• Wpisów:429
  • Średnio co: 5 dni
  • Ostatni wpis:6 dni temu
  • Licznik odwiedzin:63 083 / 2483 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Jadę do Kijowa. Powiedziałam znajomym i rodzinie rok temu w grudniu, tydzień po wprowadzeniu stanu wojennego na Ukrainie. Usłyszałam: “Oszalałaś?!”, “Jesteś nieodpowiedzialna!”, “Przecież to niebezpieczne!”, “Nie jedź!”. No, ale pojechałam
i wróciłam. Cała i zdrowa.


Bezpieczeństwo

Nie było tak, że nie miałam obaw. Oczywiście, że decyzja prezydenta Poroszenki mnie nieco wystraszyła. Jednak zaczęłam wgłębiać się w temat
i doczytałam, że w obwodzie Kijowskim nie wprowadzono stanu wojennego. Nie ma też godziny policyjnej ani prohibicji. Zatem nie było powodów, aby zrezygnować z wyjazdu.

Spodziewałam się, co prawda drobnych utrudnień jak wzmożone kontrole na lotnisku lub oznak mobilizacji wojskowej takich jak więcej policji, lub żołnierze patrolujący ulice. Nic takiego nie miało miejsca.

Kijów okazał się niezwykle bezpiecznym miastem, które bawiło się do późnych godzin nocnych, karmiło nas pysznymi czeburekami i poiło ukraińską wódką od przemiłej pani z całodobowego sklepu pod naszym mieszkaniem.

Podczas spaceru po Majdanie spotkaliśmy ukraińskiego żołnierza w cywilu, który słysząc, że mówimy po polsku, zaczął z nami rozmawiać. Powiedział, że decyzja o stanie wojennym jest całkowicie zbędna
i typowo polityczna, ponieważ w trakcie takiego stanu wyjątkowego nie można przeprowadzić wyborów prezydenckich, które Poroszenko zapewne przegrałby
z kretesem. Oznajmił też, że armia ukraińska jest
w lepszej kondycji niż 4 lata temu.

Podsumowując, nie bójcie się jeździć na Ukrainę. Kijów i Lwów są bezpiecznymi i pięknymi miastami, które posiadają wiele do zaoferowania.


 

 
Czemu najsłynniejszy antagonista w historii pop kultury jest takie, a nie inny?


Na Jokera bardzo chciałam iść, nie dlatego, że jestem fanką Uniwersum lub komiksów. Lubię Batmana, ale głównie dlatego, że kręcił go między innymi Tim Burton. Chciałam iść, ponieważ lubię historię jednostek, zwłaszcza jednostek nieprzystosowanych do życia w społeczeństwie.

Joker. Książkowy socjopata. Czy jego los musiał się tak potoczyć? Film pokazuje, że nie. Dla mnie to przykład tego, co może stać się z jednostką, gdy szeroko rozumiane otoczenie się od niej odwróci. Od Artura odcinają się praktycznie wszyscy, u których szuka pomocy łącznie z instytucją zapewniającą mu terapie i leki, bez których przecież osoba chora psychicznie nie może funkcjonować. Bo Artur niewątpliwe jest chory, ale to nie oznacza, że jest złym człowiekiem.

Nasz bohater, zanim staje się Jokerem, traci pracę, dowiaduje się smutnej prawdy o swoim dzieciństwie
i matce, uświadamia sobie, że tak samo, jak matka ma urojenia i że popełniane przez niego morderstwa nie ruszają go. Stacza się coraz bardziej i coraz bardziej odrywa od rzeczywistości. Jest samotny
i wzbudza raczej nasze współczucie niż lęk.

No właśnie lęk. Film pokazuje jak otoczenie nie jest w stanie zrozumieć ani zaakceptować człowieka chorego psychicznie. Jest dla nich inny, dziwny, ześwirowany. Właściwie mam dwa zarzuty wobec produkcji. Po pierwsze powiela krzywdzący stereotyp, że chora psychicznie matka, nawet jeśli bierze leki, nie może wychować zdrowego dziecka. Bzdura. Po drugie wepchnięcie w scenariusz sceny z morderstwem Wayne'ów było zbędne.

Podoba mi się bohater zbiorowy, jakim są obywatele Gotham. Żyjący w zaśmieconym, skorumpowanym mieście rządzonym przez ludzi, którzy mają ich potrzeby totalnie gdzieś, bo jak można odebrać dotacje na terapię.

Ludzie w kryzysie zwracają się w stronę niebezpiecznych opcji, dlatego morderca Joker staje się ich idolem.

Produkcja zachwyca montażem i pięknymi, mrocznymi zdjęciami oddającymi nastrój rozkładającego się Gotham. Jednak największe peany należą się Joaquin'owi Phoenix'owi. On tworzy Jokera na nowo. Phoenix gra osobę na pograniczu nieszczęśliwego Artura i psychopatycznego Jokera. To będzie w pełni zasłużona nominacja do Oscara.

Koker nie jest filmem, z którego wyjdziemy uśmiechnięci. Nie jest też produkcją, na której powinni rozdawać żyletki. Jest dobrym filmem o rozkładzie. Rozkładzie, jednostki, społeczeństwa
i władzy.
Polecam!
 

 
To nie węgiel, to prawdziwy diament!


W sztolni wszystko jest prawdziwym skarbem. Jestem pod wrażeniem starej kopalni zaadaptowanej na piękne, urządzone z klasą industrialne wnętrze.

Potrawy nie tylko ładnie wyglądają, ale również pysznie smakują. Delikatna zupa z krewetkami to mistrzostwo. Polecam też wytwarzany na miejscu czarny (jak węgiel ) makaron z kaczką. No
i spróbujcie koniecznie piwnych koktajli. Mnie szczególnie przypadł do gustu ten z musem gruszkowym i ogórkiem. Sztolnia odkrywa przed nami niecodzienne połączenia, które okazują się smakowym strzałem
w dziesiątkę!


Tak jak wspominałam, wszystko tu jest skarbem, obsługa i ceny też. Kelnerzy są na medal, a ceny cóż... aby jadać tam codziennie przydałoby się obrabować jakąś kopalnie, diamentów najlepiej.


Podsumowując Sztolnie polecam na wysmakowaną randeczkę lub kolację służbową.

Adres: Katowice ul. Chorzowska 109
 

 

O tym miejscu akurat powinno się mówić.

Omerta to pub z kraftowymi piwami na Kazimierzu. Dają tu dobre piwo w dobrej cenie, które zdradliwie wchodzi jak złoto i powoduje kaca mordercę- wiem, co mówię


Skąd ta nazwa? Omerta to zmowa milczenia w sycylijskiej mafii, czyli wewnętrzne prawo zakazujące mówienia o popełnianych przestępstwach osobom postronnym, a zwłaszcza policji.

Wystrój pasuje do nazwy: skórzane kanapy, drewno
i mnóstwo kadrów z mojego ulubionego filmu- "Ojca Chrzestnego".


Omerte polecam wszystkim, którzy tak jak ja są fanami gangsterskich klimatów. Może te krafty nie wyróżniają się niczym, ale "Ojciec Chrzestny" na ścianach robi swoje.


Adres: Kraków ul. Kupa 3
 

 
W świecie gastro- klubowym również pojawiają się trendy. Była już moda na kluby, burgery, food trucki, pijalnie, a teraz trwa moda na ukryte knajpy.


Na czym polega ich fenomen? Nie wiesz, gdzie są
i wchodzisz przez miejsce, do którego zazwyczaj byś nie trafił. Na przykład szatnia, której pilnuje starszy pan pod wąsem żywcem wyjęty z filmu z lat 20.


To nie przypadek, że akurat tak wygląda, ponieważ Mercy Brown to raj dla sympatyków stylistyki tego okresu. Jest na tyle glamour, że sam Gasby nie powstydziłby się zabrać swoją ukochaną Daisy do tego ukrytego baru.

Nawet ekstremalnie miła obsługa ubrana jest
w klimacie.

A ekstremalnie miły barman zrobi Wam ekstremalnie pysznego drinka, który wygląda równie fancy, jak cały lokal. Próbowałam nawet dopytać o skład, ale jest tak złożony, że darowałam sobie próby odtworzenia tego cuda zamkniętego w papierowej torbie o zapachu palonego siana.


Jak zapewne się domyślacie, tanio nie jest. Koszt jednego takiego drineczka to przynajmniej 25 zł. Czy warto? Zdecydowanie tak! W końcu nikt nie każe Wam tam pić na umór.

Podsumowując znajdźcie Mercy Brown w Krakowie
 

 
Przy okazji realizacji jednego z moich zleceń eventowych trafiłam do restauracji w Kraków Valley Golf & Country Club. Co tam zastałam?


Po pierwsze spodziewałam się miejsca lepiej urządzonego. Bardziej z klasą i elegancko. A tam ciemny lokal z nieciekawymi brązowymi fotelami.


Biorąc pod uwagę wysokie ceny to zarówno wystrój, jak i nieco opieszała kelnerka powinny się poprawić. Aby uregulować rachunek musiałam iść do baru
i poprosić o pomoc miłego barmana.


Na jedzenie złego słowa nie powiem. Smaczne
i świeże, a porcje słuszne. Zamówiłam kotleta, ponieważ głównie to tradycyjne, polskie danie miałam przetestować. Był bardzo dobry, a panierka nie odpadała, co oznacza, że do produkcji bułki tartej nie wykorzystano słodkich bułek.


Pierogi zgodnie z obietnicą zawartą w karcie były lekko pikantne, a szarlotka po prostu wyśmienita.


Czy polecam restauracje w Kraków Valley Golf & Country Club? I tak i nie. Jeśli przyjdzie Wam grać tam w golfa i zgłodniejecie, to z pewnością będziecie usatysfakcjonowani swoim daniem, ale nie uważam, aby było warto specjalnie jechać tam na kotleta.

 

 
Jedno z najlepszych wspomnień z krakowskiego życia studenckiego to moment, gdy w pewną mroźną noc wraz z moim ówczesnym chłopakiem uznaliśmy, że mamy ochotę na kiełbaskę z grilla i poszliśmy do Nyski.


Można powiedzieć, że kiełbaski urosły do rangi krakowskiej atrakcji. Przy Hali Targowej stoi Nyska gdzie dwóch facetów nocami grilluje kiełbaski
i sprzedaje z chlebem i musztardą. Idealna opcja na nocne gastro po imprezie i to obok przystanku.


Kiełbaska jest spora, tak samo, jak bułka, a zestaw kosztuje kilkanaście złotych. Grill masterzy są bardzo mili i chętnie konwersują z klientami. Jedyny minus to brak płatności kartą.

Pomysł jest mega odjechany i chociaż kiełbasa nie jest specjalnie wyszukana to i tak warto, bo czy kiedykolwiek jedliście kiełbaskę z Nyski w środku zimowej nocy?
 

 
Nie ma podróży bez gastroturystyki. Na Węgrzech poszerzyliśmy ją o naszą pierwsza enoturystykę.


Zacznijmy od gastro. Jak Węgry to oczywiście gulasz. Ten w Siofoku w restauracji przy plaży obok kempingu był wyśmienity. Soczysty i lekko pikantny. Podany przez miłego kelnera, który nie mówił po angielsku, ale chętnie z nami żartował i uśmiechał się od ucha do ucha. Po gulaszu przyszedł czas na toast tradycyjną węgierską wódką- palinką.


Jadąc z południa na północ Balatonu mieliśmy
w planie głównie enoturystykę, czyli turystykę związaną z winem. Trafiliśmy do małej rodzinnej winnicy Muller Pince, gdzie od pokoleń produkowane jest przepyszne wino. Mieliśmy okazję poznać jego historię oraz sami korkować butelki. Myśleliśmy, że zakupy w winnicy będą kosztowały nas majątek, ale okazało się, że zupełnie nie. Za jedną butelkę płaciliśmy tylko 1000 forintów, zatem kupiliśmy sześć.




Skoro jesteśmy nad jeziorem, to w naszym menu nie mogło zabraknąć ryby. Swoją zamówiłam w restauracji obok naszego kempingu dla naturystów i nie pożałowałam- była miękka i dobrze przyprawiona,
a panierka podkreślała jej smak. Co prawda kosztowała nieco powyżej średniej, ale było warto. Niestety w tej miejscówce obsługa ani wystrój nas nie zachwycały. Mankament ten rekompensował naprawdę wyśmienity smak wszystkich dań: ryb, nadziewanych kotletów, deski mięs przyrządzonych na różne sposoby.


Podsumowując, oczywiście polecam Wam kuchnię węgierską, ale przede wszystkich zachęcam do wizyty w winnicy Muller Pince, jeśli tylko będziecie mieli taką okazję.

 

 
To była szalona i pełna wrażeń wycieczka.


Drugiego dnia ruszyliśmy dalej- na południowy brzeg Balatonu do Siofoku. No i się zakochałam. Balaton stał się moim ulubionym jeziorem a plaża w Siofoku okazała się najlepszą, na jakiej byłam. Dlaczego? Ponieważ jezioro to od południa jest strasznie płytkie. Nawet daleko od brzegu woda sięga po kolana. Jakby tego było mało, dno jest piaszczyste. Lepiej być nie mogło. Tym bardziej że ponownie żar lał się z nieba, a plaża nie była przeludniona.


Przy brzegu znajduje się kilka niezłych knajpek
i sklepów oraz nasz Aranypart Camping. Nie miałabym żadnych zastrzeżeń do tego miejsca, ponieważ ceny były spoko (około 30 000 forintów za dwie noce za wszystkich), było czysto i ogólnie ładnie. Niestety okazało się, że mają straszny burdel w papierach. Najpierw zapłaciliśmy za jedną noc, a potem za drugą, gdy postanowiliśmy zostać tam jeszcze jeden dzień. Przy płatności za druga recepcjonistka nie policzyła pełnej kwoty i nagle okazało się, że musimy dopłacić. Gdy powiedziałam, że w ramach przeprosin za sytuację powinni dać nam zniżkę obsługa przestała być miła. Gdy przyniosłam brakujące 10 000 forintow okazało się, że trzeba dopłacić jeszcze 0.40 forinta czego powiedziałam, że nie zrobię, ponieważ powiedziano mi, że brakuje 10 tysięcy nie więcej i byłaby to już trzecia dopłata. Minusem było też zamykane na noc wejście na plażę, przez co wracając, musieliśmy obchodzić cały kemping dokoła i czekać aż portier nam otworzy.
Gdyby nie sprawa z dopłatą to obsługa miałaby dobrą ocenę. Pierwszego dnia przyszli nawet poinformować, że będą mieli zlot fanów Skody Oktawii i będzie głośno oraz dużo ludzi.


Trzeciego dnia postanowiliśmy przejechać na północy brzeg Balatonu obfitujący w winnice, ale o nich w następnym poście. Tu opowiem Wam o najdziwniejszym kempingu, na jakim byłam, czyli Lavendula Naturista Kemping. Był to kemping dla naturystów. Warunkiem obozowania było chodzenie nago. Okazało się to bardzo ciekawym doświadczeniem i byliśmy zachwyceni. Poza tym cena (14000 forintów) oraz infrastruktura kempingu również nas nie zawiodły. Czyste toalety
i prysznice, restauracja, mnóstwo ławek i stołów, każdy ma dedykowane miejsce, gdzie powinien się rozbić. Plaża niestety mniejsza, dno kamieniste
i głęboko, ale kemping rekomendował nam te minusy.


Podsumowując, polecam Wam południowy brzeg Balatonu tylko, może poszukajcie tam kempingu dla naturystów, bo taki obóz daje niesamowitą wolność.

 

 


Na jeden z tegorocznych długich weekendów postanowiliśmy wybrać się z przyjaciółmi nad jezioro. A właściwie dwa jeziora: Liptovskie na Słowacji i Balaton na Węgrzech. Zdecydowaliśmy się na własny transport i opcję kempingową z namiotami.

Pierwszy dzień spędziliśmy na Słowacji nad jeziorem Liptovskim. Wybrany przez nas Mara Kemping znajdował się zaraz nad wodą, miał przystępne ceny (50€ za 6 osób, 3 namioty i 2 samochody), recepcję czynną całą dobę z miłą obsługą oraz czyste łazienki.
Pogoda trafiła się nam wyśmienita, idealna na chill i pływanie oraz korzystanie z bogatej infrastruktury nad jeziorem- bary, sklepy i restauracje. Dodatkowym plusem był brak tłumów na plaży.

Po drodze postanowiliśmy smakować słowackiej kuchni, która jest raczej mało doceniana w naszym kraju.
A niesłusznie. Polecam zwłaszcza delikatne
i rozpływające się w ustach grillowane i smażone sery oraz sycące serowe kluseczki- haluszki ze skwarkami i śmietaną. Kaloryczne, ale pysznie.





Podsumowując, jedźcie na Słowację, bo to piękny kraj i jedzcie słowackie dania.
Ja póki co wybieram się na Białoruś, ale po powrocie ciąg dalszy relacji z wyprawy, czyli Węgry.

 

 
Przy pisaniu tej recenzji naszła mnie pewna myśl. Zauważyliście, że w Krakowie są głównie włoskie restauracje? Znajdziemy co najmniej jedną na każdej ulicy w centrum. Trattoria Degusti jest na Floriańskiej w sąsiedztwie kilku innych włoskich kuchni. Czemu warto wybrać akurat tę restaurację?


W sumie nie wiem. Trattoria Degusti nie wyróżnia się kuchnią w żaden sposób. Pizze, które tam jadłyśmy, były dobre, ale nie wybitne. Co prawda podobał mi się pomysł dodania karczochów do capriciosy, ale to nie sprawiło, że wzniosła się na nieznane mi wyżyny smaku. Sugerowałaby zatem obniżyć ceny.

Trattoria Degusti nadrabia natomiast wystrojem. Jest modnie, dużo przestrzeni, nieco loftowo, ale przytulnie. Wszystkie detale doskonale współgrają. Wnętrze nadaje się na Instagrama i Pinteresta. Obsługa, choć ładnie ubrana okazała się średnio rozgarnięta (obsługiwały nas chyba ze 3 osoby)
i niezbyt szybka.


Podsumowując Trattoria Degusti nadaje się na kolacje z przyjaciółką, z której nakręcicie ładne relacje na Instastory i zrobicie foty modnego wnętrza na Pinteresta. Przy okazji zjecie pizzę, której smak zapomnicie 5 min po wyjściu z restauracji.
 

 
Śląskie miasta mają pewną magiczną cechę. Najlepsze restauracje nie znajdują się w centrum, lecz w dzielnicach gdzie nigdy bym nie trafiła, gdyby nie mieszkańcy.


Tak samo jest z restauracją Cztery Kąty i Smak Piąty. Znajduje się na ulicy Jankego, znacznie oddalonej od centrum.


Warto jednak przejechać ten kawałek. Dania mają obłędne (ceny też). Ja byłam akurat w niedzielę, gdy obowiązuje specjalne menu. Zjadłam delikatnego królika w sosie z fasolką szparagową. Mój przyjaciel postawił na śląski klasyk, czyli roladę z kluskami. Powiem szczerze, że nawet smak tej ciężkiej tradycyjnej potrawy był w Czterech Kątach bardziej wysublimowany.

Wystrój jest połączeniem najmodniejszych trendów: cegła, zieleń, drewno, industrialne elementy
i tworzy klimatyczną całość.
Do tego obsługa absolutnie bez zarzutów.

Podsumowując może drogo i daleko, ale raz na jakiś czas można rozpieścić swoje podniebienie. Polecam!
 

 
Mały, ale wariat?



Jakiś czas temu otrzymałam do przetestowania próbki Lumene Invisible Illumination Serum tonujące Universal. Długo zwlekałam z jego użyciem ponieważ, czekałam na wyjazd- zazwyczaj mini kosmetyków używam w podróży.
Spodziewałam się serum w postaci kremowej, a okazało się, że produkt jest kryjącym podkładem, który dodatkowo ma szereg działań odżywczych.
Po jego użyciu twarz była przyjemnie gładka i miałam wrażenie, że moja skóra "oddycha". Ponadto działanie matujące utrzymywało się przez długi czas nawet podczas intensywnego zwiedzania Wiednia.

Zdecydowanie polecam Wam Serum tonujące Universal od Lumene Invisible Illumination.
 

 
Idź zjeść na pole, czy tam na Dworek


Jak lato to oczywiście food trucki. Tym razem padło na Dworek - street food park pod Galerią Krakowską. Zjemy tam obiad typu kanapka/ burger/ frytki belgijskie/ azjatyckie pierożki, popijemy piwem
z genialnej Brokreacji, a na koniec poprawimy deserem z Good Lood. Same pyszności. Czy na pewno?


Mój wybór padł na burgera. Dość klasycznie, bo serowego. Jedynym szaleństwem była zielona bułka
i to właściwie był główny czynnik, dla którego wybrałam to danie. W smaku wyszło raczej przeciętnie, jak już powiedziałam- bez szaleństw. Cenowo trochę dużo, bo 22 zł. Za to pan w trucku miły i pozytywnie nastawiony do klientów. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym się cała tym burgerem nie ubrudziła. Hm... weźcie sobie lepiej frytki.


Podsumowując niby wszystko spoko, ale dlaczego "Dworek"?
Ogólna ocena: 7/10.

 

 
Jemy w Salonikach.


Są takie kraje na świecie, do których jeździ się, aby jeść i zdecydowanie Grecja do nich należy.


Podczas naszego pobytu w Salonikach dzień zaczynałyśmy od śniadania z serem feta i oliwkami na trasie. Udzieliło się nam greckie podejście do życia i ten posiłek celebrowałyśmy, jedząc przez 2 godziny.


Na obiad wybierałyśmy regionalne specjały: ryby, przepyszne krewetki i obłędną kałamarnicę nadziewana serami.


Nie mogło obejść się bez tradycyjnych dań greckiej kuchni, czyli suvlaki i tsatsików, które nigdzie indziej nie smakują tak dobrze.


Gdy przychodził czas na wieczorne wino, jako dodatek pojawiał się delikatny grillowany ser
i przepyszne... makarony. Odkryłam, że Grecy też potrafią w makaron.


Już tęsknię za grecką kuchnią i już planuje powrót.
  • awatar Tessla: Zgadzam się grecka kuchnia jest pyszna i zdecydowanie za mało doceniana..
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Ostatnio odkryłam dwie rzeczy. Po pierwsze, że lubię góry. Po drugie, że lubię sama chodzić w góry. Skoro to lubię, to też robię.


Dlaczego sama? Mo moja kondycja jest bardzo słaba
i zazwyczaj wszystkich spowalniam, jeśli trasa przewidziana jest na 1 godzinę to mi zajmie 2
i obowiązkowo kilka przystanków. Sama mogę wybrać trasę łatwą, a moi znajomi z racji długoletniego chodzenia po górach i lepszej sprawności wolą trasy trudniejsze gdzie ja najprawdopodobniej nie poradziłabym sobie.




I tak właśnie postanowiłam się wybrać na Wielki Kopieniec. Nie jest to wysoko góra, bo ma tylko 1328 m. Trasa w Internecie opisywana jest jako łatwa, ale mi przyprawiła trochę trudności, zwłaszcza pod koniec. Szacunkowo wejście powinno nam zająć 1,5 godziny. Mnie zajęło niecałe 3. Zejście zostało obliczone na nieco ponad godzinę, co dla mnie oznaczało niemal 2 godziny.








Na Kopieniec wychodziłam z Toporowej Cyrhli, gdzie można dojechać komunikacją miejską (numer 11)
z Rejonu Dworca, a schodziłam szlakiem do Jaszczurówki. Taka trasa wydaje mi się teraz świetnym wyborem, ponieważ to jest łatwiejszy wariant. Polecam również podejście na sam szczyt od strony Cyrhli, ponieważ od strony Jaszczurówki jest ono bardzo strome. Pomiędzy jednym a drugim wejściem na wierzchołek znajduje się przepiękna polana Kopieniec, na której zrobiłam sobie dłuższą przerwę na piwko i przekąskę.










Po zejściu z góry wróciłam do centrum Zakopane
o pierwszym busem, jaki przyjechał na przystanek znajdujący się zaraz naprzeciwko końca szklaku.


Podsumowując polecam wyjście na Kopeniec w słoneczny dzień nawet osoba o słabszej. Widoki są piękne,
a podejścia tylko momentami kłopotliwe.



 

 
To już ponad rok jak odkrywam, że te cepry na Śląsku mają mnóstwo fajnych rzeczy


Tym razem zawitałam do katowickiej Żurowni. Jak sama nazwa wskazuje, dają tam żurek. I to w kilku wariantach: tradycyjny, wegetariański, do picia oraz ze wszystkimi możliwymi dodatkami. Najbardziej smakowała mi wersja bezmięsna z borowikami.


Nie mogłam sobie odpuścić przyjemności skosztowania żurku w Żurowni, ale było mi mało, więc zamówiłam jeszcze wege krupnioka. I to był błąd. Dlaczego? Bo nie mogłam go dojeść, a był tak pyszny, że żałowałam każdego pozostawionego kęsa. To miks warzyw z kaszą, a do tego bułka i surówka. Smakowało wyśmienicie. Jestem zachwycona propozycjami menu w Żurowni. To nowatorskie i kreatywne podejście do tradycyjnych dań kuchni śląskiej.


Równie bardzo urzeka mnie wystrój. Jest surowo
i industrialnie, a motyw kółek zębatych został wspaniale wykorzystany.
Wisienką na torcie czy raczej jajkiem w żurku jest przemiła obsługa i bardzo przystępne ceny.


Podsumowując nie pozostaje mi nic innego jak tylko wysłać Was na żur do Żurowni.
 

 
Od kilku tygodni mam ogromną przyjemność testować krem ujędrniający MIALENIA i muszę przyznać, że odkryłam prawdziwy skarb.


Produkt jest niezwykle wydajny i ma lekką konsystencję, dzięki czemu mogę go używać rano nawet w upalne dni. Z racji żelowej formuły przyjemnie
i lekko chłodzi twarz.

Jednak najważniejsze jest to, że działa i to fenomenalnie. Moja skóra stała się bardziej jędrna
i widocznie lepiej napięta. Zmniejszył się tworzący się u mnie od niedawna podwójny podbródek, a moje popękane naczynka stały się nieporównywalnie mniejsze. A zmarszczki? Uśmiecham się szeroko
i często a dzięki produktowi MILENA nie martwię się o zmarszczki.

Podsumowując, zdecydowanie polecam, Wam ten krem ujędrniający, naprawdę działa.
  • awatar MARTA♥: Oto mój blog https://pani-marta.blogspot.com/ , który jest dość nowy. Piszę na nim o aktualnej kampanii Streetcom_polska, do której się dostałam. Jeśli chcecie poczytać o streetcom i kampanii Wawrzyniec to zapraszam
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Jest lato, jest jedzenie w plenerze. Jak plener to oczywiście zapiekanki na Kazimierzu.


Tym razem padło na Bar Oko. Miły pan, dobre ceny, możliwość kupienia połowy zapiekanki i eksperyment. Ja nie lubię cebuli, ale wszystkie znaki na niebie
i ziemi dawały mi do zrozumienia, że ta prażona jest pyszna. Sprawdziłam i jest. Szczególnie w połączeniu z serem, pieczarkami i majonezem na zapiekance.
Podsumowując Okraglak i jego zapiekanki dalej
w formie. Nie pozostaje nic, tylko jeść.

 

 
Kojarzycie instagramowy trend kwiatowych ścian jako dekoracji w kawiarniach? Teraz mamy swoją w Krakowie.


Nicole Cafe to prawdziwie pinterestowo- instagramowe fancy miejsce. Wystrój w pastelowych kolorach
z modnymi białymi i złotymi detalami jest przepiękny. Do tego wspomniana ściana z kwiatów to absolutny sztos.


Równie instagramowo prezentuje się menu. Spróbowałam modnej ostatnio tonic espresso i powiem Wam, że jest przepyszna i idealnie nadaje się do orzeźwienia podczas upałów. Tarta z malinami również okazała się mega dobra.


Po fancy miejscu można było się spodziewać wysokiej jakości obsługi, jak i wysokich cen. Za dwie kawy
i tartę zapłaciłyśmy 39 zł, jednak było warto.


Podsumowując, zachęcam wszystkich fanów modnych wnętrz i napojów do odwiedzenia Niloce Cafe. Kawiarnia znajduje się na ulicy Zamenhofa i jest nieco oddalona od Rynku Głównego, więc może upaść ze względu na nieliczną klientelę docierającą w te rejony. Idźcie zrobić fajne zdjęcia na insta, póki czas.