• Wpisów:264
  • Średnio co: 6 dni
  • Ostatni wpis:wczoraj, 18:51
  • Licznik odwiedzin:55 701 / 1671 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
W Bull Pubie siedziałam z prawdziwym bólem: głowy i złamanego serca. Dlaczego? Kac? Nie. Zawód miłosny? Nic podobnego.

Wpis przeznaczony dl osób pełnoletnich


Jeśli już zdecydujecie się na wieczór w Bull Pubie niech Was nie zraża mnóstwo ludzi przed wejściem
i wypełniona po brzegi pierwsza sala- barowa. Zauważyłam, że Anglicy mają kiepską przypadłość pić przed pubem lub na stojąco przy barze utrudniając dopchanie się do niego, aby złożyć zamówienie i tworząc sztuczne wrażenie przepełnionego lokalu. Zapełniona jest tylko pierwsza sala, reszta świeci pustkami.


Ból serca

No właśnie jedna z pozostałych pustych sal to dawny ogródek mojego ukochanego klubu Ministerstwo. Miejsce to darzyłam szczególnym uczuciem, ponieważ to tam poznałam miłość mojego życia. Dziś już nie ma śladu po najlepszym krakowskim ogródku, jakim był ten należący do popularnego niegdyś Mini. Aby nie pogłębiać mego cierpienia usiadłyśmy z Guinnessami w sali obok- przystosowanej do pomieszczenia sporej liczby gości i urządzonej w pubowym klimacie, lecz schludnie. Cena piwa- standardowe dla Guinnessa 15 zł, co bardzo mnie cieszyło, ponieważ spodziewałam się podwyższonego kosztu ze względu na zagraniczną klientelę.


Ból głowy

Tak jak wspomniałam, usiadłyśmy popijając piwko i… i musiałyśmy do siebie krzyczeć. Nieszczęśliwy traf chciał, że było karaoke. Na dodatek wieczór kawalerski jakiegoś angielskiego turysty. Niektórzy obywatele Zjednoczonego Królestwa odwiedzający Kraków zupełnie odbiegają od mojego wyobrażenia dystyngowanego lorda. Są głośni
i najczęściej pijani. Tacy właśnie panowie śpiewali na karaoke w Bull Pubie. Nawet świetna obsługa pomimo wszelkich starań miała problem, aby usłyszeć, co mówią klienci.
Na szczęście kawalerski szybko zmienił lokal
i nastała cisza w mikrofonie.


Podsumowując, jeśli chcecie poczuć klimat pubu Wysp Brytyjskich i napić się dobrego Guinessa wybierzcie Bull Pub, tylko pamiętajcie, że możecie doznać lekkiego szoku kulturowego

Ogólna ocena 8/10

 

 
Moja pierwsza i na pewno nie ostatnia wizyta
w Zamościu


Wreszcie udało mi się dotrzeć to tego pięknego miasta, tylko na kilka godzin, ale zawsze coś.
Już niemal od pierwszych kroków Zamość mnie zachwycił, szczególnie XVI- wieczny Rynek Wielki
z ślicznymi, kolorowymi kamieniczkami oraz niesamowitym Ratuszem, którego niewątpliwą ozdobą są białe schody.


Punktem, na zwiedzanie, którego poświęciliśmy sporo czasu było Muzeum Zamojskie mieszczące się w XVII- wiecznych kamienicach ormiańskich na Rynku Wielkim.
Oglądać było, co, ponieważ zbiory muzeum są naprawdę imponujące. Znajdują się w nim przedmioty
z dziedziny sztuki ludowej, rzemiosła, numizmatyki, stare druki i pamiątki historyczne a na wystawie zatytułowanej “Zamojszczyzna w pradziejach wczesnym średniowieczu” możemy podziwiać mnóstwo znalezisk geologicznych i archeologicznych.






Muzeum pokazuje historię miasta i regionu od lokacji Zamościa w 1580 r. po czasy współczesne, opierając się o dzieła sztuki i rzemiosła artystycznego, dokumenty archiwalne oraz fotogramy. Na szczególną uwagę zasługuje akt lokacyjny miasta, który również możemy zobaczyć w placówce.






Po Muzeum Zamojskim zostało nam już niewiele czasu, ale zdążyliśmy jeszcze zwiedzić Muzeum Barwy i Oręża „Arsenał” utworzone w zabytkowym budynku dawnego arsenału. Podziwiać tam można ogromny zbiór militariów oraz przedmiotów, które zgodnie z misją placówki mają służyć dokumentowaniu losów wojennych miasta i regionu. Musimy być jednak przygotowani na troszkę wygórowana, moim zdaniem, cenę wstępu.




Jedyne, co mnie totalnie rozczarowało to Pałac Zamoyskich. Dlaczego? Ponieważ obecnie mieści się
w nim sąd i nie jest on udostępniony dla turystów. Jak można tak zmarnować potencjał zabytku?!


Wyjeżdżając z Zamościa miałam niedosyt. Chciałabym zwiedzić i zobaczyć więcej. Te wszystkie małe galerie, inne muzea no i pozostałe Rynki, ponieważ Zamość ma ich kilka. Koniecznie muszę tam wrócić
i Wam również polecam wycieczkę do Zamościa.
Ogólna ocena:
Muzeum Zamojskie: 10/10
Arsenał: 9/10

 

 
Kocham croissanty Gdy wreszcie pojadę do Francji będę je jadła tonami. Póki, co przyjemny lokalik na ulicy Krupniczej oferuje mi krakowską wariacje na temat paryskich rogalików. Musiałam spróbować.


No to spróbowałam i jestem zachwycona. Rogaliki są miękkie
i delikatnie maślane. Ciasto francuskie, z którego zostały wykonane jest mniej kruche niż zazwyczaj, ale to dobrze, ponieważ ułatwia to zjedzenie kanapkowego croissanta.


Nowa odsłona klasycznych rogalików polega właśnie na ich zawartości i tym, że przypominają one kanapki. Czegoś takiego jeszcze nie było. Początkowo myślałam, że to nie ma sensu, bo, po co urozmaicać
w ten sposób coś, co jest pyszne samo w sobie. Zmieniłam zdanie po pierwszym gryzie croissanta, po lwowsku. Perfekcyjnie dobrane składniki, między innymi sałata, pomidor, jajko sadzone doskonale komponowały się ze sobą i z rogalikiem dając przyjemny, słodko- słony smak.


Jadłam też croissanta po krakowsku, ale ten nie zrobił takiego wrażenia. Brakowało mu “tego czegoś”, tego składnika, który powala na kolana. Na deser bardziej klasycznie, czyli wyśmienity i rozpływający się w ustach croissant z kremem i suszonymi śliwkami. Cudowny!

Kawiarnia jest bardzo duża, bo aż dwa poziomy, więc miejsca dla dużej grupy wielbicieli wariacji na temat francuskich rogali nie zabraknie. Urządzona minimalistycznie i stylowo z industrialnymi akcentami przełamanymi drewnem oraz trzymającym się mocno od kilku sezonów trendem na gołą cegłę na ścianie.


Obowiązuje połowiczna samoobsługa tzn. sami zamawiamy przy barze i od razu płacimy, ale posiłek do stolika przynosi już kelnerka.


Ceny rogalików wahają się między około 9 a 20 zł, przy czym ostrzegam, że jednym raczej się nie najemy, dwoma już tak.

Podsumowując Grand Croissants to obowiązkowe miejsce dla miłośników Paryża i Krakowa. Lokal łączy w sobie smaki francuskie i polskie oraz doskonale sprawdzi się na śniadanie lub podwieczorek w gronie znajomych.

Ogólna ocena 10/10.
 

 
W ciągu ostatnich dwóch tygodni miałam przyjemność zostać ambasadorką i testować jogurty Zott Primo.


Muszę przyznać, że zakup jogurtów był nie lada wyzwaniem, ponieważ z około 17 sklepów, które odwiedziłam w poszukiwaniu wskazanych produktów były one dostępne jedynie w kilku. Dodatkowo udało mi się upolować tylko niektóre z przewidzianych typów: jogurt naturalny gęsty, jogurt naturalny słodzony miodem, jogurt naturalny bez laktozy oraz jogurt naturalny bez laktozy do picia.


Jogurt naturalny gęsty, posiada faktycznie bardzo gęsta konsystencje, tu nazwa nie kłamie. Idealnie sprawdzi się, więc do zup.
Smakowym strzałem w dziesiątkę był dla mnie jogurt naturalny słodzony miodem. Jest pyszny! Proste, lecz niespotykane dotąd połączenie miodu i jogurtu okazało się być rewelacyjne. Jak widać proste rozwiązania są najlepsze. Jogurtami naturalnymi słodzonymi modem poczęstowałam moje koleżanki oraz kolegów z pracy i wszyscy z miejsca zostali fanami tego smaku.


Dla osób z nietolerancją laktozy Zott Primo przygotowało specjalne jogurty pozbawione znienawidzonego składnika. Ja, co prawda nietolerancji nie mam, ale uwielbiam smak tych jogurtów. Doskonale komponowały się z płatkami żytnimi, truskawkami i nasionami chia. Taki śniadaniowy zestaw dawał mi energię na cały dzień. W razie gdybym jednak poczuła spadek energii, miałam pod ręką pitny jogurt. Dzięki praktycznemu opakowaniu, które zapobiega wylaniu, mogłam go zabrać wszędzie.





Podsumowując zdecydowanie polecam Wam jogurty Zott Primo, w szczególności te bez laktozy oraz słodzony miodem. Podpowiem, że można je dostać
w Żabce i w FreshMarket. Osobiście pewnie sięgnę po nie jeszcze wielokrotnie również z uwagi na przystępna cenę.
Ogólna ocena 10/10.

 

 
W jednym z wpisów zachwycałam się olsztyńską plażą miejską nad jeziorem Ukiel. Minął rok od naszego pobytu w tym mieście, a ja dalej uważam to miejsce za jedno z najpiękniejszych, jakie widziałam. Co jeszcze podobało mi się na plaży? Czy wszystko
w Olsztynie zasługuje na medal?


Plankton
Jeśli plaża to oczywiście leżaczki i drineczki
z palemką oraz przybrzeżny bar jak z amerykańskich filmów.
Plankton sprawdza się tu idealnie. Ma stylowe
i ładnie urządzone wnętrze, hipsterskie leżaki zrobione z palet oraz wysokie ceny.
Jedynie mój drink z palemką był tak naprawdę… piwem ze słomką. I to piwem Specjał, które pierwszy raz widziałam w wersji lanej właśnie na plaży miejskiej w Olsztynie.
Jeśli plaża to oczywiście leżaczki i drineczki
z palemką oraz przybrzeżny bar jak z amerykańskich filmów.
Plankton sprawdza się tu idealnie. Ma stylowe
i ładnie urządzone wnętrze, hipsterskie leżaki zrobione z palet oraz wysokie ceny.
Jedynie mój drink z palemką był tak naprawdę… piwem ze słomką. I to piwem Specjał, które pierwszy raz widziałam w wersji lanej właśnie na plaży miejskiej w Olsztynie.




Muszę przyznać, że jestem zachwycona Planktonem
i gdybym nie mieszkała na drugim końcu Polski byłabym tam z pewnością stałym klientem. Atmosfera pozwalała mi się poczuć jak bohaterka serialu 90210 (kontynuacji kultowego Beverly Hills 90210), który uwielbiam.




Podsumowując Plankton to byłby perfekcyjny plażowy bar, gdyby nie te ceny.
Ogólna ocena 9/10.

Villa Pallas


rzez ten cały czas doświadczania wspaniałości Olsztyna musieliśmy gdzieś mieszkać.
Padło na hotel Villa Pallas oddalony około 10-15 minut spacerem od centrum i kilka przystanków od dworca PKP. Jedynie wejście do hotelu ciężko było znaleźć.
Dobre położenie generowało dość wysoką cenę, ale jakoś to przeboleliśmy.









Co prawda po wystroju pokoi oczekiwałam więcej niż późnych lat 90 i wczesnych 2000… Ogólnie powodów do narzekania raczej nie było. Dobry room serwis
i śniadania na wysokim poziomie z bardzo rozbudowanym szwedzkim stołem. Jadalnia wprawdzie jest troszkę nieustawna i lepiej nadaje się na wesela niż hotelowe śniadania, ale ich smak to rekompensował.







Dziwna i troszkę nieprzyjemna sytuacja miała miejsce zaraz przed naszym wyjazdem. Podczas wymeldowania
w pokoju, w którym spaliśmy włączył się alarm przeciwpożarowy. Pani z recepcji nie wyglądała na przekonaną, że to nie nasza wina, ale nie miała innego wyjścia jak tylko nam uwierzyć.
Podsumowując, niby wszystko spoko, ale pojawiła się parę rys na wizerunku Villa Pallas.
Ogólna ocena 7/10.


To już ostatni wpis z wspomnieniami z magicznego Olszyna. Czy wszystko mnie zachwyciło? Niemal wszystko, z drobnym wyjątkiem opisanym wyżej, który zły nie jest, ale na kolana mnie nie rzucił.


Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś uda mi się odwiedzić Olsztyn i pójść do tych wszystkich knajp, do których nie miałam okazji.
 

 
Czasem gdy robię zakupy i prowadzę intensywne poszukiwania wymarzonej sukienki/ butów/ torebki/ lakieru do paznokci/ prezentu dla bliskiej osoby (niepotrzebne skreślić) opadam z sił. Wtedy ratują mnie kawiarnie w centrach handlowych. Niektóre są spoko, a inne należy omijać szerokim łukiem. Jak jest z Loża Cafe?


Podczas wspomnianych wyżej zakupowych łowów wybrałam się na kawę do Loży. Pierwsze co mnie pozytywnie zaskoczyło to o dziwo kameralna atmosfera. Wydaje się to niemożliwe na najbardziej zatłoczonym piętrze najczęściej odwiedzanej galerii handlowej w mieście. A jednak, siedząc w stylowej Loży na wygodnych miękkich sofach możemy nieco się wyciszyć i naładować baterię przed dalszymi zakupami.




Odpoczywałam popijając pyszną i dużą cafe latte z syropem orzechowym podaną przez bardzo miły personel. Syrop był tak słodki, że z powodzeniem mogłam zrezygnować z cukru, co bardzo mnie bardzo cieszyło. Niestety za taką przyjemność się płaci, ale wysokie ceny to norma w kawiarniach w Galerii Krakowskiej.


Podsumowując Loża Cafe dobrze sprawdzi się jako przystanek w szale zakupów lub jako miejscówka na ploty z przyjaciółką gdy do odjazdu pociągu zostało jeszcze sporo czasu.
Ogólna ocena 9/10.
 

 
Kilka razy pisałam Wam już, że uwielbiam Rzeszów. Dobrze czuje się w tym mieście, ponieważ nie jest tak zatłoczone jak Kraków i posiada dużą ilość ciekawych knajp.


Prawie zawsze, gdy jestem w Rzeszowie idziemy na lody Byliśmy już kilka razy u Myszki i we Fragoli. Przyszedł czas na coś nowego i trafiliśmy do Rzeszowskiej Manufaktury.
To właściwie tylko budka z lodami i miłymi paniami… ale, z jakimi pysznymi lodami. Skusiłam się na polecony przez znajomą słony karmel, który choć dobry przegrywał z genialnym smakiem bezy z maliną. W niecodziennej ofercie można było znaleźć też lody San Escobar o smaku czekolady i rumu, które również polecam.




Z lodami w dłoni spacerowaliśmy po słonecznym Rzeszowie odkrywając jego cudowne zakątki, na przykład studnie z żabim posążkiem. Całowałam, ale żaba nie zmieniła się ani w księcia, ani w księżniczkę. Według jednej z legend czarownik zamienił złą księżniczkę w ropuchę, za co został wtrącony do lochu i tam umarł. Księżniczka długo błąkała się po mokradłach wydając żabi dźwięk “rzesz”, a echo odpowiadało jej: “uw”. Zrozpaczony król w końcu znalazł innego maga, który zdołał odczynić zły urok. Odmieniona księżniczka w ramach wdzięczności osuszyła mokradła i założyła na nich miasto- Rzeszów.




Nasz spacer dobiegł końca na ulicy Adama Mickiewicza w Muzeum Dobranocek. Bilet kosztuje jedyne 7 zł, a w niewielkim obiekcie możemy podziwiać duży zbiór gadżetów związanych z dawnymi dobranockami, takimi jak: Kot Filemon, Jacek i Agatka, Smerfy, Muminki, Bolek i Lolek, Reksio, Krecik, Miś Uszatek i wiele innych. Oprócz tego w muzeum znajdują się rękopisy scenariuszy odcinków, oryginalne kukiełki i foliogramy wykorzystywane do produkcji wspomnianych bajek.






Za każdym razem odkrywam nowe, magiczne miejsca Rzeszowa i Wam również polecam spacery po tym urokliwym mieście, lody z Rzeszowskiej Manufaktury oraz miłe wspomnienie dzieciństwa w Muzeum Dobranocek.
Ogólne ocena:
Rzeszowska Manufaktura Lodów: 8/10

Muzeum Dobranocek: 7/10.



  • awatar st.anger: W Lublinie jadłam lody o smaku San Escobar:)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
O co chodzi? O dwie krakowskie kawiarnie: Ciszę
i Spokój na ulicy Brackiej. Ciszę zamknięto, Spokój działa nadal.


Kiedyś, gdy nie było miejsca w jednej kawiarni od razu szło się do drugiej.




Co nas spotka w Spokoju? No na pewno nie cisza
i spokój Miejsce tętni życiem i jest bardzo popularne. Zapewne ze względu na swój hipsterski klimat tworzony przez już nieco zniszczone meble a’la lata 80 i psychodeliczne wzory na ścianach. Mnie ta estetyka nie do końca przekonuje, ale też nie odstrasza. Obsługa wygląda równie hipstersko, ale jest w porządku.








Kolejnym powodem, dla którego studenci tłumnie odwiedzają Spokój są niskie ceny i szeroka oferta. Napijemy się zarówno piwa, herbaty jak i kakao. Muszę przyznać, że z wyżej wymienionych herbata zasługuje na szczególne uznanie. Był słodka sama
w sobie i miała przyjemny aromat dymu.


Podsumowując w Ciszy już nie posiedzimy, ale Spokój pozostał i warto tam zawitać.
Na pożegnanie Ciszy mam dla Was kilka zdjęć tego lokalu.




Ogólna ocena: 6/10.







  • awatar Ruda Grażka: @st.anger: Całkiem możliwe :)
  • awatar st.anger: Hmmm chyba poznaję tę antresolę. Czy tam przypadkiem nie było kiedyś takiego rockowego w stylu baru, Czarcie koło czy jakoś tak?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Podróżuje głównie z moim ukochanym. Nie należymy do turbo romantycznych osób, ale czasem decydujemy się na wizytę w miejscach, których nie powstydziliby się bohaterowie niejednego filmu o miłości.


Po mało romantycznym spacerku po bunkrach przyszedł czas na ciacho i herbatkę w urokliwej Lavendzie. Kawiarnia wyróżniała się już na pierwszy rzut oka. Dbałość o szczegóły w wystroju. Dużo fioletu (w końcu to kolor kwiatu lawendy), secesyjne stoliczki, miękkie kanapy, fototapety z rozległymi lawendowymi polami. Takiego wystroju nie powstydziłaby się kawiarnia w centrum Krakowa a co dopiero lokal usytuowany wśród żeglarskich tawern (które uwielbiam) i reliktów PRL-u.




Ceny niezwykle przyjazne dla portfela, personel jest miły, ale dość długo przyszło nam czekać na kelnerkę.
Gdy już podała nam menu byliśmy zachwyceni i mieliśmy ochotę spróbować wszystkiego. Wybór padł na rozgrzewające aromatyczne herbaty podane w uroczych czajniczkach. Piliśmy Białą Damę: biała herbata, kwiat pomarańczy, rodzynki, ananas, Mate, guarana, mango, catuaba, dziewanna. Okazała się ona prawdziwą eksplozją najlepszych smaków. To zdecydowanie najsmaczniejsza herbata, jaką w życiu piłam. Jako drugą zamówiliśmy Lawendową herbatę zieloną z kwiatami lawendy czarnym bzem i czarną porzeczką, która choć trochę mniej spektakularna nie ustępowała w smaku poprzedniczce.
Do tego ogromne kawałki przepysznego ciasta, które rozpływało się w ustach i smakowało pysznie do ostatniego kęsa.


Podsumowując Lavenda jest prawdziwą perłą Giżycka, szczególnie, jeśli chodzi o herbaty. Zachęcam wszystkie pary odwiedzające to miasteczko, aby wybrały się na randkę do tej kawiarni.
Ogólna ocena: 9/10.

 

 
WPIS PRZEZNACZONY DLA OSÓB PEŁNOLETNICH

Czy taki zaginiony to ja nie wiem, ale na pewno trudny do znalezienia. Dlaczego?


Co jest trudnego w odnalezieniu pubu Zaginiony Świat? Lokalizacja. Bar mieści się przy ul. Batorego, ale szyld jest niewielki i wisi nad innym klubem. Aby trafić do właściwego lokalu należy wejść na podwórko, przejść całe i zejść schodkami w dół. No, jesteśmy na miejscu
i dokonaliśmy prawdziwego odkrycia… archeologicznego.


Dlaczego akurat archeologicznego? Przecież we wnętrzu są czerwone sofy i stary motor (który robi za kolejne miejsce do siedzenia- super!). Na pierwszy rzut oka pub niewiele ma wspólnego
z archeologią, prócz nazwy. Jednakże, gdy przyjrzymy się dekoracjom na ścianach zobaczymy zdjęcia
i gadżety wprost z wykopalisk. Gdyby zamienić te sofy na coś bardziej klimatycznego czulibyśmy się jak filmie o przygodach Indiany Jonesa.




W zaginionym świecie przyjaźni barmani sprzedadzą nam ciekawe smaki piwa: nie polecam Ataku Chmielu- jak sama nazwa wskazuje bardzo chmielowe, za bardzo. Za to uwielbiam Fortuny: wiśniową, śliwkową
i mirabelkę.
Do tego ceny prostych drinków z cyklu wódka + soft są bardzo przyjazne dla portfela, ponieważ taki trunek kosztuje jedyne 8 zł.


Ponadto uwielbiam organizować imprezy w Zaginionym Świecie. Miejsce jest mało znane, więc nie ma tłumów i spokojnie można się bawić w gronie znajomych oraz dostawiać kolejne stoliki, gdy gości przybywa.

Podsumowując polecam Zaginiony Świat na piwo
z przyjaciółmi bez okazji oraz na większą imprezę
z różnych okazji.
Ogólna ocena 8/10.
 

 
Byłoby mi dużo łatwiej ocenić tę kawiarnię gdybym nie kojarzyła tej nazwy z Nowym Jorkiem. Skąd pomysł na taką nazwę?


No właśnie, skąd? TriBeCa to część dolnego Manhattanu. Wiedząc to spodziewałabym się wystroju nawiązującego do tej dzielnicy Nowego Jorku. Nie dopatrzyłam się go. Kawiarnia jest urządzona poprawnie, ładnie i kolorowo. Do dyspozycji mamy wygodne, modne, kolorowe krzesła i sofy, w których przyjemnie spędza się czas popołudniami i rozsmakowuje w ofercie Tribeci.


Kawiarnia ma mnóstwo ciekawych propozycji w menu jak na przykład koktajle piwne czy wyśmienita miętowa kawa mrożona.


Cafe latte wypadła troszkę gorzej od wspomnianej wyżej poprzedniczki ze względu na zbyt intensywnie przebijający się smak cynamonu. Za to Tort Tribeca wyborny


No i przepyszne ciasta. Szczególnie sernik Oreo,
w którym faktycznie można poczuć smak popularnych ciasteczek. No
i rozpływający się w ustach sernik z malinami
i białą czekoladą. To połączenie jest perfekcyjne. Jeśli jesteście fanami mocno czekoladowego brownie, Tribeca będzie dobrym adresem.


Niestety wszystkie te pyszności kosztują sporo. Kawiarnia ma ceny wybiegające ponad średnią, za to obsługa raczej trzyma się średniego poziomu.


Ciekawostką jest, że kawiarnie Tribeca w Krakowie znajdują się przy muzeach lub galeriach. Moim zdaniem to świetny pomysł, ponieważ często po zwiedzaniu mam ochotę na kawę lub deser.

Podsumowując, genialne smaki rekompensują mi braki
w wystroju. Polecam Tribece na kulturalną randkę. Najpierw muzeum, a potem pyszny sernik Oreo
i miętowa mrożona kawa. Tylko przygotujcie się na dość wysoki rachunek.
Ogólna ocena 7/10.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 

Moja miłość do Olsztyna trwa nieprzerwanie. To miasto niemal na każdym kroku dostarczało mi atrakcji podsycających moje uczucia. A to chór śpiewający “Upiora w operze” wieczorem na rynku,
a to grajkowie robiący mini festiwal na pożegnanie lata w jednej z bocznych uliczek, a to zachwycające muzeum, a to pyszne lody Kroczek.


Muzeum Warmii i Mazur mieści się na zamku
w Olsztynie. Mój Luby był zachwycony, że zaliczymy dwie atrakcje za jednym razem Wstęp kosztuje słuszne pieniądze, a eksponaty są warte zobaczenia.






Szczególnie spodobały mi się pamiątki po Mikołaju Koperniku, który przecież był związany z tym miastem w równym stopniu, co z Toruniem ze względu na piastowanie stanowiska kanonika warmińskiego oraz kanclerza kapituły warmińskiej. Duże wrażenie zrobiły na mnie jego rękopisy.


Po zapoznaniu się z ekspozycją polecam wizytę na wieży, skąd możemy podziwiać niezwykle urokliwą panoramę olsztyńskiej starówki.


Księżniczki na wieży też można spotkać


Po ukulturalnianiu się na zamku przyszedł czas na lody. W końcu turystyka gastronomiczna to moja ulubiona
Wybraliśmy lodziarnie Kroczek.




To był przypadek, który zaowocował jednym z dwóch smacznych sorbetów, jakie w życiu jadłam- sorbetem pietruszkowym.


Nie dość, że smak odjechane to jeszcze świetnie zrobione lody, które nie zamrażają mózgu po każdym kęsie, co jest ogólną wadą sorbetów. Cena całkiem spoko, obsługa również, miejsca do siedzenia
w lokalu nie było, ale to nic, ponieważ i tak woleliśmy pospacerować.


Podsumowując polecam zarówno muzeum na zamku
w Olsztynie jak i lody. Oba miejsce dostarczą Wam atrakcji, których jeszcze nie mieliście okazji zobaczyć czy spróbować
Ogólna ocena:
Muzeum Warmii i Mazur 9/10
Lody Kroczek 10/10

 

 
Jak zwiedzanie, pływanie i wakacyjna aktywność to i głód Gdzie iść w Giżycku, gdy po wszystkich spacerach i atrakcjach zgłodniejemy?


Przewodniki polecają wiele miejsc. Z wszystkich rekomendacji wybraliśmy dwa: Bar Omega i Tawernę Siwa Czapla. Oto jak wypadły:
Bar Omega
To miejsce ma specyficzny klimat, jak sama nazwa wskazuje- barowy. Pomimo tego jest niezwykle popularne. W momencie, gdy przyszliśmy wszystkie stoliki były zajęte i cudem załapaliśmy się na jeden, który właśnie się zwolnił.
Aby zamówić trzeba było odstać swoje w długiej kolejce. Przynajmniej mogliśmy się spokojnie zastanowić, jakie danie wybrać, aby podczas składania zamówienia dowiedzieć się od pani
w podomce i siateczce na głowie, że się skończyło Szybka zmiana decyzji i równie szybko wydane posiłki. Po takiej formie spodziewaliśmy się cen niskich jak w standardowym barze. Zdziwiliśmy się, bo nasz obiad kosztował tyle samo ile w dobrej restauracji na krakowskim Rynku Głównym
z kelnerem, który jest na każde nasze skinienie.
Przynajmniej smak potraw była adekwatny do ceny. Pstrąg zamówiony przez mojego Lubego rozpływał się w ustach i zachwycał doborem przypraw.




Moja zupa rybna (którą jadłam pierwszy raz
w życiu) od razu skradła mi serce. Wyrazisty smak i mój ulubiony sposób doprawiania sprawiły, że stała się moją faworytką wśród zup.


Na drugie danie wzięłam pyzy z mięsem. Spodziewałam się rozlazłych klusek bez smaku,
a dostałam pyszne, sycące pyzy o konkretnym smaku z dużą ilością mięsa.


Kropką nad “i” okazało się regionalne piwo Rybak. Wyśmienite! Bardzo delikatne i orzeźwiające. Od tego czasu szukam go w każdym sklepie, ale nigdzie nie znalazłam

Tawerna Siwa Czapla


To lokal o zupełnie innym charakterze niż Bar Omega. Nie mamy tu do czynienia z samoobsługą, kelnerki są bardzo miłe, dużo miejsca w tym przepiękny ogródek. Podobieństwo widać jedynie pod względem cen- wysokie.


Wydawać by się mogło, że Siwa Czapla wypadnie lepiej, ale niestety filet rybny, który zamówiłam szału nie zrobił. Był smaczny, dobrze przyrządzony, delikatny, ale bez fajerwerków. Frytki również.


Podsumowując w Giżycku jest gdzie dobrze zjeść. Miasto ma do zaoferowania pyszną mazurską kuchnię, której możemy posmakować w wielu miejscach, jednakże musimy być przygotowani na wydanie trochę grosza. Osobiście polecam i Siwą Czaplę i Bar Omega, z tym, że ten drugi lokal odrobinę bardziej ze względu na piwo Rybak.
Ogólna ocena:
Bar Omega: 7/10
Tawerna Siwa Czapla 7/10
FB:https://www.facebook.com/omegagizycko/
https://www.facebook.com/SiwaCzapla/
WEB:http://baromega.pl
http://siwaczapla.pl
 

 
O naszych corocznych wyprawach pod namiot do Polańczyka pisałam już wielokrotnie. Jeżdżę tam
z moim ukochanym już od 6 lat. Tegoroczny wyjazd był jednak zupełnie inny.



Każdego roku pakowaliśmy torby, namiot, śpiwór
i materac i wyruszaliśmy to tej urokliwej miejscowości nad Soliną. Zwykle jechaliśmy
z przyjaciółmi, a wyprawy te zweryfikowały już kilka naszych znajomości. Przyjaźnie się rozpadały
i umacniały właśnie na wakacjach w Polańczyku.


W tym roku pojechaliśmy wcześniej niż zazwyczaj.
W czerwcu wykorzystaliśmy długi weekend na wycieczkę. Wahaliśmy się czy nie wybrać się ze znajomymi na żagle na Solinę, aż w końcu okazało się, że miejsce na łódce było tylko jedno, więc sprawa się rozwiązała.
Obsesyjnie sprawdzaliśmy prognozę pogody przed wyjazdem. Miny nam zrzedły, gdy zobaczyliśmy mniej niż 10 stopni nocami. Pomimo to pojechaliśmy. Wiedzieliśmy, że ze względu na ogromną ilość wesel
i wieczorów panieńsko-kawalerskich wszystkie pozostałe wakacyjne weekendy mamy zajęte. To była jedyna okazja. Zabraliśmy grube śpiwory i mieliśmy nadzieję, że nie będzie tak zimno.



Wyjazd- nieogar

Na miejscu okazało się, że zapomnieliśmy naszego dmuchanego materaca, co skutkowałoby spaniem na ziemi w namiocie. Karimaty, które oferowali znajomi z łódek niewiele by tu pomogły. Jak się później okazało zapomnieliśmy jeszcze parę innych rzeczy, ale to nie było już istotne. Ponadto nie udało się nam pożyczyć samochodu, więc widoków na ruszenie się poza Polańczyk nie było. Tak samo jak na kąpiele, bo woda w Solinie (http://gdzietuwyjsckrakow.pinger.pl/m/27596686) była mega zimna.



Nowości

Początkowo szukaliśmy miejsca na polu namiotowym. Jakie wielkie było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że pole namiotowe “U Wiktora”(http://gdzietuwyjsckrakow.pinger.pl/m/22268170), na którym nocowaliśmy przez ostatnie 5 lat zostało zamknięte. Może to dobrze, bo z roku na rok było coraz gorzej. Na innym polu zaraz obok dowiedzieliśmy się, że Pan już nie przyjmuje namiotów, bo przekwalifikował się na drewniane domki. Uderzyliśmy na pole po drugiej stronie. Tam zastaliśmy przemiłą
i bardzo uczynną właścicielkę, która dała nam solidna zniżkę na… domek. Tak, pierwszy raz w życiu w Polańczyku spaliśmy w domku. Burżujstwo po promocyjnej cenie. Było chłodno, ale zapewne nie aż tak jak w namiocie no i nie musieliśmy martwić się nocnymi burzami, prądem i czystością prysznica. Miła Pani wyposażyła nasz domek w takie rarytasy jak lodówka i czajnik elektryczny





Pijańczyk - Polańczyk

Na tym nie koniec nowego. Oczywiście tradycyjnie zjedliśmy pstrąga (http://gdzietuwyjsckrakow.pinger.pl/m/24464081)
i najpyszniejsze na świecie mrożone frytki,


pływaliśmy rowerkiem wodnym,


byliśmy w centrum, grillowaliśmy i graliśmy w bilard na przystani Unitra.
Z powodu braku samochodu postanowiliśmy dokładnie zwiedzić Polańczyk. Długo spacerowaliśmy żółtym szlakiem, który czasem znajdowaliśmy, a czasem gubiliśmy.


Odwiedziliśmy też kościół w Polańczyku, bynajmniej nie na modlitwy, ale z racji bycia fanami architektury sakralnej.


W ostatni dzień dołączyli do nas znajomi z łódek
i pojechaliśmy zwiedzić zaporę w Solinie od wewnątrz. Nie mam zdjęć, ponieważ jest to obiekt
o charakterze strategicznym i fotografowanie było zabronione.
Brzmi jak normalne wakacyjne zwiedzanie. Pewnie byłoby takim, gdyby nie fakt, że do tej pory Polańczyk był dla nas miejscem gdzie wypiliśmy hektolitry piwa i o dziwo budziliśmy się następnego dnia bez kaca. Jedna, wielka, kilkudniowa impreza
w plenerze pod namiotem i z grillem. Jednym słowem: Pijańczyk.



Sezon, którego nie ma

Pierwszy raz tak wcześnie zawitaliśmy do Polańczyka. Okazało się, że w dniach 15-18 czerwca sezon się jeszcze nie rozpoczął. Budki z pamiątkami były zamknięte, potańcówki na Unitrze się jeszcze nie rozpoczęły, a mała gastronomia nie otworzyła. Najbardziej żałowaliśmy jednak, że budka z pizzą robioną przez pana, który wygląda jakby dopiero
z więzienia wyszedł była nieczynna. W tym roku nie zjedliśmy naszej tradycyjnej polańczykowej pizzy.



Przez cały pobyt wspominaliśmy nasze ekscesy z lat poprzednich. Towarzyszyła temu przyjemna nostalgia
i uśmiechy. Szczególnie, gdy rozpoznaliśmy miejsca naszych mocno zakrapianych imprez. Czy żałujemy, że w tym roku było inaczej? Nie Jesteśmy już starsi, skończyliśmy studia i nie żyjemy wieczną imprezą. Nie oznacza to, że nasze wakacje w Polańczyku już zawsze będą tak wyglądać. W przyszłym roku planujemy połączyć oba style wypoczynku. Czy się uda? Zobaczymy

  • awatar BipolarBear: Nasuwa się tylko złota myśl, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Zakochałam się w Mazurach. Chcemy tam wrócić własnymi czterema kółkami i jeździć od jednej urokliwej miejscowości do drugiej, od jednego pięknego jeziora do drugiego.
Jednak zanim to nastąpi, opowiem Wam, dlaczego polubiłam Giżycko oraz gdzie warto się zatrzymać, a gdzie pójść na spacer.


Apart Hotel Giżycko


Hotel położony jest w dobrej lokalizacji. W samym centrum oraz niedaleko od dworca PKP i PKS. Do plażę przy jeziorze Niegocin idzie się spacerowym tempem około 10 minut.
Obsługa hotelu była niezwykle miła i sumiennie wykonywała swoją pracę> Każdego dnia mieliśmy dobrze posprzątany pokój i uzupełnione braki
w kosmetykach czy bieliźnie hotelowej.
Wystrój przypadł mi do gustu: minimalistyczny, nowoczesny i praktyczny. Odpowiednia ilość gniazdek elektrycznych i turbo miękkie łóżko.




Jednakże najbardziej zakochałam się w prysznicu. Deszczownica, odpływ liniowy i ułożenie na całej ścianie łazienki to jest to, czego zapragnęłam
w swoim mieszkaniu.




Biorąc pod uwagę, że hotel nie był tani dziwi mnie niska, jakość śniadań. Po pierwsze trzeba było na nie przejść do całkowicie innego budynku- restauracji oddalonej o kilkaset metrów. Po drugie za taką cenę spodziewałam się większego wyboru
i mniejszego ścisku.


Pomimo minusów polecam Apart Hotel Giżycko dla osób chcących spędzić w tym uroczym miasteczku kilka dni.
No właśnie, co do uroków Giżycka to jest ich sporo.
Miasteczko jest idealne do zwiedzenia w jeden, góra dwa dni licząc pobyt nad jeziorem i rejs statkiem.
Polecam spacer uliczkami miasta i podziwianie takich atrakcji turystycznych jak mieszczący się
w samym centrum Kościół Ewangelicki


oraz Wieża Ciśnień, na której znajduje się punkt widokowy i muzeum.


Spacerując (lub jadąc rowerem) po Giżycku można dojść na Wzgórze św. Brunona. Wybraliśmy się tam pierwszego dnia, gdy akurat padało, ale wierzę, że widok ze wzgórza na Niegocin musi być naprawdę piękny bez tej mgły.




Uznaliśmy, że skoro jesteśmy w okolicy to przejdziemy się od razu do Twierdzy Boyen. To nie był dobry pomysł. Po pierwsze to wcale nie było “w okolicy”, po drugie piękne ścieżki spacerowo- rowerowe właśnie się skończyły i mieliśmy do wyboru tuptanie ruchliwą drogą bez pobocza lub lasem. Wybraliśmy las. Jakieś nikłe ścieżki tam były, ale niewiele dawały i zgubiliśmy się kilka razy. Cud, że nie złapaliśmy kleszczy. Do bardzo długim spacerze dotarliśmy do Twierdzy.


Fort został wzniesiony na przełomie 1843 i 1855 roku. Przez pewien okres czasu stanowił główny punkt obrony Prus Wschodnich. Twierdza Boyen znakomicie wywiązywała się ze swojej funkcji podczas I wojny światowej, zdobyta została
w trakcie II wojny światowej przez wojska III Frontu Białoruskiego, z tym, że podczas jej oddania nie padł ani jeden strzał. Teren Twierdzy Boyen zajmuje około 100ha.


Obiekt niewątpliwie zainteresuje osoby lubiące zwiedzać stare fortyfikacje i pasjonujące się wojenna historią. Osobiście pierwszy raz zwiedzałam jakąkolwiek twierdzę i było to dość interesujące, przynajmniej na początku. Fort oferuje trzy trasy dla zwiedzających. Zdecydowaliśmy się na tą średniej długości. Myślę, że najkrótsza wystarczyłaby w zupełności, ponieważ większość bunkrów niczym się nie wyróżniała, część była w renowacji, a inna część zdecydowanie tej renowacji potrzebuje.


Najbardziej podobała mi się hala ze starymi powozami, pewnie, dlatego, że jako jedyna miała jakąś zawartość. Na szczęście bilety do Twierdzy Boyen nie są drogie, więc warto było zainwestować w zwiedzanie. Są bunkry i było zajebiście


Jak łatwo się domyślić wróciliśmy do naszego pięknego hotelu turbo zmęczeni i po kolana ubłoceni.


Podsumowując, Giżycko to głównie jezioro, spacery i bunkry. Może nie brzmi to jak przygoda życia, ale jest warte zobaczenia. Zdecydowanie polecam.


Ogólna ocena Apart Hotel Giżycko 8/10.
 

 
Zwykle krakowskie restauracje oferują degustacje raz na określony czas. Obowiązują zapisy, trzeba zapłacić za bilet, zarezerwować miejsca. W Podgórskim Salonie Degustacyjnym jest inaczej.


Tam zestawy degustacyjne są stałą pozycją w menu, którą możemy zamówić w każdej chwili. To innowacyjne rozwiązanie, z którym nigdy wcześniej się nie spotkałam i które zapewnia restauracji spore obłożenie.

Moja wyprawa do Podgórskiego Salonu Degustacyjnego miała związek z All In Card. Wygrałam u nich voucher na 20 zł do PSD. Dzięki niemu za kolację zapłaciliśmy jedyne trzydzieści- kilka złotych.
Lokal zrobił na mnie dobre wrażenie. W miarę dobra obsługa (która zapomniała o mojej zniżce i musiałam się o nią upomnieć). Elegancki wystrój, którego mocnym akcentem są zdjęcia starego Podgórza. Bardzo dobrze, że sposób, w jaki urządzona jest restauracja współgra z nazwą. Podobały mi się również lampy- duże żarówki nad stolikami. Ponadto pizze oferowane przez PSD nazwane są od miejsc/ rzeczy charakterystycznych dla Podgórza. Świetny pomysł!


Zamówiliśmy pizzę Magistrat, która pomimo wyszukanej nazwy smakowała dość zwyczajnie, co jednak nie oznacza, że źle. Do tego zapiekany makaron Tagiatelle Al Tartufo z kurczakiem, borowikami, truflami, mozzarellą i sosem śmietanowym.
Pierwszy raz zdarzyło mi się nie dojeść dania. Nie, dlatego, że było za duże. Ani nawet nie, dlatego, że było nie dobre. Było pyszne, a wyraziste smaki grzybów, sera, kurczaka i makaronu pięknie się ze sobą mieszały. Jednakże po połowie porcji smakowało mi coraz mniej i czułam tylko glutowaty smak grzybów, które podchodziły mi z powrotem do gardła. Nie chciałam psuć sobie dobrego pierwszego wrażenia, jakie zrobiła potrawa i zjadłam jedynie ¾.
Do picia przydała się orzeźwiająca lemoniada.


Podsumowując, zdecydowanie polecam Podgórski Salon Degustacyjny na wieczór z przyjaciółmi, podczas którego sprawdzicie ich menu degustacyjne.
Ogólna ocena 7/10
FB: https://www.facebook.com/PodgorskiSalonDegustacyjny/
https://www.facebook.com/AllInCardpl/
Web: http://www.salondegustacyjny.pl
 

 
Jakoś tak się dziwnie złożyło, że przez ostatnie 4 lata Złoty Kłos był zawsze w pobliżu miejsca mojego zamieszkania. Może nie był bardzo blisko, ale daleko też nie. Jednakże zawsze było mi tam jakoś nie po drodze.


Do czasu, aż pod koniec czerwca wracałam z ostatniego egzaminu z prawa administracyjnego
i przechodziłam ulica Długą. Uznałam, że aby znowu świętować zakończenie egzaminów (po studiach zachciało mi się jeszcze dokształcać w prawno-administracyjnych tematach) zjem drugie śniadanie
w piekarni Złoty Kłos.

Piekarnia jest typowym sklepem. Nie ma tam nawet miejsca, aby postawić stoliczek i krzesła. Nie ma też takiej potrzeby. Kupujemy wypieki u miłej pani
i zjadamy je w domu.


Na drugie śniadanie zakupiłam dwie słodkie plecionki. Bardzo miękkie z słodziutkim i pachnącym cukrem środkiem oraz niewielką ilością chrupiącej kruszonki. Dobrze komponowały się z truskawkami Skusiłam się również na dwie grahamki, które zachowały idealną świeżość aż do kolacji. Całość zakupów nie wiele mnie kosztowała.


Podsumowując, Złoty Kłos jest bardzo smaczną opcją. Ale czy specjalnie chciałabym iść po ich smakołyki dalej niż mam do pozostałych czterech piekarni? Nie koniecznie, no chyba, że to, co mam pod nosem już mi się znudzi. Jeśli kiedykolwiek zamieszkam bliżej tej piekarni na pewno będę tam częstym klientem.
Ogólna ocena 7/10.
FB: https://www.facebook.com/zlotyklos/
Web: http://www.zlotyklos.com.pl

  • awatar SandraRu: Bardzo lubię tą piekarnię! Muszę przyznać, że u nas we Wrocławiu mało jest tak dobrych piekarni jak w Krakowie. Trochę się nią zainspirowałam bo z koleżanką postanowiłyśmy założyć spółkę i też otworzyć piekarnię! Niestey znamy się na pieczeniu, ale na papierach już średnio. Na szczęście istnieją takie firmy jak http://spolka.org/ które sprzedają gotowe spółki, także mam nadzieję, że niedługo już też będziemy wypiekać takie cuda :)
  • awatar Find Your Soul: Kraków to piękne miasto...Niestety byłam tam tylko raz :(
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
To, że postawiłam sobie za cel spróbować wszystkich krakowskich lodów to już wiemy. Good Lood zachwalają wszyscy na każdym kroku. Co te lody mają w sobie?


Przed napisaniem tego wpisu musiałam wybrać się do Good Lood aż dwa razy, żeby dobrze posmakować ich wyrobów
Jak już wspomniałam w tytule to obecnie najpopularniejsza krakowska lodziarnia. Dlatego przed zakupem lodów należy odstać swoje w mega długiej kolejce.


Gdy już się naczekałem mogłam spróbować intrygującej śmietanki ze Skały oraz przesłodkiej krówki ciągutki. Czy różnica między śmietanką ze Skały a zwykłymi lodami śmietankowymi jest wyczuwalna? O dziwo tak. Myślałam, że będzie smakowała identycznie, ale w Good Lood’owej śmietance nie ma śladu posmaku chemii czy konserwantów. Jest delikatna i słodka jak prawdziwa wiejska śmietanka.


Przy następnej wizycie wróciłam do krówki ciągutki, w której się zakochałam i dobrałam do niej truskawkową Margaritę- wegański sorbet. Ogólnie nie lubię sorbetów, ale uwielbiam Margaritę, więc się skusiłam. Nie pożałowałam! Sorbet z Good Lood nie przeszywał zimnem przy każdym kęsie i nie smakował jak woda (większość sorbetów zapewniła mi właśnie takie doznania), był słodki i zalatywał dobrze zrobioną Margaritą.


Obsługa w lodziarni odznacza się anielska cierpliwością, skoro pomimo tylu klientów panie dalej są miłe. Ceny Good Lood oferuje dość przystępne.
Teoretycznie stoliczki, aby zjeść lody na miejscu są. W praktyce siedzenie przy nich oznacza ciągłe poczucie osaczenia i oczy wszystkich osób stojących w kolejce zwrócone na nas,
w momencie gdy akurat brudzimy się lodem. Polecam, zatem spacer po okolicy, na przykład po Kazimierzu, gdy zdecydujemy się na Good Lood na Placu Wolnica.
Podsumowując, Good Lood to pozycja obowiązkowa na mapie każdego lodomaniaka będącego w Krakowie.
Ogólna ocena: 10/10
FB: https://www.facebook.com/LoodIsGood/
Web: http://www.goodlood.com
  • awatar tica: Ja jadłam karmel z solą też bardzo dobre, ale jednak nic nie przebije tych ze Starowiślnej :)
  • awatar st.anger: Oj,spróbowałabym tych o smaku Margarity.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
W sumie to ani nie jogurt, ani nie lody, tylko mrożony jogurt. Pewnie większość z Was w dzieciństwie robiła lody z "Danonków". Pamiętacie ten smak przesadnie zmrożonej śmietany z wodą? Zapomnijcie o nim. Feel the Chill to nie to.


Te jogurtu mrożone są pyszne. Prawdziwie kremowe
z delikatnym jogurtowym posmakiem, który nie dominuje a nadaje niepowtarzalności.
Oprócz "lodo-jogurtu" mamy do wyboru mnóstwo różnych posypek i dodatków. Nie mogłam sobie odpuścić moich ukochanym M&M.


Cały proces wygląda w ten sposób: od przeciętnie miłej Pani dostajemy kubeczek i sami nakładamy masz deser. Następnie oddajemy pojemniczek Pani
z obsługi, która go waży. Płacimy. I tu pojawia się problem, bo gdyby nie voucher na 10zł od All in Card mój mały deserek kosztowałby aż 16 zł. To zdzierstwo i pomimo, że jogurt mrożony smakuje dobrze nie jest warty takiej ceny.





Minusem jest też gakeriana lokalizacja. Stoliki
i krzesła na wyspie w korytarzu Galerii Kazimierz nie sprzyjają rozkoszowaniu się smakiem deseru.


Podsumowując, myślę że raz można sobie pozwolić na takie szaleństwo i przepłacić za mrożony jogurt
w Feel the Chill, aby poznać jego cudowny smak.

Ogólna ocena 6/10.
 

 
Jestem pewna, że ta nazwa nie jest przypadkowa
i mam na to kilka mocnych argumentów.


Przystanek Burger mieści się nigdzie indziej jak nieopodal przystanku Plac Inwalidów. Myślę, że ta lokalizacja miała spory wpływ na nazwę burgerowni.
Wpływ mógł mieć również fakt, że lokal jest malutki, a upchnięte gdzie się da stoliki nie zachęcają do siedzenia. Szczególnie te z przodu
z widokiem na troszkę obskurne podwórko. Dlatego “przystanek” jest tu słowem kluczem. Wysiadasz na Inwalidów, czekając na przesiadkę przystajesz w burger barze, kupujesz na wynos i jedziesz dalej.


Może wystrojem nie jestem zachwycona, ale burgery są spoko. Wzięłam Spinaci Burger i bardzo mi smakował. Byłby perfekcyjny gdyby nie stanowczo za duża ilość rukoli.


Ogromnym plusem Przystanku oprócz pozytywnej obsługi, jest opcja darmowej wymiany bułki na ciemną, oraz dodatkowego sosu. Ponadto burger wołowy lub z kurczakiem kosztują tyle samo. Takie pomysły mój portfel chwali. Poza tym ceny są przystępne, a kanapką najemy się do syta.

Podsumowując, czekając na autobus na Placu Inwalidów kupcie obiad w Przystanku Burger.

Ogólna ocena 7/10.
 

 
Ostatnio mam fazę na chodzenie do barów mlecznych, stołówek i innych jadłodajni, które chwalą się, że serwują tanią domową kuchnię. Co z tego wynikło?


Gdy stanie się przed wejściem Kuchnia Polska raczej nie zachęca. Metalowe krzesła i ceraty na okrągłych stolikach. Widok jak z prowincjonalnego baru w latach 90- tych. W środku lodówki z potrawami, które pomimo dziwności tego pomysłu wyglądają całkiem apetycznie.


Zdecydowałam się na pierogi ruskie w cenie 10 zł za sporą porcje. Szczerze mówiąc dupy nie urwały… Niektóre były rozgotowane, ciasto za miękkie i zdecydowanie za duża ilość cebuli w środku. Zjadliwe, ale więcej nie zamówiłabym ich.


Panie, które tam pracowały były dość ciekawym zjawiskiem, bo chyba bawiły się w dobrego i złego gline względem klientów. A właśnie, co do klientów, to dopiero był pawilon osobliwości: od eleganckich panów w garniakach po ulicznych żuli. W przypadku tych ostatnich zachowanie obsługi mogłoby być uzasadnione, ale ja przecież jak żul nie wyglądam.


Podsumowując, Kuchnia Polska jest dość dziwnym miejscem i w sumie nie wiem, komu mogłabym je polecić… Z jednej strony nie widzę powodu do wystawienia złej recenzji, a z drugiej wszystko było nie tak.
Ogólna ocena 2/10.
  • awatar Tęczowe marzenia ♥: Hmm obsługa powinna raczej dobrze się zachowywać... Mi też się nie podoba ten lokal ( oczywiście z wyglądu no bo nie byłam tam ) :).
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Dla niektórych lato to słońce, urlop, woda, czasem góry. Moim pierwszym skojarzeniem są lody, bo nigdy nie smakują tak dobrze jak w lecie.



W sumie to jem lody o każdej porze roku, ale nigdy nie czerpię z tego takiej przyjemności jak latem. Porcja (duża) pysznych lodów w łapce i spacer skąpanymi w promieniach słońca uliczkami krakowskiego Starego Miasta, to jest właśnie TO.


Podczas jednego z podobnych spacerów trafiłam na lodziarnie na ulicy św. Tomasza. Bez jakiejś specjalnej nazwy, po prostu pod szyldem “Lody”. Kiedyś w tym samym miejscu był chiński fast food.
Muszę powiedzieć, że niepozornie wyglądający lokal podbił moje serce. To były zdecydowanie najlepsze lody, jakie do tej pory jadłam. Aż ślinka cieknie mi na wspomnienie cudownie mlecznej Kinder Czekolady oraz słodko- gorzkiej kawy z białą czekoladą.


Wszystkie smaki mają tam równie niespotykane, co te próbowane przeze mnie. Ceny przystępne, obsługa miła, kolejka jak stąd do wieczności
i raczej prowizoryczne miejsca do siedzenia wewnątrz lodowego przybytku. Czyli idealna opcja na spacer.


Podsumowując, koniecznie musicie tego lata spróbować Lodów z ulicy św. Tomasza. One są po prostu obłędne i myślę, że umilą mi nie jeden ciepły letni dzionek.
Ogólna ocena 10/10.
  • awatar Ch!c G!rl: aż ślinka cieknie, smaczności!
  • awatar Yoasiczka: ale smaka narobiłaś tymi lodami :-)
  • awatar RainbowxD: Te lody musiały być przepyszne! :) U mnie w mieście ostatnio otworzyli też fajną lodziarnię i również można tam spotkać nietypowe smaki, co zawsze jest ciekawym urozmaiceniem :D.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Jedno z najbardziej kulturalnych, edukacyjnych
i hipsterskich miejsc na krakowskiej mapie knajpianej.


Za co lubię Pauze?
Głównie za ciekawe eventy, które się tam odbywają. Można posłuchać porad jak rozwijać swoją firmę
w social media, zobaczyć alternatywny dokument, posłuchać ciekawej dyskusji lub wykładów grupy KrakWhiteHat, które sama organizuje.
Pauza jest jednym z krakowskich centrów kultury
i informacji. W bogatym kalendarzu wydarzeń każdy znajdzie coś dla siebie.
To wszystko w designersko i modnie urządzonym wnętrzu z mega wygodnymi fotelami- poduchami.




Miła obsługa zaoferuje nam standardowe kawiarniane propozycje: ciekawe sypane herbatki, kawę, piwo
i przepyszne wino grzane. A jeśli zgłodniejemy przyrządzą coś na ząb.
Ceny raczej spoko: herbata 7-8 zł.


Podsumowując, Pauza in Garden= interesujący event przy dobrej herbacie w wygodnym fotelu.
Ogólna ocena: 7/10.

  • awatar Hachie: Wygląda bardzo interesująco, jak będę w Krakowie i wyrobię się w czasie to z chęcią tam się udam! :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Gdy pytają mnie gdzie jest największa kolejka po pączki i inne drożdżówki odpowiadam, że u Michałka na Krupniczej.


Co właściwie takiego niezwykłego ma Michałek? Smak. Ich wypieki są genialne. I nie tylko flagowa, przepyszna drożdżówka ze słodką różą o której słyszał cały Kraków. Urzekła mnie również mięciutka i rozpływająca się w ustach maślana bułeczka idealna do domowego dżemu od mojej “teściowej”. Niestety te łakocie są niewielkich rozmiarów dlatego radzę kupić od razu dwie sztuki. Nie zbankrutujemy bo ceny Michałek ma przystępne.




Michałek nie ma za to miłej obsługi ani miejsca do konsumpcji, które zachęcałoby do pozostania w cukierni. Kosz na śmieci grający tam główną rolę raczej odstrasza.
No ale ten smak rekompensuje wszystko


Podsumowując, po drodze z przystanku Teatr Bagatela, idąc do pracy, szkoły lub na uczelnie kupcie sobie drugie śniadanie u Michałka.
Ogólna ocena 8/10.