• Wpisów:322
  • Średnio co: 5 dni
  • Ostatni wpis:7 dni temu
  • Licznik odwiedzin:57 603 / 1888 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Jedno z najpopularniejszych miejsc w Krakowie i moje dwie wizyty. Jakie wnioski z nich wyciągnęłam?


Bunkier Cafe jest kawiarnią na Plantach, której ściany (o ile można to tak nazwać) to przezroczysta folia, przez którą można obserwować spacerowiczów. Wystrój jest nieco nonszalancki. Kawiarnia wygląda jakby ktoś od niechcenia poukładał w niej różne stoliki i drewniane krzesła. Brzmi dziwnie, ale naprawdę ma swój urok. Obsługa jest miłą, a ceny przyjazne dla portfela. Czy Bunkier ma jakieś wady? Owszem, ma.


Moja pierwsza wizyta miała być romantyczną randką przy filiżance pysznego cappuccino z finezyjnym wzorkiem. Miała, ale nie była nie tylko ze względu na kiepskiego partnera, ale również na całkowicie pozbawioną intymności i romantyzmu atmosferze w Bunkrze. W środku było mnóstwo ludzi, każdy stolik zajęty, wszyscy głośno rozmawiali, co tworzyło ogromny gwar. Aby słyszeć siebie nawzajem musieliśmy niemal krzyczeć.


Drugi raz do Bunkra wybrałam się na śniadanie… jesienią. Śniadanie było pyszne. W Bunkrze mają spory wybór jajek w koszulkach podanych na różne sposoby z pysznymi dodatkami. Do tego słodka cafe latte i mamy przepis na małe śniadanko. Wszystko byłoby świetnie gdyby nie pora roku i foliowe ściany, które nie chronią klientów przed chłodem, wiatrem czy deszczem.




Podsumowując, Bunkier Cafe- tak, ale nie na randkę
i nie jesienią. Polecam to miejsce na lekkie śniadanie wiosną i latem szczególnie osobom, które lubią obserwować, co dzieje się za oknem.
Ogólna ocena: 7/10.



 

 
Kraków to moje miasto, mój dom. Zakopane to mój charakter, moja dusza i dzieciństwo. Rzeszów natomiast to miasto, któremu oddałam serce.


Moją miłość Rzeszów odwzajemnia dając mi niezwykłe miejsca, przez co rozkochuje mnie w sobie jeszcze bardziej. Jednym z takich lokali jest pizzeria La Sueva na ul. 3 Maja.
Wszystko tam jest grzechu warte. Cudowne, fenomenalnie skomponowane i ekstremalnie pyszne pizze popijane orzeźwiającą lemoniadą sprawiają, że nie myślę o dodatkowych centymetrach, jakie przyjdzie mi spalić po zjedzeniu całej pizzy.


Restauracja jest urządzona w pięknym rustykalnym stylu, a przy stolikach w oknie można spędzać długie godziny pomimo natłoku obowiązków do wykonania, które ciągle odkłada się bliżej nieokreślone “później”.


Miły kelner wcale nie wyrzuca gości, których uwiodły smaki i klimat La Sueva. Podchodzi do stolika i proponuje zamówienie jeszcze deseru, kawy, wina. Ceny są bardzo przystępne, więc wydaje się, że nie uszczuplają naszego budżetu. Póki nie otrzymamy rachunku zbiorczego z całego popołudnia
Podsumowując polecam Wam pizzę w La Sueva
i odpoczynek po sytym lunchu na rustykalnych kanapach z lampką wina.
Ogólna ocena 10/10.
Adres: Rzeszów ul. 3 Maja
 

 


Nie pijam kawy zbyt często i bez problemu potrafię się bez niej obudzić. Kawa jest dla mnie towarzyszem spotkań lub spacerów, jeśli jest na wynos.
Na jeden z spacerów na Błoniach wybrałam kawę
z Papierowego Kubka i bynajmniej nie chodzi tu
o naczynie, lecz o nazwę kawiarni, a właściwie budki z kawą.
Pani, która tam sprzedaje jest bardzo miła i
z braku odtłuszczonego mleka zaproponowała mi sojowe lub ryżowe. Wybrałam drugą opcję i to był błąd. Cafe Latte z mlekiem ryżowym smakuje paskudnie. Nawet duża ilość cukru trzcinowego nie pomogła.
Jestem pewna, że smak kawy byłby o niebo lepszy gdyby nie to mleko.
Na szczęście ceny w Papierowym Kubku są bardzo przystępne i będę mogła spróbować ich kawy jeszcze raz, ale z innym mlekiem.
Podsumowując, Papierowy Kubek- tak. Mleko ryżowe- nie.
Ogólna ocena 6/10.

 

 
Wszystkiego dobrego na Wielkanoc drodzy Czytelnicy!
Te święta są dla mnie wyjątkowe. Do Gwiazdki nie mogłam sie przygotować ani celebrować jej
w sposób, jaki chciałam. Odbijam sobie na Wielkanoc.
W piątek wieczór pomalowałam pisanki. Nie robiłam tego od lat. Wybrałam modny wzór w wąsy i czerwony kolor zgodny z wróżbami, które opisywałam
w poprzednim poście. Do tego napis z cyklu "Keep Clam &..." do którego dodałam "Happy Easter". Trzecią pisankę pomalowałam na niebiesko
i spryskałam złotą farbą, co miało imitować gwiazdy na niebie.
Na moim wielkanocnym stole znalazły się 3 jajka,
a więc nie wyjdę w tym roku za mąż. Dobrze, bo nie chcę.


W sobotę pierwszy raz od lat poszłam
z koszyczkiem. Nie jestem wierząca, ale szanuję każdą religię i nie mam problemów żeby wejść do kościoła. Nie uczestniczę w obrzędach, lecz im się przyglądam. Tak też było w sobotę. Lubię zwyczaj święcenia pokarmów, chętnie idę wtedy do świątyni i obserwuje koszyczki innych ludzi.


Niedziela i poniedziałek to czas wróżb
i celebracji. Uwielbiam dekorować stół z okazji świąt i innych wydarzeń. Tym razem również nie odmówiłam sobie tej przyjemności









Z równie wielką przyjemnością oglądam filmy. Istnieje mnóstwo gwiazdkowych filmów, ale tych wielkanocnych ze świecą szukać. Oczywiście nie mówię o religijnych filmach tylko takich z motywem Wielkanocy w życiu świeckich ludzi.
W tym roku ogarnęłam "Paradę wielkanocną"- musical z 1948 roku z Fredem Astairem.
Film opowiada historię tancerza, którego
w Wielkanoc porzuca partnerka (życiowa
i zawodowa), aby rozwijać solową karierę. Facet jest zdruzgotany i w przypływie pijackich emocji zakłada się z przyjacielem, że jest w stanie zrobić gwiazdę z każdej tancerki. Pada na pierwszą dziewczynę, która sie nawinie. Jak łatwo się domyśleć zakład wygrywa i przy okazji zakochuje się w nowej towarzyszce estradowej. Następną Wielkanoc spędza pod znakiem miłości.
Jak przystało na gatunek i filmy z tamtego okresu "Parada wielkanocna" jest nieco naiwna, ale dobrze zagrana i zaśpiewaną. Utwory w niej zaprezentowane wpadają w ucho i dobrze oddają wielkanocny nastrój.
Jedyne zastrzeżenie, jakie mam to segregacja rasowa występująca w filmie. Służącymi, lokajami, garderobianymi są osoby pochodzenia afrykańskiego, azjatyckiego i latynoskiego. Bardzo nie podoba mi się ten przekaz podprogowy, że inne rasy nadają się tylko do służenia białemu człowiekowi. Wiem, że to film z późnych lat czterdziestych, a wtedy świat wyglądał inaczej i również ludzie filmu byli mniej światłymi osobami. Pomimo tego rażącego minusa polecam Wam "Paradę wielkanocną" gdyż jest jednym z niewielu filmów na te święta, które nie traktują o "Biblii".


Zajączek
Postanowiłam wprowadzić w życie amerykańską tradycję, która mi się podoba. Chodzi o obdarowywanie się prezentami z okazji Wielkanocy. Umownie prezenty przynosi Zajączek w niedzielę wielkanocną i należy je znaleźć. Ja od mojego Lubego oraz rodziny otrzymałam mnóstwo słodyczy (wiedzą, że je uwielbiam) oraz sypaną herbatkę.






Mojemu Ukochanemu podarowałam czekoladowego zająca, kapcie oraz kosmetyczkę samolotową. Lubię dawać praktyczne prezenty nie zapominając przy tym o tematyce okazji.




Mama otrzymała ode mnie płyn micelarny do demakijażu, a dziadek syrop z agawy, który wzmacnia odporność i jest zdrowszym zamiennikiem cukru.


Życzę Wam mokrego Dyngusa Ja już zostałam delikatnie oblana wodą, co zwiastuje urodę
i powodzenie.
 

 
Zapewne nie wiecie, że jestem bardzo przesądna, uwielbiam wróżby i wszystko, co związane
z astrologią. Kocham też świętować wszelkie okazje, które tylko się pojawią. Jakiś czas temu wpadłam na pomysł, aby połączyć te dwie rzeczy
i celebrować święta za pomocą wróżb.


Okazuje się, że nie tylko na Andrzejki i Gwiazdkę możemy wróżyć, ale również na Wielkanoc. Prostą
w wykonaniu i szybką wróżbą jest zakręcenie na stole świątecznym dwóch jaj. Jeśli pisanki się do siebie zbliżą czeka nas szczęście w miłości.

A co jeśli się nie zbliżą? Wtedy szczęściu trzeba pomóc rytuałami. Jeśli chcecie wyjść za mąż zadbajcie, aby na stole podczas wielkanocnego śniadania znalazła się parzysta liczba pisanek. Aby oczarować obiekt westchnień należy czerwoną pisanką potrzeć części ciała, którymi pragniemy kogoś uwieść. Natomiast szczęście w związku zapewni podarowanie ukochanej osobie czerwonej pisanki.

Woda to kolejna (obok jajka) rzecz posiadająca magiczne właściwości w czasie Wielkanocy. Oblanie wodą w Lany Poniedziałek wróży dziewczynie szczęście i powodzenie. Jednakże żadna z nas nie może zostać skropiona wodą przez własnego ojca, ponieważ jest to bardzo niepomyślna wróżba.

Jako, że Wielkanoc przypada na okres wiosennego przesilenia zachowało się wiele zwyczajów
i wierzeń pogańskich zaadaptowanych na potrzeby nowego święta. Jednym z nich jest nie rozpalanie ognia w Wielki Czwartek i Wielki Piątek. Dlaczego? Ponieważ dawniej wierzono, że w tych dniach do domu przybywają dusze zmarłych oraz ubożęta- dobre duszki zwiastujące dostatek, a ogień mógłby je przepłoszyć.

Poznałam też kilka zwyczajów, których nie mam zamiaru praktykować, ponieważ są niehigieniczne- mycie twarzy wodą, w której gotowały się jajka ma zapewnić urodę. Bądź są niewykonalne zwłaszcza
w mieście, jak kąpiel w strumyku wieczorem
w Wielki czwartek lub wczesnym rankiem w Wielki Piątek również w celach urodowych.

Na koniec pozwolę sobie zaznaczyć, że chociaż jestem osobą niewierzącą z chęcią celebruję religijne święta, ale na swój sposób, który nie łączy się z religią. Traktuję je, jako okazję do spotkań z bliskimi, odpoczynku, celebrowania czasu wolnego, wykonywania kreatywnych zajęć, poświęcania się swoim pasjom. Uważam, że każdy ma prawo świętować jak chce.
 

 
Niedawno wreszcie udało mi się znaleźć miejsce
w zazwyczaj obleganej przez turystów restauracji Gazdowo Kuźnia. Czy odkryłam, dlaczego ludzie walą tam drzwiami i oknami?


W sumie to nie. Wszystko było dobrze, nawet bardzo, ale brakowało tego “czegoś”.
Bardzo ładny i spójny góralski wystrój: drewno
i ławy. Na tle innych restauracji (które w Zakopcu wszystkie urządzone są podobnie) Gazdowo Kuźnia wyróżnia się kolekcją starych zegarów na ścianie
i humorystycznymi witrażykami.


Menu również nie mam nic do zarzucenia, szczególnie przypadł mi do gustu duży wybór piw i zamówiłam zestaw degustacyjny Grimbergena. Ponadto pozycje
w karcie są opisane w “góralskiej” gwarze, co ma swój urok.


Do jedzenia wzięłam drobiowe “zawijoki” z góralskim serem, ziołami i sosem czosnkowym. Po ludzku po prostu de volaille z oscypkiem. Muszę przyznać, że dawno nie jadłam tak dobrego de volaille. Miękki
z idealną panierką, soczysty i dobrze przyprawiony. Idealny. Do tego poprosiłam o hałuski, ale te okazały się bez smaku i nie równały się z nazywanymi tak przez moją babcie kluseczki, które przyrządzała dla mnie, gdy byłam dzieckiem.


Mój Luby zdecydował się na golonkę z frytkami. Pierwszy minus to golonka w kawałku. Nie lubię się
z nią szarpać i wolę, gdy podają pokrojoną. Smakiem też nie powalała, ale ostrości nadawał jej podany
w pakiecie chrzan i musztarda. Frytki, tak samo jak mój dodatek, bez smaku.

Obsługa Gazdowej Kuźni jest względnie miła, ale ceny wysokie. Za obiad zapłaciliśmy ponad 90 zł. Czy był tyle wart? Nie koniecznie. Gdyby wszystko było równie pyszne jak mój “zawijok” powiedziałabym, że tak.


Podsumowując nie dowiecie się, co to dobry de volaille póki nie zjecie tego w Gazdowej Kuźni. Poleca jednak tylko de volaille i piwo.
Ogólna ocena 7/10.
Adres: Zakopane ul. Krupówki
 

 
Uwielbiam zwiedzać krakowskie muzea, a że jest ich sporo to dużo szczęścia przede mną. Zwykle korzystam z dni darmowego wstępu jak niedziela w oddziałach Muzeum Narodowego lub Dzień/ Noc Muzeów w Krakowie.


Tak też było w przypadku Muzeum Farmacji. Trafiliśmy tam trochę przypadkiem podczas ostatniego Dnia Muzeów. Przybytek wydawał się niepozorny, ale to tylko złudzenie
Wejście od strony ulicy Floriańskiej, którego prawie nie widać, prowadzi do sklepiku z herbatami stylizowanego na starą aptekę. Zostaliśmy poczęstowani gorącym napojem i kupiliśmy pachnącą latem, zieloną herbatę.


Niezwykle miła obsługa pokierowała nas do piwnicy i wytłumaczyła gdzie znajdziemy karty z opisem eksponatów.
W podziemiach kamienicy znajdowała się pracownia alchemika i poznaliśmy tam polską historię tej tajemnej nauki mającej na celu stworzenie złota. Tak, Polska i to w Krakowie miała swojego alchemika- Michała Sędziwoja, który dla króla Zygmunta III Wazy próbował uzyskać złoto (lub jak kto woli kamień filozoficzny) z ołowiu. Starania te podejmował w swojej pracowni na Wawelu. Niestety, jak wiemy, nie udało mu się.




Oprócz alchemicznych przyrządów w aptecznej piwnicy znajdowały się również trucizny, wdzięcznie oznakowane truposzkami.




Gdy myśleliśmy, że to już koniec, a muzeum jest malutkie wskazano nam schody na pozostałe piętra, a było ich jeszcze kilka i stryszek z suszonymi ziołami.


Wyżej poznaliśmy sylwetki sławnych polskich i krakowskich aptekarzy, którzy przyczynili się do rozwoju farmacji w naszym kraju.
Wrażenie zrobiły też bogate zbiory dawnych słojów aptekarskich.


Mnie najbardziej zafascynowała sala z niekonwencjonalnymi, dawnymi “lekarstwami”. Do dziś zadaję sobie pytanie jak po pijawkach, sproszkowanych karaluchach, czy kulkach na przeczyszczenie wielorazowego użytku, ludzie nie rozchorowali się jeszcze bardziej. Niemal na każdej etykiecie widniała informacja, że tym paskudztwem leczono właściwie wszystko.




Jedyne, w co wierzę to w uzdrawiającą moc “rogu jednorożca”, który znajdował się wśród tych wszystkich dziwactw


Po wyjściu byliśmy zaskoczeni i zachwyceni historią farmacji, uprzejmością obsługi oraz ogromem muzeum i ilością eksponatów. Muzeum jest genialne i gorąco je polecamy wszystkim turystom i mieszkańcom, którzy chcą poznać swoje miasto.
Ogólna ocena: 10/10.
Adres: Kraków ul. Floriańska
 

 
Pierwszy raz próbowałam legendarnych ciastek Cinnabon. Jakie zrobiły na mnie wrażenie?


Na samym dole, w Galerii Krakowskiej jest mało zachęcająca do wysepka Cinnabon. Czemu mało zachęcająca? Bo stoi na korytarzu, którym przemieszczają się podróżni między dworcem autobusowym, dworcem kolejowym, przystankami autobusowymi i tramwajowymi “Dworzec Główny”. Jednym słowem tłumy ludzi patrzą, co akurat jecie i jak lukier z ciastka brudzi Wam brodę.


Bardzo chciałam spróbować ciasteczek Cinnabon, ale nie chciałam siedzieć w tak zatłoczonym miejscu. Proste rozwiązanie- wzięłam na wynos. Skusiłam się na klasyczne ciastko cynamonowe oraz na wariacje
z białą czekoladą. Skorzystałam z rozdawanej wtedy w centrum handlowym zniżki i zapłaciłam nieco mniej za słodkości, które i tak są sprzedawane
w przystępnych cenach (spodziewałam się wyższych).
Wrażenia? Mega, mega, ekstremalnie słodkie. Zjadłam 1,5 ciastka i miałam dość słodyczy na cały dzień, a takie cuda się u mnie nie zdarzają. Cinnabon były pyszne, a klasyczna wersja to idealnie dobrane proporcje cynamonu i pysznego ciasta, jednak pokonały mój apetyt na słodycze.
Z pewnością kupię je jeszcze nie raz, ale tym razem zjem tylko jedno- to mniejsze.


Podsumowując nie wyobrażam sobie, że można być wielbicielem łakoci i nie poznać smaku kultowych Cinnabon. Należy jednak uważać, bo ich słodycz łatwo przedawkować.
Ogólna ocena: 8:10.
Adres: Kraków ul. Pawia- Galeria Krakowska, poziom -1.
 

 
Oprócz odkrywania restauracji z pysznym jedzeniem lubię poznawać też ciekawe sklepy, w których można kupić produkty z innych krajów. Tak właśnie trafiłam do dwóch sklepików.


Arabskie Delikatesy
Obok Starego Kleparza znajduje się całkiem sporych rozmiarów sklep arabski. Kupimy tam pyszną, czarną arabską kawę, ostre przyprawy, egzotyczne herbaty
i ekstremalnie słodkie słodycze. Jeśli jesteście amatorami chałwy lub baklawy to miejsce dla Was. Ja zakochałam się w batonikach daktylowych. Natomiast ryby, które kupiłam były paskudne.










Delikatesy Greckie
Po pobycie w Grecji zostały mi miłe wspomnienia
i miłość do greckiej kuchni. W sklepie na ul. Długiej kupuje przysmaki rodem z Hellady. Jako, że jestem ogromnym łakomczuchem to na pierwszym miejscu są nadziewane kremem rurki i słodkie, owocowe galaretki obsypane cukrem- pudrem. Jeśli szukacie pity, przypraw lub wariacji na temat oliwek również się nie zawiedziecie.






Zachęcam Was do eksperymentów i poznawania innych krajów i kultur również poprzez kuchnie. Tym bardziej, że dzięki takim sklepom mamy możliwość robić to u siebie w domu i to tanim kosztem (no na pewno tańszym niż bilety lotnicze).
 

 
Słyszałam plotkę, że ponoć chcą zlikwidować wszystkie knajpy na terenie dawnej fabryki papierosów na ulicy Dolnych Młynów i postawić tam hotel. Trzeba korzystać póki się ta i jadać w nich póki jeszcze istnieją. Na dodatek ostatnio otworzyło się kilka nowych na przykład Pinoteka.


Do Pinoteki wybrałam się z przyjaciółką- Karo
w niedzielę na obiad. Wybór dnia nie był przypadkowy, ponieważ to właśnie w niedzielę Pinoteka ma przecudną promocje: do dania głównego deser za 1 zł.


Jako danie główne zamówiłyśmy Pinoteka Burger? Muszę przyznać, że był wyśmienity i pierwszy raz ubrudziłam sie tylko trochę (a nie cała) jedząc burgera. Dobrze skomponowane dodatki i odpowiednio wypieczone mięso oraz chrupiący boczek sprawiły, że to jeden z lepszych burgerów, jakie jadłam. Do tego dwie sałatki, jako dodatki.


Deser, czyli mus cytrynowy w słodkimi chrupkami to prawdziwa poezja smaków. Rzadko decyduje się na desery z silnym owocowym akcentem, ale to był naprawdę dobry wybór. Delikatnie kwaśny mus idealnie równoważył słodki smak kruszonki.


Obsługa w Pinotece jest miła i niesamowicie wyluzowana, a ceny nie powalają z nóg. Burger kosztuje 29 zł, a herbata 9 zł.

Wystrój mnie zachwycił. Było dość eklektycznie
z przewagą loftowego stylu i to właśnie jest sposób urządzania wnętrz, w którym ostatnio się zakochałam. Mnogość różnorodnych dodatków łagodzi surowość industrialnego loftu, nadaje mu przytulności i wydobywa to, co najlepsze.


Ogólnie wszystko świetnie i w samych superlatywach, ale mam jedno drobne zastrzeżenie. Wybór jest strasznie mały. Jeśli chodzi o dania główne to wybieramy pomiędzy burgerem, burgerem, burgerem, a żeberkami. Makarony, sałatki oraz desery są do wyboru tylko dwa. No przydałaby się tu taka sama rozmaitość jak w wystroju. Jedynie karta alkoholi jest odpowiednio rozbudowana.

Podsumowując zachęcam Was do skorzystania
z niedzielnej promocji w Pinotece i zamówienie dokładnie tego, co ja- burgera i musu cytrynowego. Śpieszcie się smakować, bo knajpy w Krakowie tak szybko odchodzą
Ogólna ocena: 9/10.
Adres: Kraków ul. Dolnych Młynów
 

 
Ostatnio mam całe mnóstwo pomysłów na nowe cykle na blogu i o dziwo nie dotyczą one jedzenia, lecz ciekawych miejsc na mapie mojego miasta.

Księgarnia pod Globusem to prawdziwie magiczne miejsce, które jako amatorka książek, uwielbiam.



Skąd nazwa księgarni? Mieści się ona w domu Pod Globusem powstałym w latach 1904-1906. Globus zdobi czubek wieży ceglanej budowli. Nie jest to zwykła wieża, lecz zegarowa z pięknym, podświetlanym czasomierzem.
Księgarnia pełna jest niezwykłych pozycji, jakich nie znajdziemy nigdzie indziej przed zakupem, których powstrzymuje mnie ich wysoka cena.



Również wystrój księgarni nie ma sobie równych. Malowidła na ścianach są przepiękne.




Obsługa jest bardzo miła i zupełnie nie zwraca uwagi na osoby długo przeglądające książki, które przyszły tam tylko pooglądać. Lubię takie podejście.


W księgarni Pod Globusem organizowane są różnego rodzaju eventy i warsztaty.
Polecam księgarnie Pod Globusem wszystkim zwiedzającym Kraków. Warto tam zajrzeć choćby na chwilę i może kupić unikalną pamiątkę w postaci książki.
Ogólna ocena 9/10.
Adres: Kraków róg ulic Basztowej i Długiej.
 

 
Wszędzie golonka, moskole, baranina i góralskie przyśpiewki. A Ty masz ochotę na pizzę. Co wtedy? Idź do Adamo na najlepszą pizze w Zakopanem.


Na ulicy Nowotarskiej mieszczącej się w centrum Zakopanego znajduje się pizzeria Adamo, którą uwielbiam. Właściwie to zakochałam się w ich pizzy. W sam raz dla jednej osoby, sycąca na wyśmienitym cieście z mnóstwem dodatków, które na pierwszy rzut oka stanowią ekstremalne połączenia. Lecz to tylko pozory, ponieważ dopełniają się idealnie. Rzadko zdarza się abym jadła tak dobrą pizzę, a to przecież moje ulubione danie.


Co jeśli nie pizza? To zapiekanka, ale nie na bułce tylko z piekarnika. Nie pamiętam, kiedy ostatnio taką jadłam, co uświadomiło mi, że jest niesłychanie mało restauracji podających to danie. W Adamo mają obłędnie dobrą zapiekankę.


Wystrój pizzerii próbuje korespondować między swoim górskim rodowodem, a włoską duszą. Czy wychodzi? Tak średnio, ale źle nie jest. Obsługa natomiast jest na medal. Tak samo jak ceny. Za niewielkie pieniądze najemy się do syta i wytoczymy na, zewnątrz aby spalić kalorie w górach.




Podsumowując, jeśli znudziliście się swojskim jadłem lub zwyczajnie go nie lubicie, Adamo to miejsce dla Was. Jeśli jesteście fanami pizzy Adamo to miejsce dla Was. Jeśli chcecie smacznie i dobrze zjeść Adamo to miejsce dla Was. Ogólnie Adamo polecam każdemu.
Ogólna ocena 10/10.

 

 
Kraków oprócz całego mnóstwa knajp jest też usiany muzeami. Rozpoczynam nowy cykl: Gdzie wyjść? Do muzeum.


Zacznę od Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha.
Japonię darzę szczególnym uczuciem gdyż kiedyś przechodziłam mocną fascynację krajem kwitnącej wiśni. Ponadto jestem fanką mang i anime. To właśnie od japońskiego komiksu muzeum wzięło swoją nazwę,
a wśród eksponatów znajdują się klasyki gatunku, jeśli chodzi o mange.


Muzeum w ciekawy i zrozumiały sposób prowadzi nas przez skomplikowany świat Japonii: sztukę, religię, historię, modę, technikę, kuchnie, edukację, militaria. Wszystkie przedmioty są zwięźle opisane, co jest ważne, gdy chcemy poznać tak inną od naszej kulturę.








Poznajemy zwyczaje Japończyków dotyczące świętowania, spędzania wolnego czasu, pracy, a na końcu spacerujemy boso po tradycyjnym japońskim domu.






W muzeum znajdują sie rysunki Andrzeja Wajdy z czasu jego podróży do Japonii. Zakochany w Japonii Wajda był pomysłodawcą i jednym z fundatorów muzeum Maggha, w którym zgromadzono zbiory Feliksa Jasieńskiego.


Moja wizyta w Manggha odbyła się w Dzień Otwarty muzeów krakowskich wiec była całkowicie darmowa. Dostępna do zwiedzania była wystawa główna, ale muzeum organizuje również wystawy czasowe.




Sam budynek muzeum również zasługuje na uwagę ze względu na nowoczesny, lecz nawiązujący do sztuki japońskiej, kształt. Projekt budowli wykonali architekci: Arata Isozaki i Krzysztof Ingarden.
Z tarasu muzeum rozpościera się piękny widok na Wisłę i Wawel.


Podsumowując gorąco polecam wszystkim, nie tylko fanom Japonii, fascynującą wystawę w Manggha. Ostrzegam jednak, że podczas zwiedzania zapragniecie polecieć do kraju kwitnącej wiśni, a bilety są drogie.
Ogólna ocena 10/10.
 

 
O tym jak całkowicie spieprzyć to, co wydaje się niemożliwe do popsucia.


W ramach odkrywania smaków Zakopanego odwiedzam, co jakiś czas inna restauracja. Jeśli jestem w stolicy Tatr w środku tygodnia chętnie korzystam z ofert obiadu dnia w różnych karczmach. Tak właśnie pierwszy i ostatni raz trafiłam do lokalu Bacowskie Jadło.
Ta kuchnia regionalna jest jak górale:
z charakterem, wyrazista, pełna niespodzianek, prezentująca nieprzewidywalne połączenia. Wydaje się, że inspirując się tradycyjnymi wyrobami regionu nie da się zrobić nie smacznej potrawy. A jednak
w Bacowskim potrafili podać mi schab w sosie pieczeniowym z ziemniakami i kotleta schabowego, które były miałkie, nijakie, pozbawione smaku
i jakiejkolwiek magii kuchni góralskiej. Nawet około 20 zł za jedno danie jest tu zbyt wygórowaną ceną. Zdarzało mi się jadać obiad dnia za 15 zł, który był poezją smaków, a nie marną podróbką.


Kelner wypadł podobnie jak obiad- słabo. Miał do nas dość olewczy stosunek. Jakbyśmy jedząc lunch dnia byli klientami gorszego sortu.
Jedynie ładny, klimatyczny zakopiański wystrój zdał egzamin. Ławy, skóry i drewno to elementy, których nigdy dość w podhalańskich karczmach.


Podsumowując po prostu odradzam wizytę w Bacowskim, ponieważ idąc tam na obiad nie znajdziecie dań
z góralskim charakterem, ale coś na kształt stołówki w szkole.
Ogólna ocena: 3/10.
Adres: Zakopane ul. Nowotarska.
 

 


Do niedawna traktowałam Ambasadę Śledzia, jako miejsce do “dopicia” się. Tania wódka, tanie piwo, nic tylko iść, gdy stan upicia nie jest jeszcze satysfakcjonujący. To był błąd. W Ambasadzie Śledzia mają pysznego… śledzia.


Ostatnio zdarzyło mi się być w Ambasadzie Śledzia nie po to, aby upić się do spodu, ale na jedno góra dwa piwka. A co jest idealne do piwa? Burger śledziowy. Tak, dobrze przeczytaliście. Burger ze śledziem a piwnymi i winnymi akcentami oraz ogromną ilością sosu. Wyśmienite, niebanalne połączenie smaków, którego nie znalazłam nigdzie indziej za jedyne 15 zł. Burger był ogromny i oczywiście cała ubrudziłam się jedząc, ale warto było. Polecam wszystkim niedowiarkom, którzy twierdzą, że to nie może dobrze smakować. Fakt, nie smakuje dobrze. Smakuje rewelacyjnie.
Dla klientów, nieprzepadających za eksperymentami Ambasada Śledzia przygotowała śledziki w różnych sosach i z różnymi dodatkami.


Gdy pierwszy raz spojrzałam na wnętrze Ambasady trzeźwym wzrokiem dostrzegłam, że jest całkiem dobrze urządzona. Motyw przewodni to oczywiście śledź, a taka spójność zasługuje na uznanie. Najbardziej ujęła mnie kolorowa mozaika witraż- śledzik. Całość dopełniają industrialne, modne krzesła i stoły.


W Ambasadzie Śledzia obowiązuje samoobsługa, ale to nawet pasuje do klimatu tego miejsca, który tworzą przemili barmani.
Podsumowując piwo i przekąska z przyjaciółmi- Ambasada Śledzia. “Dopicie” się do spodu- Ambasada Śledzia. To miejsce ma ogromny potencjał
Ogólna ocena 9/10.
Adres: Kraków ul. Stolarska
 

 
O co chodzi? O toaletę w tragicznym stanie. Przykład jak taki szczegół może zaważyć na całym odbiorze lokalu.


Jakiś czas temu wybraliśmy się ze znajomymi do Zakopanego. Gdy przyszła pora kolacji zaproponowali restauracje Monte Rosa gdzie kiedyś jedli wyśmienite placki ziemniaczane. Po takiej rekomendacji nie trzeba było nas długo namawiać.
Oczywiście zamówiłam placki po zbójnicku, które faktycznie okazały najlepszymi, jakie w życiu jadłam. Chrupiące brzegi, miękki i rozpływający się w ustach środek, odpowiedni stopień wysmażenia oraz obłędny gulasz z perfekcyjnie dobranymi przyprawami. Niebo w gębie.
Mój Luby stwierdził, że zacnej wielkości kotlet również smakuje świetnie i został bezbłędnie przyrządzony. Jednym słowem jedzenie pyszne, chociaż drogie.








Jeśli nie przewidujemy wydać fortuny na posiłek, Monte Rosa w godzinach obiadowych serwuje Lunch Dnia (zupa + danie) za jedyne 15 zł, który również smakuje rewelacyjnie.
Wystrój jak to zwykle bywa w Zakopanym, w stu procentach góralski: ławy, drewno, parzenice, skóry. Obsługa miła i w uniformach z góralskimi akcentami. Nawet kapela przygrywała na żywo do kotleta.




Wszystko było pięknie i cudownie i wiadomo skąd takie wysokie ceny póki nie poszyłyśmy z dziewczynami do toalety. Tak zapaskudzonej kabiny (dobrze, że były dwie) to ja w życiu nie widziałam, a w krakowskich knajpach widziałam wiele. Wyglądało jakby ktoś miał ostrą biegunkę
i zamiast do muszli klozetowej trafił na jej brzegi oraz podłogę i ścianę. Masakra. Oczywiście zgłosiłyśmy problem kelnerce, ta jednak specjalnie się tym nie przejęła. Jeśli płace tak wysoki rachunek w restauracji oczekuje, że wszystko będzie perfekcyjne, również toaleta.
Podsumowując pokażcie mi Wasza toaletę, a powiem Wam, jaką restauracją jesteście. Dobre wrażenie, które budowała Monte Rosa utonęło w gównie.
Ogólna ocena 5/10.
Adres: Zakopane ul. Nowotarska.
 

 


Nie jest tajemnicą, że zakochałam się w Wiedniu
i chciałabym tam wrócić. Wyobraźcie sobie, zatem moją radość, gdy pewnego dnia przypadkowo trafiliśmy z Lubym do wiedeńskiej restauracji nazwanej, a jakże, Sissi.



Od zawsze czułam, że z postacią księżniczki Sisi łączy mnie pewna więź. W dzieciństwie oglądałam bajki i filmy o Sisi, a w najbardziej przełomowych momentach mojego życia odwiedziałam jej rezydencje: Schonbrunn w Wiedniu i Achilleion na Korfu.
Sisi w moich oczach była kobietą silną, która zmagała się z ogromnymi przeciwnościami losu oraz niesprawiedliwymi ocenami ludzi. Pomimo wszystkich jej problemów nie poddawała się, dostosowywała do sytuacji, z której czerpała dla siebie, co najlepsze i przede wszystkim zachowywała klasę
i nienaganną prezencję. Wiem, że do tej pory działania księżniczki są skrajnie różnie oceniane, ale dla mnie zawsze pozostanie niezłomną władczynią.


W restauracji na ulicy Krupniczej w Krakowie wisi wielki portret Sisi, a właściwie Elżbiety Bawarskiej, bo tak naprawdę się nazywała. Niestety to jedyny akcent związany z patronką lokalu. Szkoda, bo byłoby miło gdyby jej postać została tam bardziej wyeksponowana. Pomimo tego restauracja jest urządzona elegancko i gustownie. Dużo tam drewna i ciepłych kolorów.


Obsługa wykazuje się ogromnym profesjonalizmem
i jest nadzwyczaj uprzejma (zupełnie nie jak
w Wiedniu, ale to akurat dobrze).
Najlepsze są jednak dania. Zachwycająca smakiem
i delikatnością pieczeń wołowa z kopytkami jaglanymi, czerwoną kapustą duszoną z suską sechlońską i sosem demi glace. Potrawa mistrzowska jak muzyka Mozarta.


Na uznanie zasługuje również rozpływająca się
w ustach, idealnie doprawiona makrela bałtycka
z pieczonymi warzywami korzeniowymi, maślaną kaszą pęczak z koperkiem i sosem ziołowym. Dzieło na miarę utworów Beethovena.


To wszystko popiłam pysznym, lekko gazowanym jabłkowym, austriackim napojem podawanym w kieliszku do szampana. Jestem pewna, że Sisi piła w ten sposób nawet wodę


Jak łatwo się domyślić, ceny również są dostosowane to iście królewskiego skarbca. Tanio nie jest, ale za to pysznie.
Podsumowując każdy, kto tak jak ja zakochał się
w Wiedniu, Austrii czy księżniczce Elżbiecie Bawarskiej powinien wybrać się do restauracji Sissi. Ja planuję tam kolejną wizytę, tym razem na kawę i apfelstrudel.
Ogólna ocena: 9/10.
Adres: Kraków ul. Krupnicza
 

 
Jednodniowe wyjazdy pod Kraków mogą być piękne. Przekonałam się o tym niedawno zwiedzając Zamek Pieskowa Skała na terenie Wsi Sułoszowa.


Zamek w Pieskowej Skale
Zamek wybudował w XIV wieku Kazimierz III Wielki, jako element budowli obronnych zwanych Orlimi Gniazdami. Przez lata zamek służył, jako rezydencja dla szlachty, a przez chwilę również, jako baza wypadowa dla zbójców rabujących kupców zmierzających do Krakowa. Zamek uległ pożarowi oraz został złupiony przez Rosjan, ponadto niektórzy jego właściciele przegrywali w karty lub najzwyczajniej trwonili cenny majątek znajdujący się w twierdzy. Po II wojnie światowej zamek przeszedł w posiadanie państwa i powstało w nim muzeum, które możemy zwiedzać do dziś. U jego stóp stoi znana skała “Maczuga Herkulesa”.




Skoro już o muzeum była mowa to koszt wizyty wynosi 11 zł (bilet normalny), a podczas mojego pobytu dostępna była jedynie wystawa “Przemiany stylowe w dziełach sztuki europejskiej”. W każdej sali podziwiamy kolejno dorobek średniowiecza, renesansu, baroku oraz 20-lecia międzywojennego. Niestety nie można robić zdjęć, więc nic nie sfotografowałam, a pani pilnująca przyglądała się nam jakbyśmy miały wynieść z stamtąd pod pachą 2 metrowe świeczniki średniowieczne.
Muzeum ma wiele eksponatów w tym kilka naprawdę interesujących jak wizerunki nieznanych świętych, przedstawienia męczeństwa, pięknie zdobioną porcelanę czy dzieła Chełmońskiego.


Powiem szczerze, że bardziej niż zbiory muzeum zachwycił mnie zamek z zewnątrz w zimowej scenerii. Pierwszy raz byłam na zamku zimą i muszę przyznać, że śnieg dodaje takim budowlą uroku.




Nieopodal znajdują się ścieżki spacerowe oraz teren Ojcowskiego Parku Narodowego.


Restauracja Wernyhora
Po intensywnym zwiedzaniu przyszedł czas na obiad. Zdecydowałyśmy się na pobliską restaurację Wernyhora.


Po nazwie oczekiwałam nawiązań do “Wesela” Wyspiańskiego, ale spotkało mnie rozczarowanie.
Restauracja wygląda jak klasyczny zajazd, w którym można urządzić niewielkie przyjęcie, jeśli nie przeszkadzają Wam elementy wystroju z wczesnych lat dwutysięcznych i niespójność dekoracji.




Może urządzać nie potrafią, ale obsługę mieli miłą, a ceny przystępne. Pierogi ruskie kosztowały jedynie 14 zł, ale podobnie jak wystrój wypadły marnie, ponieważ były rozgotowane i mało sycące. Zdecydowanie lepiej wyszły im pierogi z mięsem.


Podsumowując chciałabym wrócić jeszcze kiedyś do Zamku w Pieskowej Skale i obejrzeć pozostałe wystawy. Może zrobią na mnie większe wrażenie. Może zamek zachwyci mnie również latem. Do zajazdu Wernyhora nie koniecznie chciałabym wracać.
Ogólna ocena:
Zamek w Pieskowej Skale: 7/10.
Wernyhora: 4/10.

 

 
Jeszcze rok czy dwa lata temu mnóstwo moich znajomych zachwalała Marco: ceny i smak potraw. Gdy tydzień temu poszłam tam na obiad przeżyłam głębokie rozczarowana.


W sumie w Marco byłam dwa razy. Pierwszy z moimi przyjaciółmi, gdy jadłam tylko zupę, która była smaczna.


Drugi raz pod koniec lutego na pełnym obiedzie dnia za 16 zł.
Cena obiadu, w którego skład weszły: zupa, drugie danie i kompot jest zachwycająca. Smak daleki był od wzbudzenia jakiegokolwiek zachwytu.
Zupa- krem z białych warzyw nie miała nic wspólnego z kremem, ponieważ była za wodnista. Ponadto smakowała bulionem, a nie pietruszką, kalafiorem
i selerem. Jedynie groszek ptysiowy ze sklepu zdawał tu egzamin, chociaż było go stanowczo za mało.


Kurczak a’la kebab wyglądał nawet dobrze, ale smakował bardzo przeciętnie. Stawiam, że niejeden kebab smakuje lepiej. Do tego paskudne puree z ziemniaków gotowanych.
Na tle tego wszystkiego kompot był prawdziwą poezją smakową.


Marco nie ratuje wystrój, który jest nijaki i bez pomysłu, a jeśli już jakaś idea się tu pojawiła to była strzałem kulą w płot. Mam tu na myśli stoliki kawowe, fotele i sofy salonowe.


Jedynym pozytywnym aspektem jest obsługa. Panie są bardzo miłe i z niewymuszoną przykrością poinformowały moją koleżankę, że pomimo wywieszonego menu nie mają nic poza zestawami obiadowymi (a koleżanka chciała jeden z deserów).

Podsumowując albo Marco popsuło się na przestrzeni ostatniego półtora roku, albo ja ma zbyt wysokie wymaganie. Tak czy inaczej nie wrócę tam już.
Ogólna ocena: 2/10.
Adres: Kraków ul. Biskupia.
 

 
Dlaczego romantyczne? Ponieważ byłam tam na walentynkowej randce.


Wiem, że od Wakentynek minęło sporo czasu, ale ostatnio w moim życiu tyle się dzieje, że nie miałam czasu wcześniej napisać Wam o Umami Sushi. Mój nowy projekt opiszę w przyszłości.


W Umami czeka na nas przytulne i eleganckie wnętrze urządzone w japońskim stylu oraz obsługa na bardzo wysokim poziomie. Zaskoczyło mnie, że kelnerzy chodzą w kimonach. To duży plus.
Zamieściliśmy zestaw 14 kawałków sushi za 43 zł. Było na prawdę smaczne, ale zaskoczył mnie brak sosu sojowego.


Podsumowując atmosfera w Umami Sushi sprzyja romantycznemu patrzeniu sobie w oczy i randeczkom. Zjemy tam przyzwoite sushi i nie zbankrutujemy.
Ogólna ocena: 7/10.
Adres: Kraków ul. Karmelicka



Oprócz kolacji we dwoje obowiązkowym punktem Walentynek jest też komedia romantyczna. Każdego roku próbuje znaleźć film, którego głównym motywem będą Walentynki, ale poza znanymi mi od dawna "Walentynkami" i "Nie cierpię Walentynek" nic nie znalazłam.
W tym roku oglądaliśmy "Kate i Leopold" przyjemny romans o miłości, silniejszej niż rozsądek, która połączyła kobietę z XX wieku z mężczyzną z XIX wieku, który przypadkiem trafił do jej świata.


Walentynki nie mogły sie odbyć oczywiście bez prezentów. Od mojego Lubego dostałam śliczną zawieszkę z Apartu.


Ja podarowałam jemu i sobie przy okazji, piżamy do pary z jakże życiowym hasłem "Oddawaj kołdrę".
https://koszulove.com/dla-par/852-pizamy-dla-pary-oddawaj-kordle.html
Muszę przyznać, że uwielbiam świętować Walentynki
i zupełnie nie przejmuje się tekstami, że to niby komercyjne i amerykańskie święto.
 

 
Znacie to uczucie, gdy wszystko wygląda tak cudownie i smakowicie, że nie wiecie, na co się zdecydować? Tak właśnie jest w Lumo.


Mała cukierenka przy przystanku “Jubilat” na al. Krasińskiego jest bardzo niepozorna.
Niby ma stoliczek w oknie, ale chyba niewiele osób tam siada. No może tylko znajomi przemiłych pań sprzedających.


Ja nie usiadłam tam nigdy, choć zazwyczaj spędzam w Lumo sporo czasu. Dlaczego? Ponieważ bardzo długo zastanawiam się, co kupić. Wszystko wygląda pięknie i pysznie. Potem okazuje się, że cokolwiek bym nie kupiła to jest wyśmienite. Cudowne, kolorowe porzeczkowe babeczki, paczek z prawie płynna czekoladą, którym się ekstremalnie ubrudziłam, wyborne ciasteczka owsiane z różnymi dodatkami i mega sycący rogal z przesłodkim orzechowym nadzieniem, który kiedyś posłużył mi za drugie śniadanie w pracy.


Ceny w Lumo na szczęście nie rujnują finansów, dlatego mogę tam często gościć.
Podsumowując zachęcam Was do spróbowania słodkości z Lumo, jeśli tylko będziecie mieli ku temu okazje.
Ogólna ocena: 8/10.

 

 
Frytka i Przyjaciele reklamuje się, jako najlepsze frytki w mieście. Spróbowałam i muszę im przyznać rację. Ich frytki nie mają sobie równych.


Kolejny raz dzięki uprzejmości All in Card miałam okazję odwiedzić krakowski lokal. Dostałam od nich voucher na duże frytki. Dzięki!
Co prawda Frytka i Przyjaciele to stoisko obok Kina Kijów i przystanku “Muzeum Narodowe”, ale to nieważne. W ciepłe dni wystawiają kolorowe krzesełka i stoliki, aby klienci mogli usiąść jedząc frytki i czekając na autobus.


Pan, który pracuje na stoisku jest bardzo miły
i rozmowny. Chętnie opowie o swojej pracy i poleci najlepszy sos, a sosów mają w Frytce dużo. Ponadto za darmo możemy dostać ser, ananasa lub oliwki do frytek. Świetnie! Ceny są bardzo przystępne,
a porcje ogromne. Zdecydowałam się na oliwki, jako dodatek i sos bazyliowy. Niebo w gębie! Frytki odpowiednio wysmażone i dobrze przyprawione, do tego łagodny sos i słonawe oliwki. Perfekcyjne połączenie. To jest prawdziwy foodgazm i po jednym razie ma się ochotę na więcej.

Podsumowując: porcja frytek z Frytka
i Przyjaciele, albo dwie, albo siedem i spacer po błoniach to przepis na idealne popołudnie, który mam zamiar często wprowadzać w życie jak tylko temperatura znacznie ku temu sprzyjać.
Ogólna ocena 9/10.

Adres: Kraków al. Krasińskiego.
  • awatar st.anger: Wpisuję na listę miejsc do odwiedzenia w czasie najbliższej wizyty w Krakowie
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 


Od prawie tygodnia mam ogromną przyjemność testować nowy dezodorant Adidas.
Jest to niesamowity produkt przeznaczony do zadań specjalnych.
Przez 72 godziny chroni przed potem i przykrym zapachem. I to nie tylko puste zapewnienia producenta, ale fakt, który potwierdziłam na własnej skórze (dosłownie).
Dezodorant chroni mnie w ciągu całego mojego szalonego dnia, na treningu oraz podczas ekstremalnego wyzwania, czyli remontu mieszkania. Żaden wysiłek fizyczny mu nie straszny.
Polecam wszystkim, którzy potrzebują niezawodnej ochrony w każdej sytuacji.
Ogólna ocena 10/10.

 

 
Dlaczego kultowa? Ponieważ istnieje od 1898 roku, a ja słyszałam o niej od dziecka: od rodziców i od dziadka. Jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych budynków na Krupówkach.


Patronem karczmy jest Sałała, a właściwie Jan Krzeptowski- góral z Kościeliska, gawędziarz, pieśniarz, muzykant oraz honorowy przewodnik tatrzański. W karczmie znajduje się jego rzeźba.


Skoro już mowa o tym, co jest we wnętrzu to wystrój zapiera dech w piersiach. Ponoć sufit (powała) karczmy ma aż 100 lat. Lokal jest ogromny i urządzony po góralsku, z rozmachem i nie da się ukryć- na bogato.


Bogatym trzeba też być chcąc jadać w Sabale. Ceny są zaporowe. Nawet porcja pierogów kosztuje powyżej 20 zł. Co prawda zarówno ruskie jak i z mięsem były wyśmienite- delikatny farsz i idealne ciasto. W Sabale byłam razem z mamą i obawiałyśmy się, że samymi pierogami się nie najemy, dlatego zamówiłyśmy dodatkowo porcje sałatek z baru sałatkowego. Wszystkie świeże i pyszne, ale całkowicie niepotrzebne, bo już same pierogi okazały się bardzo sycące.


Poziom obsługi jest dostosowany do cen- wysoki, co bardzo dobrze świadczy o karczmie i sprawia, że wydanie prawie 90 zł na dwa talerze pierogów, dwa napoje i jedną porcje sałatek boli trochę mniej.




Podsumowując uważam, że warto odwiedzić Karczmę Sabała dla jej historii, wystroju i wysokiego poziomu dań oraz serwisu, ale należy przygotować się na równie wysoki rachunek. Jedna taka wizyta mi wystarczy.

Ogólna ocena 8/10.

 

 
Kameralna, przytulna, mała kawiarenka w centrum Krakowa.


Takie urokliwe miejsca jak Żarówka sprawiają, że zazdroszczę Włochom tradycji picia kawy.


Kawiarnia znajduje się w zaciszu podwórka kamienicy przy ulicy Floriańskiej.
Wnętrze jest malutkie, ale bardzo kolorowe
i przytulne. Gdy pogoda sprzyja radzę usiąść przy stoliku przed kawiarnią, bo to jeden z lepszych ogródków, jakie znam, ponieważ jest z dala od ruchliwej ulicy.




Miła obsługa poda nam pyszną kawę. Zamówiłam słusznych rozmiarów latte w cenie 10 zł. Polecam również ciasta i tarty dostępne w Żarówce. Były wyśmienite i zniknęły tak szybko, że nawet nie zdążyłam zrobić zdjęcia, tylko mogłyby być większe.


Podsumowując kawa w przerwie w pracy, albo poranne spotkanie z przyjaciółmi to doskonały powód, aby znaleźć ukrytą w zaciszu podwórka Żarówkę.
Ogólna ocena 7/10.
Adres: Kraków ul. Floriańska.
 

 
Po wyjściu z dworca w Zakopanym naszym oczom ukazuje się PRL-owski klasyk architektoniczny, który “zdobi” okolicę odkąd pamiętam. Ostatnio postanowiłam zajrzeć do środka.


Mogę śmiało powiedzieć, że była to moja pierwsza
i ostatnia wizyta.
Wiem, że wystrój musi pasować do wyglądu budynku z, zewnątrz, czyli musi być PRL z góralskimi elementami w postaci krzeseł, drewna i tkaniny
w kwiaty, ale tu chyba przesadzili z PRL-em. Samoobsługa, niemiła pani w fartuchu, która jedną szmatką ścierała wszystkie powierzchnie w zasięgu wzroku i brudna serwetka.


Zamówiłam pierogi ruskie i kompot. W sumie 17 zł, czyli cena jak w barze mlecznym. Ja rozumiem, że cudów za takie pieniądze nie będzie, ale oczekiwałam przynajmniej przyzwoitych pierogów. Dostałam natomiast rozgotowane kluski z przesyconym cebulą farszem. Jedynie kompot był “zjadliwy”.


To wszystko jeszcze nic. Gwoździem do trumny okazała się toaleta. Czysta, ale płatna, nawet dla klientów baru. Nie dość, że płacę za paskudne pierogi to jeszcze muszę dorzucić 2 zł za toaletę, która nie zamyka się od środka.

Podsumowując po prostu nie idźcie nigdy do Baru Fis
Ogólna ocena 1/10.

Adres: Zakopane ul. Kościuszki.
 

 
Nie jesteście fanami baraniny? Uważacie, że dania z niej są paskudne? To nie jedliście jeszcze
w karczmie Stodoła.


Uwielbiam jedzenie w Stodole. Uważam, że podają tam najlepszą baraninę w całym Zakopanym. Delikatna, krucha, rozpływająca się w ustach
i daleko jej do suchej i źle przyrządzonej baraniny, która zraziła do tego rodzaju mięsa wielu moich znajomych. Szczególnie polecam sznycle z baraniny z ziemniakami i kapustą zasmażaną. Wyglądają niepozornie, ale są mega sycące.
Stodoła może się też pochwalić znakomitymi pieczeniami baranimi z grzybami, pikantnym sosem, kluseczkami góralskimi lub kopytkami.





Tym, którzy pomimo wszystko zdecydują się na inny rodzaj mięsa polecam wyśmienity gulasz.
Jeśli jeszcze komuś mało to w Stodole zjemy pyszne i pięknie podane desery.
Ciasto czekoladowe okazało się trafione w punkt. Nie za słodkie ani nie przesadnie kruche. Proporcje idealne. Jego smak dopełniały lody
i bita śmietana.


Wystrój Stodoły typowo góralski: ławy z miękkimi skórami i drewno. Podoba mi się, że menu osadzone jest na ciupagach, a względnie mili kelnerzy występują w góralskich strojach. Karczma zwykle bywa dość zatłoczona, nie tylko ze względu na pyszne jedzenie, ale również na niewygórowane ceny. Za kolację dla czterech osób złożoną z 4 dań, 4 napojów, 2 deserów i kawy zapłaciliśmy niecałe 180 zł.






Podsumowując baranina rządzi w Stodole. Spróbujcie koniecznie.
Ogólna ocena 9/10.

Adres: Zakopane ul. Krupówki.

 

 
WPIS PRZEZNACZONY DLA OSÓB PEŁNOLETNICH

W pewien środowy wieczór szukając godnej przystani na piwo trafiłyśmy z przyjaciółkami do Viva La Pinta. Wszędzie były tłumy ludzi, a tam czekało na nas wygodne miejsce na ploteczki.


Siadając na sofach w pubie, którego ściany ozdabiają marynistyczne motywy (nie wiem dlaczego) stwierdziłyśmy, że jesteśmy głodne, więc szybko zdecydowałyśmy się na przekąskę do piwa.


Zamówiłam piwo z jednego z moich ulubionych browarów- Piwojad, każdy ich trunek jest wyśmienity. Do tego panini z kurczakiem, które okazało się bardzo dobre, sycące i długo trzymało ciepło. Chrupiące, podgrzane pieczywo i soczysty, mocno doprawiony kurczak okazały się idealnym kompanem dla jasnego Piwojada. Całość kosztowała 28 zł, czyli tanio jak na jedną z najdroższych krakowskich ulic.

Jak to zwykle w pubach bywa, obowiązuje samoobsługa. Miłym zaskoczeniem było podaniem nam dań do stolika przez bardzo uczynnego i sympatycznego pana z obsługi. Żałowałam, że nie mam gotówki na napiwek.

Ciekawostką jest, że w moich czasach studenckich
w tym samym miejscu, co aktualnie Viva La Pinta znajdował się bar z tanimi obiadami- Altero.


Podsumowując, pomimo mirsz- marszu, który panuje
w Viva La Pinta: kotwica na ścianie, włoskie panini, pubowy klimat, gorąco polecam to miejsce na wypad z przyjaciółmi.
Ogólna ocena: 8/10.
Adres: ul. Floriańska Kraków.
 

 
Kolejny wpis z cyklu Śniadanie w Krakowie. Tym razem troszkę lokal w troszkę innej odsłonie.


Obok przystanku autobusowego Jubilat jest niewielki zielony sklepik: piekarnio- cukiernia. Sprzedaje tam pani w fartuszku rodem z PRL-u,
a gdy przyjdziemy po południu nie załapiemy się już ani na jeden smakołyk.


Co do wspomnianych wypieków, bo ich smak jest równie, oldscholowy. Co to oznacza? Kupując rogalika nie dostaniemy maślanego, kruchego croissanta z ciasta francuskiego. Zjemy za to treściwy rożek ze zbitego, słodkiego ciasta obficie nadziany czekoladą mocno smakującą kakao
z grutkami, które na szczęście rozpływają się
w ustach podczas jedzenia. Dla niektórych to zapewne smak dzieciństwa.
Cena rogalika okazała się dość przystępna, bo 2,50 zł, a za 4 bułeczki jedyne 1,60 zł.

Podsumowując zielony sklepik koło Jubilatu to smaczna opcja na szybkie śniadanko, które przypomni nam smak lat 90-tych.
Ogólna ocena 6/10.
 

 


Co zrobić, gdy po męczącym spacerze na Błoniach zgłodniejemy? Pójść do Tao na rozgrzewający orientalny obiad.
Tao jest perfekcyjnym połączeniem tradycji
z nowoczesnością. Najmodniejsze kolory i meble sąsiadują z takimi typowo dalekowschodnimi elementami jak żurawie. Według legendy osobę obdarowana 1000 takich figurek origami czeka szczęście.


W lecie polecam usiąść na ogródku, który ładnie prezentuje się zwłaszcza wieczorami.




Dania podawane przez miłą i profesjonalną obsługę smakują wyśmienicie. Szczególnie przypadło mi do gustu idealnie doprawione ramen. Niczym nie ustępował mu makaron z kaczką na ostro.
Fajną opcją na randkę są naleśniki z kaczką. Porcja słodko- kwaśnych naleśników jest przeznaczona dla dwóch osób, a ich wyjątkowość polega na tym, że sami nadziewany ciasto podanymi na stół składnikami. Do tego ogórkowa lemoniada i pyszny obiad gotowy.


Pyszny i drogi. Ramen kosztuje 35 zł, a naleśniki
i dwie lemoniady 79 zł. Jednakże biorąc pod uwagę ogólny poziom reprezentowany przez lokal to cena jest odpowiednia.


Podsumowując polecam Wam Tao na randkę lub na wystawny obiad z przyjaciółmi, szczególnie, jeśli jesteście fanami dalekowschodnich klimatów, a nie lubicie kiczu, który jest wszechobecny w innych orientalnych restauracjach. Mam nadzieję, że żurawie przyniosą szczęście Tao i biznes będzie się kręcił.
Ogólna ocena 8/10.

Adres: Kraków al. Focha
 

 
WPIS PRZEZNACZONY DLA OSÓB PEŁNOLETNICH


Moja miłość do wina nie słabnie od miesięcy. Odkrywam potencjał tego trunku oraz krakowskie winiarnie.

Winosfera jest przytulnym miejscem na placu Szczepańskim. Zachęca ładnym i modnym wystrojem oraz umiarkowanie romantyczną atmosferą. Przyjemnie spędza tam czas popijając pyszne wino
i zagryzając wyśmienitymi przekąskami podanymi
i poleconymi przez niezwykle miłą obsługę.


W Winosferze byłam z dwoma przyjaciółkami i za namową przeuroczego kelnera zdecydowałyśmy się na karafkę aromatycznego czerwonego sauvignon cabernet w rozsądnej cenie. Karafka wystarczyła na trzy lampki- dla każdej z nas po jednej.


Podsumowując Winosfera to klimatyczne miejsce na randkę oraz na ploteczki z przyjaciółkami przy winie, które swoimi cenami nie zrujnuje nam portfela i zachwyci uprzejmością obsługi.
Ogólna ocena 9/10.
Adres: Kraków Plac Szczepański
 

 
Mam ogromną przyjemność być ambasadorką Żabki
i testować całkiem nową odsłonę ich sklepów. Testować w sposób nie byle jaki, bo jedząc pyszne hot dogi.


Uwielbiam Żabkowe hot dogi dlatego z wielką chęcią pomaszerował do odświeżonej Żabki, aby zobaczyć jak wygląda ich nowy design i zjeść.
Nowy wygląd sklepu bardzo przypadł mi do gustu. Jasno, przejrzyście, ładnie i bardziej nowocześnie.


Obsługa mojej krakowskiej Żabki na ul. Zwierzynieckiej jest na najwyższym poziomie i panie zawsze są miłe.


Razem z moimi znajomymi z pracy niemal codziennie chodzimy na lunch do Żabki. Muszę przyznać, że smakowały mi wszystkie hot dogi, ale prawdziwie mistrzowskim połączeniem okazała się kiełbaska chili i sos 1000 wysp. Koniecznie musicie tego spróbować!



Podsumowując, zrewaloryzowany wygląd Żabki jest jak najbardziej na plus. Tak samo, jak ich pyszne hot dogi. To idealna przekąska podczas zakupów, spaceru, w podróży czy dnia pełnego obowiązków- są pyszne i niedrogie.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Też lubię takie hot-dogi ;). Tych z Żabki jeszcze nie jadłam, ale polecam te z Orlenu ;). Pozdrawiam i zapraszam do mnie :).
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Dawno nie było śniadaniowego wpisu. Mam dla Was kilka nowych miejscówek. Czy wszystkie dobre? Zobaczycie.


Na pierwszy ogień idzie Piekarnia Cukiernia Kowalik. Niewielki sklepik obok Uniwersytetu Pedagogicznego na ul. Ingardena.
Sprzedają w nim mile panie, które od czasu do czasu dają drobne rabaty klientom. Z powodu sąsiedztwa uczelni wszelkie wypieki znikają w mgnieniu oka.
Jeśli jednak załapiecie się jeszcze na coś to przeżyjecie rozczarowanie.
Słodkie bułki z kruszonką okazały się suche a ich skórka mało delikatna i gorzkawa. Miałam, więc poczucie źle zainwestowanego 1.90 zł. Ogólnie wszystkie produkty Kowalika, których próbowałam były raczej suche.


Podsumowując, Piekarnia Cukiernia Kowalik nie jest najlepszym wyborem, jeśli chodzi o śniadanie. No, ale jeśli studiujecie na tym wydziale UP to trochę nie macie, w czym wybierać, bo w okolicy prawie nic nie ma.
Ogólna ocena 2/10.
Adres: ul. Ingardena
 

 
Nie ukrywam, że Zakopane jest jak mój drugi dom, często tam bywam. Kiedyś nie znosiłam tego miasta,
a obecnie dostrzegam jego piękno i odkrywam jego skarby. Zakopane ma do zaoferowania nie tylko góry
i piękną architekturę, ale również pyszne jedzenie.


Lubię małą i niepozorną karczmę blisko Dworca Autobusowego pod nieciekawym szyldem Domowe Obiady.

Wnętrze jest ciasne i oczywiście urządzone w drewnie z góralskimi elementami. Ma się wrażenie, że właściciele chcieli upchnąć tyle stolików ile się da na małej przestrzeni. Rozumiem ich, ale wiem też, że dało się lepiej zagospodarować ten lokal.


Jadam tam naleśniki. Na słodko z Nutellą i owocami oraz na słono ze szpinakiem i serem. Pomimo, że ciasto czasem wydaje mi się zbyt oleiste bardzo lubię ich naleśniki. Szczególnie wersja ze szpinakiem przepadła mi do gustu. Porcja na pierwszy rzut oka jest mała, ale o dziwo bardzo sycąca. Warto również zamówić zimową herbatę z miodem, imbirem, pomarańczą, cytryną i goździkami.


Obsługa jest miła i poprawnie wykonuje swoja pracę, a ceny dostosowane do poziomu całości- nie za wysokie, raczej średnie.

Podsumowując Domowe Obiady sprawdzą się, gdy mamy ochotę na smaczny aczkolwiek szybki posiłek tusz przed odjazdem naszego autobusu.

Ogólna ocena 6/10.
Adres: Zakopane ul. Tadeusza Kościuszki