• Wpisów:481
  • Średnio co: 5 dni
  • Ostatni wpis:wczoraj, 14:12
  • Licznik odwiedzin:65 262 / 2595 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Uwielbiam brytyjską rodzinę królewską, zatem nie mogłam przeoczyć tego serialu.


Mam za sobą wszystkie 3 sezony. Pierwszy i trzeci są świetne, drugi wypada słabiej.

Pierwsza odsłona The Crown przedstawia świat,
w jakim przyszło żyć młodej królowej Elżbiecie II
i problemy, z którymi musi się mierzyć. Widzimy, że bycie królową to nie tylko zaszczyty, podróże
i honory, ale tez ogromna odpowiedzialność i ciężka praca. Również przynależność do rodziny królewskiej okazuje się taka fajna, ponieważ narzuca całe mnóstwo ograniczeń.

Drugi sezon to kontynuacja, której poziom nieco spada i trudniej mu utrzymać zainteresowanie widza.

Trzeci natomiast to majstersztyk. Nasza bohaterka jest już doświadczoną władczynią, która umie wykorzystać swoje wpływy. Czuć tu majestat funkcji, jaką pełni oraz fakt, że pogodziła się ze swoim losem. Sezon ten bardziej skupia się też na innych postaciach. Rozwinięte są tu nieco tragiczne wątki Księcia Karola i Księżniczki Małgorzaty.

Ogólnie cały serial pokazuje, jak bardzo skompilowało się życie rodziny Windsorów po abdykacji króla Edwarda VIII, za którego władzę przejął jego brat, a ojciec Elżbiety. Gdyby Edward nie zrezygnował z korony, aby poślubić rozwódkę
z Ameryki, Elżbieta nie byłaby dziś królową,
a życiem jej rodziny nie zawładnęłyby nieco irracjonalne zasady.

Scenariusz jak łatwo się domyślić jest nieco ugrzeczniony, bo przecież nie można pokazać wszystkiego, gdy większość bohaterów istnieje lub istniało w rzeczywistości.

Aktorsko produkcja jest doskonała. W ciągu dwóch pierwszych odsłon Claire Foy doskonale oddaje emocje, jakie mogły targać młodą Elżbietą. W trzecim sezonie królową gra Olivia Colman, która wydaje się stworzona do grania władczyń. Nie jest to jednak teatr jednej aktorki, ponieważ Olivia ma mocną konkurencję w postaci Heleny Bonhan Carter, która dostała pasującą do niej rolę Księżniczki Małgorzaty.

Serial zdecydowanie Wam polecam i przez cały czas zastanawiałam się, jakie to musi być ekscytujące, gdy robią o Was serial za Waszego życia.

Ogólna ocena: 9/10.
 

 
Pinger nie przyjmuje pełnego wpisu zatem zapraszam na drugi blog: https://gdzietuwyjsckrakow.blogspot.com/2020/03/empik-premium-i-audiobooki.html
  • awatar Arvene: też sobie poczytuję :) audiobooków nie lubię ale korzystam z ebooków głównie historycznych bo w sumie za dużo nowości to nie jest dostępnych -_-
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Kolejna propozycja słodkości do zjedzenia w domu.


Słyszałam, że w Śliwie mają najlepsze paczki i kolejka
w Tłusty Czwartek mogła to potwierdzać. Ja jednak na pączka się nie zdecydowałam tylko na bajaderkę. Ciastko było bardzo dobre, przyjemnie słodkie z chrupiącym spodem, idealne do kawy. Obsługa w Śliwie jest raczej średnia, a ceny wysokie.

Podsumowując, polecam Wam Cukiernię Śliwa, ponieważ wszelkie minusy są rekompensowane przez wyborny smak słodyczy.

Ogólna ocena: 7/10.

Adres: ul. Królewska 8, Kraków
 

 
Kwarantanna i siedzenie w domu sprawia, że mamy więcej czasu na pielęgnacje. Czy rozpieszczać swoją skórę? Między innymi kremem pod oczy od Ziaji.


Seria z kozim mlekiem jest widoczna na półkach od lat
i nie jest niczym nowym, a ja również od lat używam kremu pod oczy z tej edycji.

Skóra wokół oczu jest delikatna i poddana na zniszczenia. Z wiekiem powstają kurze łapki, w wyniku zmęczenia mamy podkrążone oczy, nawilżenie i pielęgnacja tych okolic wymaga specjalnego podejścia. Mając na uwadze to wszystko, kilka lat temu kupiłam pierwsze opakowanie kremu od Ziaji i jestem mu wierna do dziś.

Znakomicie zapobiega powstawaniu zmarszczek wokół oczy, pomaga pozbyć się worków i sińców po zarwanych nockach oraz pielęgnuje delikatną skórę. Sama nakładam go nie tylko pod oczy, ale też z boku i na powieki. Krem stosuje rano i wieczorem, a efekty są rewelacyjne.

Opakowanie jest małe, ale bardzo wydajne i cena świetna, bo około 7 zł.

Podsumowując, zdecydowanie polecam krem pod oczy Ziaja
z kozim mlekiem.

Ogólna ocena: 8/10.
 

 
Dla jasności: kwarantannę przechodzą osoby, które miały kontakt z chorymi oraz osoby, które wróciły z zagranicy. My, aby pomóc w walce z wirusem, możemy poddać się samoizolacji, a więc #siedznadupie.



No i co robić, gdy siedzimy cały dzień w domu? Ja mam nieco mniejszy dylemat, ponieważ 2 dni w tygodniu muszę być w biurze, a w pozostałe pracuje zdalne.

Nie zmienia to faktu, że drugie pół dnia mam wolne. Co
z tym czasem zrobić?

1. Spędź czas z bliskimi. Samoizolacje spędzam z bliską mi osobą, co sprawia, że dobrze się bawimy i wspieramy wzajemnie.

2. Oglądaj filmy i seriale. Tu chyba nie muszę nikomu tłumaczyć, że to doskonały czas na nadrobienie zaległości, powrót do wybranych produkcji albo rozpoczęcie nowego serialu.

3. Czytaj książki. To rzecz, na którą ja zazwyczaj nie mam czasu, a teraz udaje mi się przeczytać przynajmniej kilka stron dziennie. Wykorzystałam też darmową opcję Empik Premium na 60 dni i całe dnie wykonując różne czynności, słucham audiobooków. Polecam! W aplikacji Empik Go jest spory wybór darmowych książek przysługujących posiadaczom pakietu.

4. Posprzątaj. Sprzątam zazwyczaj na bieżąco, ale teraz robię nieco dokładniejsze porządki lub rozprawiam się
z bałaganem w szafkach. To też dobry czas na uprzątnięcie tego całego burdelu na wszelkich telefonach
i komputerach.

5. Zrób sobie domowe SPA. Nawet całodzienne. No bo nie musisz się śpieszyć, przecież i tak nigdzie nie idziesz.

6. Zadbaj o swoje sociale. Tyły na Facebooku, Instagramie, ziejący pustką Twitter lub Pinterest albo zaległości na blogu. To idealny czas, aby nadrobić sociale.

7. Ćwicz. Zajęcia fitness odwołane, basen zamknięty zatem ćwiczę w domu. Głownie jogę oraz podnoszenie ciężarków (podczas ćwiczeń z ciężarkami oglądam anime).

8. Naucz się czegoś nowego. Mój wybór padł na ukulele oraz na gry komputerowe. Nigdy mi w grach nie szło, teraz próbuje odkryć coś dla siebie i zrozumieć co tak wiele osób w tym widzi. Co do ukulele będzie to długi proces.

9. Gotuj. Jestem całym sercem za wspieraniem restauracji, które są teraz w trudnej sytuacji i zamawianiem jedzenia na wynos (oczywiście bez konaku z dostawcą). Tym bardziej że Uber Eats ma teraz darmową dostawę. No ale od czasu do czasu coś ugotuje (chociaż nie umiem i nie lubię), chociaż jest to głównie forma kreatywnego spędzania wspólnie czasu.

10. Graj w planszówki. Uwielbiam planszówki. Jest kilka, w które można grać we dwie osoby. Dobrym pomysłem na spędzanie czasu podczas kwarantanny jest też rozgryzienie zasad nowej gry, w którą jeszcze nie mieliśmy okazji zagrać.

11. Rozmawiaj z ludźmi. Przez telefon, na komunikatorach- jakkolwiek. Codziennie z kimś innym. To jest dobry moment na odezwanie się do kogoś, z kim dawno nie gadaliśmy. Mamy teraz dużo czasu na opowiadanie co u nas.

12. Śpij. Nie masz czasu, żeby się wyspać? To teraz masz.

13. Planuj podróże. Koronawirus pokrzyżował mi moje wyjazdowe plany, ale mam nadzieję, że sytuacja się uspokoi i będę mogła wybrać się w kolejne podróże, które teraz skrupulatnie planuje.

To zapewne nie wszystkie aktywności, jakie można podejmować, aby poradzić sobie w tym trudnym czasie. Na koniec dodam czego nie robić: nie panikuj i nie sprawdzaj kilka razy dziennie newsów o wirusie. Przeczytanie jednych wiadomości dziennie wystarczy. Nie generujmy sobie dodatkowego stresu.
 

 
Wszystkie wymienione tu produkcje bardzo mi się podobały i zdecydowanie je polecam.


1. Plotkara- nie bez przyczyny na pierwszym miejscu, ponieważ ja kocham ten serial. Perypetie bogatych nastolatków z Nowego Yorku. Są intrygi i miłości oraz przepiękne stylizacje. Na szczęście nie ma zagadek kryminalnych, ponieważ nie lubię takiego połączenia, no, chyba że... patrz punkt 4.

2. Seks w wielkim mieście- klasyk, który jest doskonałym studium kobiecej psychiki. Mnóstwo przezabawnych sytuacji i wyraziste bohaterki.

3. 90210- kontynuacja popularnego w latach 90 tych Beverly Hills 90210, który również polecam. Znajdziemy tu zarówno starych, jak i nowych bohaterów. J

4. Weonica Mars- jeśli jeszcze nie widzieliście serialu
o młodej detektyw, to pędźcie go nadrobić. To jedyne połączenie kryminału i high school, które mi się podobało.

5. Życie na fali- to, co lubię, czyli serial
o amerykańskich nastolatkach. Nieco odrealniony, ale dobry.

6. Seks Education- błyskotliwy, zaskakujący, zabawny serial o chłopaku, który zaczyna udzielać porad seksualnych swoim rówieśnikom w szkole. Ma dobry wzór, ponieważ jego mama jest seksuologiem.

7. Wielkie kłamstewka- chyba najbardziej przejmujący
i mocny serial tego zestawienia. Problemy kilku kobiet mieszkających w jednym mieści. Jak dla mnie to serial
o kobiecej solidarności.

8. Peaky Blinders- gangsterski serial dziejący się na Wyspach Brytyjskich. Brutalny, ale warty obejrzenia ze względu na charakterystyczne postaci i ciekawe scenariusze.

9. Jak poznałem Waszą matkę- to jest naprawdę śmieszny sitcom. Ted przez kilka sezonów opowiada swoim dzieciom jak poznał ich rodzicielkę i jak wielką komedią było życie jego samego i przyjaciół, którymi się otacza.

10. Firefly- serial sci-fi z bogatą plejadom ciekawych postaci i interesujących pomysłów. Takiego kosmosu jeszcze nie widziałam.

11. Stranger Things- zupełnie nowe spojrzenie na gatunek since fiction i doskonała gra dziecięcych aktorów.
W małym amerykańskim miasteczku zaczynają znikać ludzie
i dziać się dziwne rzeczy, a jedynymi osobami, które je
w jakikolwiek sposób rozumieją, a przynajmniej próbują, jest grupa dzieciaków.

12. Czarne lustro- serial antologia, który pokazuje mroczna przyszłość świata, gdzie rozwój nowych technologii poszedł za daleko...

13. Korona- produkcja o Królowej Elżbiecie II i o jej panowaniu. Cienie i blaski bycia królową i urodzenia się w takiej, a nie innej rodzinie. To musi być fascynujące, gdy robią o Was serial jeszcze za Waszego życia.

14. Downton Abbey- jest angielska arystokratyczna rodzina z początku XX wieku, jest służba, są intrygi, piękne stroje, gustowne wnętrza i pocieszające zakończenia.

15. American Crime Story: Sprawa O.J. Simpsona- spojrzenie na jedną z najgłośniejszych amerykańskich spraw o morderstwo głównie oczami obrońców, oskarżycieli i sędziów. Piękny przykład jak działa sądownictwo
w Ameryce.

16. Holistyczna agencja detektywistyczna Dirka Gently'ego- o bogowie co tam się dzieje! Kompletnie odjechane postaci, ekstremalnie ciekawe watki fantastyczne, naukowe i społeczne.

Zostańcie w domu i oglądajcie seriale!
 

 
W momencie publikacji tego wpisu miałam być na Cyprze, ale koronawirus miał inne plany.


Tak, jestem zła (a nawet nieziemsko wkurwiona
i rozgoryczona), że cholerna zaraza się pojawiła
i zawładnęła naszym życiem. Musiałam zrezygnować
z wycieczki, a dalsze plany wyjazdowe stoją pod znakiem zapytania, a momentami udziela mi się ogólna panika. Bojąc się, że "dla mnie zabraknie" sama poczyniłam zapasy żywnościowe (mam tylko nadzieje, że te hordy ludzi nie zmarnują tego jedzenia).

Pomimo niezadowolenia całym sercem jestem za akcją #siedznadupie.

Ograniczyłam wychodzenie z domu do minimum, nie odwiedzam mojej rodziny, bo to oni ze względu na wiek są w grupie podwyższonego ryzyka, a ja mogę być nosicielem wirusa
i nawet o tym nie wiedzieć. Zazwyczaj często myłam ręce, ale teraz robię to niemal co chwilę oraz dezynfekuje klamki i podeszwy butów, w których wychodziłam na zewnątrz. Dogadałam się w pracy, że w biurze mogę się pojawić jedynie 2 dni w tygodniu, w pozostałe pracuję zdalnie. Zrobiłam co w mojej mocy, aby zapobiec rozprzestrzenianiu się choroby, aby chronić siebie
i bliskich.

Ponadto uważam, że w domu też może być fajnie. Czas samo narzuconej kwarantanny spędzam kreatywnie z osobą mi bliską. Mam teraz możliwość, aby oglądać więcej filmów
i seriali, czytać książki, robić generalne porządki, ćwiczyć w domu, uczyć się gry na ukulele i ogarnąć mnóstwo projektów, które wcześniej przekładałam na bliżej nieokreślone "potem".

Zróbcie coś dla innych i zostańcie w domu, gdzie możecie zrobić coś fajnego dla siebie.
 

 
Koronawirus. Samoizolacja. Restauracje zamknięte zatem jemy w domu. A do domu zazwyczaj przynoszę słodycze
z cukierni.


Tym razem padło na cukiernię Antoniego Adamka. Zdecydowałam się na moje ulubione "ciacho", czyli eklera. Wyglądał bardzo apetycznie i smakował całkiem dobrze. Nie był to może najlepszy ekler, jakiego w życiu jadłam, ale ciasto było odpowiednio kruche a masa delikatna. Sugerowałabym słodszą polewę czekoladową i przede wszystkim bardziej zainteresowaną obsługę. Dość długo czekałam, zanim pani praktykująca PRL-owskie podejście do klienta do mnie podejdzie. Na tyle długo, że postanowiłam zaznaczyć swoja obecność nieco niecierpliwym 'Dzień dobry. Poproszę eklerka!" i płożeniem 4,50 zł na plastikową podkładkę.

Podsumowując, może inne oddziały cukierni mają lepszą obsługę, do odwiedzenia tego na Nowym Kleparzu nie zachęcam. No, chyba że bardzo zapragniecie słodkości od Antoniego Adamka.

Eklera popiłam mega aromatyczną herbatą Charlotte black tea Riston, którą dostałam od mamy na Mikołajki. Ma obłędny zapach i świetnie smakuje.
 

 
Co zrobić, aby mieć miękkie i gładkie usta? Peeling!


Peeling do ust Evree kupiłam już 2 lata temu i używam od tego czasu kilka razy w tygodniu i zauważyłam spektakularne efekty. Moje usta stały się gładkie, pozbyłam się brzydkich łuszczących się "skórek" i przede wszystkim są mega miękkie. Nie tylko ja tak mówię

Peeling kosztował mnie kilka złotych i jest niezwykle wydajny- ciągle używam tego samego opakowania i jeszcze się nie skończyło. Dodatkowo ma świetny jagodowy smak
i zapach.

Czy posiada minusy? Tak. Nie widziałam go w sklepach stacjonarnych, a sama kupiłam go w drogerii internetowej Ezebra. Kosmetyk nie nadaje się dla osób o wrażliwych ustach, ponieważ cukrowe drobinki mogłyby je dodatkowo podrażniać. Nie radzę również stosować na pokaleczone usta.

Podsumowując, zdecydowanie polecam peeling do ust Evree.

Ogólna ocena: 10/10.
 

 
Dlaczego mając prawie 30 na karku, oglądam teen dramy? Bo nie lubię identyfikować się z bohaterami, a problemy nastolatków już dawno mnie nie dotyczą. Poza tym, czasem dobrze się odmóżdżyć.



I pozornie przy Insatiable faktycznie się zresetujemy, bo na pierwszy rzut oka to doskonała satyra na konkursy piękności, nastolatkowe problemy, nieogarniętych rodziców i inne elementy kolorowej amerykańskiej rzeczywistości znanej nam z tekstów kultury.

Możemy oglądać serial tylko, śmiejąc się z jego bohaterów, zwłaszcza z Boba, prawnika, który postanawia trenować Patty do konkursów miss.

Pod płaszczykiem przerysowania i groteski możemy dostrzec też szereg współczesnych problemów
i dylematów nie tylko nastolatków, ale i dorosłych ludzi jak: akceptacja samej siebie, problemy
z odżywianiem, nękanie, ostracyzm, poszukiwanie własnej tożsamości seksualnej, poszukiwanie spełnienia, myśli samobójcze, zakłamanie kościoła, aborcja, rozliczanie z własną przeszłością, darzenie uczuciem więcej niż jednej osoby, próby wybaczenia sobie. Mogłabym pewnie jeszcze wymieniać.

Dodatkowo serial jest świetnie zagrany, każda
z postaci jest mega wyrazista i ma coś do powiedzenia w całej historii. Jestem tu wielką fanką Dallasa Robertsa, który świetnie kreuje nadekspresyjniejszego i zagubionego Boba, któremu życie ciągle rzuca kłody pod nogi. Czasem nawet miałam wrażenie, że to serial o nim, a nie o Patty. Podobają mi się też relacje, jakie zostały stworzone między postaciami- skomplikowane i ciągle poddawane modyfikacją.

Podsumowując, polecam Wam Insatiable, bo to serial niejednoznaczny. Jeśli szukacie teen dramy, to dobrze trafiliście, jeśli szukacie pastiszu też, jeśli chcecie gorzką komedię to również dobry wybór.
 

 
Fitagain Coffee & Food jest dobre, ale...


No własnie, ale... Ostatnio przyzwyczaiłam się do absolutnych foodgazmów, a tu jest po prostu poprawnie. Jest pyszne ciasto, dobra lemoniada
i miła obsługa, która jednak zbyt często informuje, że czegoś nie ma. Ceny nieco wysokie jak na lokal mieszczący się tylko w normie. Niestety Fitagain Coffee & Food nie wyróżnia się niczym na tle konkurencji, która w Krakowie jest ogromna. Jedynie może wystrój jest tu nieco ponad przeciętną pod względem kreatywności i estetyki.
Podsumowując, nie mam nic do zarzucenia Fitagain Coffee & Food. Jeśli macie ochotę na nieco za drogie ciastko i kawę, to się wybierzcie.
Ogólna ocena: 6/10.
Adres: ul. Szczepańska 7, Kraków
 

 
To jest jeden z moich kosmetycznych hitów, które zdziałały cuda!


Rok temu w marcu wybrałam się na Ekotyki, czyli targi kosmetyków eko. Tam zobaczyłam stoisko formy, która miała sympatyczną pandę w logo. Była to Senkara. Przyglądałam się chwilę i postanowiłam kopić rzecz nierujnującą za bardzo mojego portfela (eko kosmetyki są cholernie drogie). Padło na ogórkowy hydrolat za 18 zł. Dlaczego ogórkowy? Słyszałam, że to zielone warzywo ma zbawienie działanie na problemy z cerą.

Po roku stosowania kosmetyk się kończy, a moja cera jest w doskonałej kondycji. Promienna, odżywiona, rzadko pojawiają się niedoskonałości i przede wszystkim nawilżona. Tłusta skóra jest trudna
w nawilżaniu, ponieważ łatwo kosmetykami sprawdzić, że będzie produkowała więcej sebum, a tego przecież nie chcemy. Hydrolat od Senkary nawilżył moją twarz, nie obciążając jej.

Kilka dni temu ponowie wybrałam się na Ekotyki
i kupiłam kolejną buteleczkę.

Podsumowując, polecam Wam ogórkowy hydrolat od Senkary. Może i nie jest najtańszy, ale skuteczny.

Ogólna ocena: 10/10.

 

 
Dlaczego jednym z symboli Edynburga jest terier,
a jakże, szkocki? Jak wypadło kolejne miasto na naszej pizzowej mapie?


Piesek Bobby

Policyjny pies o imieniu Bobby przez 14 lat pełnił straż przy grobie swego ukochanego właściciela. Na szczęście zarządca cmentarza oraz dawni koledzy jego zmarłego pana dbali o wiernego czworonoga, który, nawet jeśli ktoś go przygarnął, wracał na cmentarz.
O dobro Bobby'ego troszczyli się też goście
i właściciel pobliskiej restauracji. Zwierzak codziennie o 130 przybiegał do knajpki na lunch.
W pewnym momencie przerwa obiadowa Bobby'ego stała się atrakcją miasta. Tuż przed pierwszą pod cmentarną bramą zbierał się tłum ludzi, czekających na psiaka.

Mimo sympatii mieszkańców Bobby znalazł się
w niebezpieczeństwie. Z powodu dużej ilości bezpańskich psów i roznoszonych przez nich chorób, władze miasta wydały nakaz wykupienia przez właścicieli drogiej licencji. Psy bez niej miały być złapane i uśpione. Po kilku dniach policjanci zapukali restauracji, do której Bobby przychodził na obiady. Właściciel nie miał pieniędzy, ale postanowił psiaka ratować. Sprawa otarła się o sąd
i nabrała gigantycznego rozgłosu. Ostatecznie uznano, że cmentarz, na którym mieszka Bobby, stanowi grunt miejski, więc licencję opłacił burmistrz. Terier dostał obrożę z napisem "Bobby
z Greyfriars". Tak, tego cmentarza, na którym niby tak straszy.

Bobby odszedł w 1872. Właściciel jego ulubionej restauracji pochował go pod klombem przed wejściem do cmentarnego kościoła. Prawo zabraniało grzebania zwierząt na święconej ziemi, więc nie mógł on spocząć obok swojego pana. Dopiero w 1981 roku, odsłonięto prawdziwą tablicę nagrobną. Oprócz imienia, daty śmierci i wieku psa widnieje na niej napis "Jego lojalność i oddanie powinny być lekcją dla nas wszystkich".
Naturalnych rozmiarów pomnik Bobby'ego stoi na rogu ulicy George IV Bridge.
W Edynburgu kupimy mnóstwo pamiątek z podobizną sympatycznego teriera.
Pizza w Edynburgu

Jaka? Od prawdziwego Włocha, popijana włoskim piwem. Spacerując po mieście, trafiliśmy na plac, na którym znajdowały się niemal tylko pizzerie. Nasz wybór okazał się całkiem niezły. Moje ulubione danie
w Edynburgu smakowało dobrze, choć czułam delikatne różnice, jeśli chodzi o ciasto- było mniej słone. Ogólnie szkocka pizza dostaje okejkę i polecam.


 

 
Kolejna perełka gastronomiczna odkryta w Katowicach.


Kafej to lokal serwujący mega kreatywne propozycje śniadaniowe przez cały dzień. Czego więcej potrzeba osobie, która mogłaby jeść śniadanie na każdy posiłek?!

Karta restauracji mnie zachwyciła i miałam spory problem z wyborem. Finalnie zdecydowałam się na gofra z jajkiem, łososiem, kaparami i sosem.
O matko, jakie to było dobre! Nobla temu, kto odkrył team smakowy: jajko+ łosoś+ kapary+ śmietanowy sos. Do tego przepyszne smoothie szpinakowe.

Na omleta również mieli ciekawy pomysł. Pierwszy raz spotkałam się z chorizo wtopionym w omlecie. Wyszło bardzo smacznie.

Kafej ma nawet spoko obsługę i trochę wad: wysokie ceny (prawie 80 zł za dwa "śniadania", dwa smoothie i kawę to rozbój w Katowicach) oraz tłum ludzi
w środku.

Podsumowując, jedzenie w Kafeju jest pyszne dlatego, od czasu do czasu można na nie wydać majątek. O ile będziemy mieć szczęście i trafimy na wolny stolik.

Ogólna ocena: 8/10.

Adres: Chorzowska 5, Katowice.
 

 
Opcja na wielkiego gołda i dla wielkiego fana piwa.


No i dla ludzi, którym nie przeszkadza hałas i tłum, ponieważ C. K. Browar jest zawsze pełny i gwarny. Wnętrze w piwnicy stylizowane jest na austriacki pub- ponoć, bo ciężko to zauważyć przy takiej liczbie osób.


Na szczęście obsługa jest miła, ceny przystępne
a jedzenie pyszne. Polecam zwłaszcza świetne placki po zbójnicku, które zaspokoją wielki apetyt. Pierogi w C. K. Browar, chociaż mało austriackie, to również są na wysokim poziomie- dobre ciasto i pyszny farsz.
A do picia oczywiści piwo! Zestaw degustacyjny lub cała rynna piwa. A może jedno i drugie, zwłaszcza jeśli jesteście dużą grupą.


Myślę, że C. K. sprawdzi się na piwo i kolacje ze znajomymi, gdy akurat mamy ochotę na typowo barowe klimaty. Takie wyjście ułatwią wieloosobowe stoliki, których w pubie jest pod dostatkiem.
Ogólna ocena: 7/10.
Adres: ul. Podwale 7, Kraków.
 

 
Istnieją takie kosmetyki, które są dla mnie absolutnym must have i które koniecznie muszę mieć w łazience. Jednym z nich jest suchy szampon.





Uważam, że ktoś, kto to wymyślił, powinien dostać Nobla. Zanim odkryłam magiczne działanie suchego szamponu, walczyłam z przetłuszczaniem się grzywki
i włosów na czubku głowy. Czasem w środku dnia wykonywałam mini mycie np. samej grzywki, bo wyglądała koszmarnie. Potem trzeba było ją wysuszyć i wyprostować. Zajmowało to sporo czasu, wymagało dostępu do wody i umywalki oraz posiadania ze sobą szamponu, suszarki i prostownicy. Nawet nie zliczę ile razy, awaryjnie myłam ją mydłem w płynie, suszyłam pod suszarką do rąk "modelując" palcami tak, aby nie sterczała.
A potem przyszło wybawienie, czyli suchy szampon. Działa fenomenalnie. Odświeża włosy i unosi od nasady. Po użyciu wystarczy zetrzeć biały nalot nawet zwykłym papierem toaletowym czy chusteczką higieniczną. Kilka minut i po tłustych włosach nie ma śladu.

Zazwyczaj używam szamponu marki Isana. Działa bardzo dobrze i jest w niskiej cenie. Wypróbowała też Aussie, ale zostawiał grudki i Batiste, którego efekt nie jest tak długotrwały, jak Isany. Polecam jeszcze ten z Herbal Care ze względu na jego wydajność, ale jest droższy niż Isana.
Podsumowując, dziś nie wyobrażam sobie życia bez suchego szamponu.
Suchy szampon Isana: 10/10.
 

 
Teoria, że za pierwszym razem nigdy się nie udaje, sprawdziła się w 100% w przypadku serialu Altered Carbon.


Świat przedstawiony w Altered Carbon to dystopiczne miasto przyszłości o cyber punkowej stylistyce. Ludzie posiedli dar nieśmiertelności dzięki wymianie powłok (ciał) na nowe. Umrzeć mogą jedynie, gdy ich stos, czyli coś w rodzaju karty pamięci ze świadomością zostanie zniszczony. Brzmi dobrze, prawda. Co więc na poszło w 1 sezonie, a co naprawili w 2?

Pierwszy sezon zalał widza mnogością wątków
i zastraszającą ilością postaci w tym drewnianym głównym bohaterem oraz irytującą policjantką Ortegą (serio, czy policjantkę zawsze musi grać latynoska? Przecież latynoskie kobiety wykonują też mnóstwo innych zawodów). Do tego był przesadnie brutalny,
a golizna była wciskana na siłę. Jedyny ciekawy wątek, czyli istnienie obok ludzi sztucznych inteligencji, które z człowiekiem się kumplują lub wręcz przeciwnie został potraktowany dość po łepkach. Moja ulubiona postać, sztuczna inteligencja- Poe będący hotelem o nazwie Kruk
i noszący stroje z epoki (tak, dobrze myślicie, że tu mamy inspiracje Edgarem Allanem Poe) miała zdecydowanie za mało scen.

W drugim sezonie twórcy poprawili błędy. Postaci jest dużo mniej, ich wątki są dograne i mają więcej sensu. Główny bohater dostał nową powłokę, co zaowocowało zatrudnieniem niemal stworzonego do tej roli Anthony'ego Mackie'a. Przemoc jest, bo to
w końcu cyber punk, ale jest jej mniej. Goliznę
i seks mocno ograniczano. Poe otrzymał swój własny wątek, który jest jednym z ważniejszych dla historii. No i pojawiło się więcej sztucznych inteligencji.

No i co teraz? Oglądać czy nie oglądać skoro 1 sezon do dupy, a 2 świetny? Oglądać, ale z myślą, że to, co będziemy widzieć przez kilka pierwszych odcinków to po prostu kiepskie pierwsze wrażenie. Za drugim razem będzie fajnie.
 

 
Podczas jednego z kazimierzowskich tripów piwo-bania- piwo- bania trafiłam na szota to Wiśnióffki i...


No i odkrycie miesiąca! Przepyszne nalewki. Zwłaszcza porzeczkowa i cytrynowa, a ja cytrynówki nie lubię, więc musi być naprawdę dobra. Za zestaw degustacyjny 5 kieliszków zapłacimy 30 zł i przy okazji pogadamy z przesympatyczną barmanką. Jeśli wrzucicie fote na Insta i odpowiednio otagujecie (instrukcja na barze) to macie -50% na następną nalewkę.
Jednakże największym fenomenem Wiśnióffki są stoliki. Podwieszane na łańcuchach, bujające się, drewniane blaty z metalowymi okuciami. Myślę, że grono fanów "50 twarzy Greya" nie pogardziłoby takimi w domu i nie służyłyby im tylko do picia wiśniówki
Podsumowując, gdy będziecie na Kazimierzu wpadnijcie koniecznie do Wiśnióffki na banie przy huśtającym się stole.
Ogólna ocena: 10/10.
Adres: ul. Józefa 5, Kraków
 

 
Gdzie na jednodniową wycieczkę z Krakowa? Do kopalni soli w Bochni.


Do Bochni dojedziemy z Krakowa w około 30 min samochodem lub jednym z licznych busów odjeżdżających z dworca autobusowego. W miejscowości bez problemu odnajdziemy kopalnię, która jest
w miarę nie daleko od centrum.
Bilety kupujemy na konkretną godzinę, ponieważ pod ziemię może zjechać określona liczna turystów. Niestety tanie nie są, ale ja inwestycji nie żałowałam. Obiekt zwiedzamy z przewodnikiem, trwa to około 4 godziny i jest dosyć męczące. Nie ma możliwości indywidualnego zwiedzania ze względów bezpieczeństwa.
Podczas wycieczki dowiadujemy się mnóstwo interesujących faktów o historii kopalni tej zamierzchłej i tej całkiem niedawnej oraz o procesie wydobycia soli. Monolog przewodnika uzupełniają animacje wyświetlane na zamontowanych gdzieniegdzie monitorach, wypowiadają się w nich historyczne postaci związane z kopalnią. Jest to zabieg skierowany głownie do dzieci, nie przeszkadza jednak w odbiorze dorosłym, ponieważ takich przerywników nie ma dużo i są względnie dobrze zrobione.
Najbardziej podobał mi się moment pływania łódka po kopalni oraz jazdy kolejką.
Podczas zwiedzania przewidziana jest przerwa
w robiącej niesamowite wrażenie podziemnej restauracji obok której znajduje się zjeżdżalnia. Skusiłam się na jeden zjazd chociaż wdrapanie się na szczyt po schodach było wyczerpujące.


W sklepie z pamiątkami przy wyjściu możemy zakupić sól z bocheńskiej kopalni.
Podsumowując polecam wybrać się do kopalni soli
w Bochni. Jest to doskonały pomysł na deszczowy weekendowy dzień (pod ziemią nie pada, ale jest dość zimno) dla całych rodzin oraz świetna opcja na zaaranżowanie czasu z gośćmi, którzy Was akurat odwiedzili.
Ogólna ocena: 9/10.
 

 
Będąc w Edynburgu zdecydowaliśmy się na dwie płatne atrakcje: Zamek oraz The Scotch Whisky Experience. Czy warto wydać na nie majątek?


Zamek Królewski


Bezpłatnie zamek można podziwiać z zewnątrz. Wejście do komat kosztuje ponad 100 zł. Uwielbiam zwiedzać zamki, ale ten był pomyłką. Zapłaciłam fortunę żeby zobaczyć puste sale i mało ciekawe wewnętrzne dziedzińce. W komnatach w prawdzie były wystawy związane z historią Szkocji, ale nie porywały.
Uważam, że zamek robi lepsze wrażenie od zewnątrz niż w środku i nie warto przepłacać za bilet.
Ogólna ocena 5/10.






The Scotch Whisky Experience


Jestem tak samo wielka fanką zamków jak i whisky. To zdecydowanie mój ulubiony alkohol dlatego wiedziałam, że koniecznie muszę iść do The Scotch Whisky Experience. Ponownie był to wydatek ponad 100 zł, ale tym razem były to dobrze zainwestowane pieniądze. Podczas zwiedzania dowiadujemy się wiele o historii i sposobie wytwarzania whisky oraz
o tradycyjnych szkockich rodzajach szlachetnego trunku. Po multimedialnej wystawie poruszamy się zajebistym wagonikiem w kształcie beczki, a audio przewodnik wliczony w cenę biletu jest dostępny w języku polskim. Po części muzealnej przychodzi czas na degustacje. Sami wybieramy, którą z whisky próbujemy. O każdej nich słyszymy na wcześniejszych prezentacjach. Kosztujemy dwa rodzaje: wybrany przez nas single malt (wytwarzana w jednej destylarni
z jednego słodu) oraz blended malt (whisky mieszana). Do degustacji dostajemy czekoladkę, a po imprezie szklankę do whisky na pamiątkę (przewiozłam ją samolotem bez problemu). Po zwiedzaniu można skorzystać z oferty tematycznego sklepu, ale ceny zwalają z nóg.



The Scotch Whisky Experience to miejsce dla każdego fana whisky. Nie będziecie się tam nudzić nawet jeśli jesteście już zaznajomieni z produkcją
i rodzajami trunku. Ci, którzy przygodę z whisky rozpoczynają, będą zachwyceni.
Ogólna ocena: 10/10.

 

 
Miało być dobre, a wyszło słabe. Moje dwie serialowe pomyłki i jedna filmowa.


1. "The end of the f *** ing world". Co to do cholery ma być?! Historyjka o dwójce nastolatków, którzy zamiast uciekać z domu przed siebie, powinni wybrać się najdalej na terapię. Ona ma borderline,
a on zadatki na dobrego psychopatę. Serial wprowadza widza w dyskomfort obserwatora, który to według psychologii pojawia się, gdy obserwujemy zachowanie chorobowe.


2. "Torchwood". Jeśli już twórcy decydują się na serial proceduralny (w każdym odcinku nowa zagadka, główna oś fabularna jest tu dodatkiem) to muszą czymś zainteresować widza, aby chciał wracać
w każdym odcinku do tego samego. Tu nie ma nic interesującego. Kryminalne zagadki z zaświatów już niejednokrotnie widzieliśmy i rozwiązywali je mniej irytujący bohaterowie niż Gwen.


3. "Chappie". Niby pomysł spoko, bo grupa bandziorów adoptuje robota. Dobra obsada i zespół Die Antwoord z cała swoją pokręconą estetka wrzucony do produkcji. Coś tu jednak nie zagrało. Film jest miałki, nudny i ma kilka ekstremalnie koszmarnych efektów specjalnych. Najbardziej denerwował mnie jednak wymuszony sentymentalizm. Dev Patel, Hugh Jackman i Sigourney Weaver chyba w ramach przegranego zakładu byli zmuszeni w tym zagrać.


Podsumowując, nie polecam.
 

 
Może i nie lubię filmów Bollywood, ale kuchnię indyjską uwielbiam, szczególnie w wydaniu Masala House.


Naszło nas na indyjskie danie i padło na Masalę. To był strzał w dziesiątkę! Najpierw przepyszna przystawka w postaci panierowanych kalafiorków ze świetnymi sosami. Następnie danie główne. Mój delikatny ser w wyrazistym orzechowym sosie okazał się nie tylko wyśmienity, ale i bardzo sycący. Całość dopełniły chlebki naan: czosnkowy i miętowy. Polecam też interesującą lemoniadę po indyjsku.


Taka kolacja dla dwóch osób, która ledwo zjedliśmy wyniosła nas jedynie około 100 zł. Zostawiliśmy srogi napiwek, ponieważ obsługą była rewelacyjna. Co do wystroju to może nie jest on bardzo wyszukany, ale nie mam wobec niego poważnych zarzutów. Jest kolorowo i przytulnie, miło spędzać czas w takim wnętrzu.

Podsumowując, polecam katowickie Masala House pod każdym względem i chętnie będę tam wracać.

Ogólna ocena 10/10.
 

 
Czyli mówiąc po ludzku hotel i cmentarz.


Old Waverley Hotel
Nasze spanko doczesne rezerwowałam jak zawsze przez booking.com i jestem z niego bardzo zadowolona. Przede wszystkim znajduje się w ścisłym centrum Edynburga i wszędzie można dotrzeć na piechotę. Hotel ma mega wygodne łóżko i przepyszne tradycyjne szkockie śniadanie (takie english breakfast tylko
z kaszanką), miły personel i spoko wystrój. Jedynym minusem był brak przejściówek do gniazdek. Obsługa też nie miała.
Uważam, że hotel spełnił moje oczekiwania i cena była współmierna do jakości. Polecam.
Ogólna ocena 10/10.


Cmentarz Greyfriars Kirkyard

Jestem wielką fanką afrtergrobingu i uwielbiam zwiedzać cmentarze. Edynburg rozpieszczał mnie pod tym względem, bo tam trafimy na całe mnóstwo przepięknych nekropoli.


Greyfriars Kirkyard nie dość, że jest powalająca piękny to jeszcze związanych jest z nim wiele legend. Najbardziej prawdziwa wydaje się ta, że J.K. Rowling szukała tam inspiracji w temacie imion dla postaci z Harry'ego Pottera. Ponoć leży tam Tom Riddle.


Nieco odbiegając od realizmu to mówią, że cmentarz, jest nawiedzony. Straszy tam niejaki Mackenzie, który niegdyś lubił torturować swoich aktualnych cmentarnych sąsiadów, zanim wydał wyrok, w którego winku zasypiali snem wiecznym. W 1691 Mackenzie dołączył do stałych rezydentów Greyfriars Kirkyard. Nie planował aktywnie udzielać się w nowej społeczności, aż do czasu, gdy w 1999 jakiś bezdomny postanowił urządzić sobie noclegownie na trumnie prawnika. Trumna cóż może i porządna, ale po 308 latach miała prawo załamać się pod ciężarem nieproszonego gościa. Bezdomny zaliczył bliskie spotkanie z resztami szczątków Mackenziego i uciekł, krzycząc z przerażenia. Ponoć ten incydent uwolnił ducha złośliwego mecenasa. Duch straszy i sprawia, że odwiedzający cmentarz źle się czują, doznają fizycznych obrażeń i omdlewają. Jak duch ludziom tak ludzie duchowi i w 2004 dwóch nastolatków ukradło czaszkę Mackenziego i grało nią w piłkę na terenie cmentarza.


Na Greyfriars oczywiście byłam, nic mnie nie wystraszyło i zachwycałam się przepięknymi nagrobkami. Ogromne wrażenie zrobiły na mnie zwłaszcza te wbudowane w ściany sąsiadujących
z nekropolią domów.


Podsumowując jeśli tak jak ja lubicie cmentarną turystykę to Edynburg będzie dla Was rajem,
a Greyfriars Kirkyard dopiszcie do listy "must see". Wstęp jest darmowy.
Ogólna ocena; 10/10.