezyjnie podane barowe danie, jakie w życiu widzialam. Grillowany filet z serem i ananasem oraz śmiesznymi świderkami
z purre ziemniaczanego. Sposób podania rekompensował to, że filet był za twardy. Całość smakowała jednak dobrze i chętnie zjadłabym taki obiad jeszcze raz.


Następnym razem przyszłam tam głodna jak wilk
i zamówiłam kotleta giganta, który rzeczywiście był ogromny. Pomimo, że nie przepadam za kotletami i muszę mieć na nie (tak jak tego dnia) ochotę, ten okazał się wyśmienity. Miękki środek przykryty chrupiąca i dobrze przyprawioną panierką. Kotletowe niebo w gębie.


Największy minus LunchTuBar to pełna samoobsługa, na szczęście pani, która tam pracuje jest miła.
Wnętrze przypomina w prawdzie standardowy bar, ale widać, że ktoś dołożył wszelkich starań, aby nie wyglądało jak standardowa jadłodajnia u Jadzi. Doceniam to.


Podsumowując: dobre, dużo, szybko i tanio. Idealnie dla studentów, którzy załapią się na dodatkową zniżkę z legitymacją.
Ogólna ocena 7/10.
Adres: Kraków ul. Kurniki.



 

 


W ramach poznawania nowej dzielnicy odrywam cukiernie oraz piekarnie, które mam w okolicy
i bladym świtem wychodzę, aby "upolować” moje słodkie śniadanko.Józef Wilk to była pierwsza cukiernia, do której trafiłam jeszcze w dzień przeprowadzki.
Głodna i już przed południem zmęczona zakupiłam tam drugie śniadanie. Stojąc w kolejce (na Salwatorze wszędzie są kolejki) miałam sporo czasu, aby przyjrzeć się asortymentowi. Niestety ekspozycja pozostawia wiele do życzenia: ściśnięte w brzydkich lodówkach ciasteczka przestają wyglądać apetycznie. Co z tego, że są kolorowe
i pewnie pyszne, jeśli nie zachęcają do zakupu.


Postanowiłam, więc patrzeć w inną stronę, a tam okropny stolik i krzesło, czyli pseudo możliwość zjedzenia na miejscu. Myślę, że tak na prawdę przydaje się tylko wtedy, gdy do względnie miłych pań przyjdzie znajoma w odwiedziny i chce gdzieś usiąść.


Kupiłam za małego ślimaczka z białą czekoladą, za 1,80 zł i wyszłam, aby zjeść w domu. Średnio mi smakowało. Drożdżówka nie była miękka, za to mega słodka, aż zamulająca i pusta w środku. Natomiast polewa z "białej czekolady" bardziej przypominała lukier.


Podsumowując: Nie poszłam tam więcej. Przydałby im się spec od ekspozycji towarów i osoba, która degustowałaby wypieki. Może jeszcze kiedyś dam Cukierni Józef Wilk druga szansę.
Ogólna ocena 2/10.

 

 
Od niedawna współpracuje z grupą KrakWhiteHat zajmująca się tematem bezpieczeństwa w sieci.
W poniedziałek odbędzie się pierwsza konferancja, którą dla nich organizuje.
Zapraszam wszystkich zainteresowanych tematem: Malware i phishing. Ewolucja i rozwój na wybranych przykladach. Wstęp bezpłatny. Wszelkie informacje pod tym linkiem:
https://www.facebook.com/events/733533663464780/?ti=cl
 

 


Tak, wiem, że temperatura bynajmniej nie sprzyja jedzeniu na zewnątrz. Na swoje usprawiedliwienie powiem, że do Kumpira poszłam jeszcze
w październiku, a fotografuje wszystkie miejsca,
w których jadam i o każdej porze.
I wiem również, że pewnie czeka mnie ogrom krytyki, gdy powiem, że tradycyjny krakowski Kumpir jest moim zdaniem paskudny. Za duży, zamulający, kiepsko przyprawiony, wygląda jak kupa i nie chodzi tu o kupę ziemniaków z dodatkami, którą w rzeczywistości jest.


Nie tylko mi się smakowało, ale również nie podobało. Budka z Kumpirem jest przy Hali Targowej, jak zawsze obleganej przez wszelkiego typu żulernie. Mało tego, tragiczne stoliczki
i krzesełka są otoczone przelewającymi się koszami na śmieci, na których żerują gołębie. Brrry. Darowałam sobie fotografowanie śmietników. Przy takich warunkach spodziewałam się, że ziemniak będzie kosztował nie więcej niż 12 zł. Zdziwiłam się, gdy zobaczyłam ceny w przedziale od 12 do 20-kilku zł.


Podsumowując, krakowskiego Kumpira trzeba spróbować. No, więc spróbowałam i już go tam nigdy nie kupię. Może w innej budce znajdę lepszego ziemniaka.
Ogólna ocena 3/10.
 

 


W listopadzie zeszłego roku chodziłam na rehabilitację zwichniętej kostki i między wszystkimi zajęciami a wizyta w przychodni miałam około pół godziny wolnego. Czas ten poświęcałam na poszukiwanie nowych cukierni i piekarni, w których mogłabym kupić śniadanie na dzień następny.
Odskulowa wystawa Cukierni J.G. zachęciła mnie do wejścia.


W środku okazało się równie staromodnie. "Stylowy" stoliczek i krzesła, bardziej podkreślały staroświecki wystrój niż służyły do siedzenia.


Wisienką na torcie (takie tematyczne porównanie) okazała się przepiękna czerwona waga, która ciągle jest używana przez niezwykle pogodną panią sprzedawczynię.


Może nie waży zbytnio dokładnie, ale robi wrażenie. Zwykle nie przepadam za miejscami, w których czas zatrzymał się w PRL-u, ale Cukiernia J.G. ujęła mnie za serce i podoba mi się ten retro wystrój.
Zakupiłam 5 uroczych malutkich słodkich bułeczek. Były delikatnie maślane w smaku, a ich mięciutkie ciasto przyjemnie rozpływało się w ustach. Doskonale komponowały się
z dżemem i z truskawkami.


Ponadto skusiłam się na równie ślicznie wyglądające miniaturowe pączuszki. Były tak pyszne, że nie doczekały zdjęcia. Za wszystko zapłaciłam 5.10 zł, czyli niewiele.
Podsumowując, warto zajrzeć do Cukierni J.G. nie tylko ze względu na znakomite wypieki, ale również, aby zobaczyć tą niezwykłą wagę.
Ogólna ocena: 7/10.