• Wpisów:284
  • Średnio co: 6 dni
  • Ostatni wpis:2 dni temu
  • Licznik odwiedzin:56 318 / 1730 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Ogólnie uwielbiam jedzenie. Mięsne czy bezmięsne - wszystko jedno. Aktualnie panuje moda na vege,
a tego typu knajpy rosną jak grzyby po deszczu, również w Krakowie. Postanowiłam zobaczyć, co ma do zaoferowania jedna z nich- Veganic.


Wybrałam się tam na kolację z przyjaciółką. Miejsce znajduje się w najpopularniejszej krakowskiej lokalizacji, czyli w starej fabryce papierosów na ulicy Dolnych Młynów. Aby nie odstawać od ogólnej konwencji wyglądu całego kompleksu wystrój Veganic ma industrialne elementy urozmaicone mnóstwem zieleni i warzywnych elementów. To miły dodatek do forsownych teraz wszędzie urbanistycznych trendów wnętrzarskich, które zaczynają mnie już trochę nudzić.


Obsługę mogę ocenić, jako trochę nierozgarniętą. Najpierw dostałyśmy angielskie karty, pomimo, że mówiliśmy po polsku. Na szczęście, gdy poprosiłyśmy o polskie dostarczono nam je, ale niestety na raty. Po posiłku nie mogłyśmy się doczekać na kelnera, aby poprosić o rachunek. Przy czym ruch w restauracji wcale nie był duży.

Duże natomiast były ceny. Dwa dania i dwa koktajle kosztowały aż 79 zł. Gdybyśmy, chociaż były syte, to rozumiem taką cenę, ale to była bardzo leciutka kolacja.
Zamówiliśmy dwa zielone koktajle: ze szpinaku
i natki pietruszki. Bardziej przypadł mi do gustu pietruszkowy ze względu na orzeźwiającą nutę.
Gulasz z ciecierzycy z wędzoną papryką, cukinią, pomidorem i bakłażanem w cieście był umiarkowanie pikantny, co bardzo mi się podobało. Ciecierzyca nadawała mu niebanalnego smaku, a bakłażan w cieście, jako dodatek sprawił, że danie wyglądało intrygująco.
Gnocchi w wegańskim sosie serowym z jarmużem, rukolą i pieczoną papryką było wprawdzie bardziej gumowate od tradycyjnego, ale również dobre. Pewnie za sprawą wegańskiego parmezanu, który był dla mnie nowym doznaniem smakowym.


Podsumowując, jest drogo, ale bardzo smacznie. Veganic to miejsce dla osób, które mają wystarczająco dużo pieniędzy, aby podążać za aktualnymi trendami. Osobiście chyba poszukam vege knajpki z cenami bardziej na moją kieszeń i
z porcjami na mój apetyt.
Ogólna ocena 7/10.
 

 
Postanowiłam opisać jeden dzień z mojego życia, ale nie będzie to zwykły dzień, ponieważ był on pełen wrażeń. Mój kalendarz zawsze pęka w szwach, ale w czwartek 26 października był wyjątkowo napięty.
Zrecenzuje Wam dwa wydarzenia, w których uczestniczyłam tego dnia.

Konferencja Automatyzacja - przyspieszamy Twoją pracę


Zostałam oddelegowana z pracy na konferencje odbywająca się w Kinie Kijów z. Ze względu na moje pracownicze obowiązki interesowały mnie trzy wykłady dotyczące Małopolskich Bonów Rozwojowych, Bazy Usług Rozwojowych i certyfikatu MUSES. Osobiście szczególną uwagę zwróciłam na prelekcje Daniela Habury “ Automatyzacja marketingu: jak dotrzeć do miliona odbiorców w 10 minut”. Nawet nie spodziewałam się, że to wystąpienie okaże się tak ciekawe. Prelegent mówił o sile mikroilfluencerów, czyli osób, które nie mają tysięcy obserwatorów na Instagramie lub na blogu, a z którymi warto jest podejmować współpracę. Im większą ilość mikroinfluencerów zaangażujemy w kampanię tym szybciej dotrzemy do większej ilości osób.
Krótko mówiąc, mam tę moc, bo jestem mikroinfluencerem!
Pozostałe wykłady dotyczące automatyzacji były nudne. Jedyne, co jeszcze można uznać za duży plus tej darmowej konferencji to gadżety, które uczestnicy dostali od organizatora oraz przerwa kawowa z poczęstunkiem. Nie ukrywam, że to właśnie na kawę i drożdżówki liczyłam najbardziej

Otwarcie VIP galerii handlowej Serenada

Miałam przyjemność uczestniczyć w vipowskim, przedpremierowym otwarciu centrum handlowego Serenada. Dostałam podwójne zaproszenie i razem z moja przyjaciółką- Karo ruszyliśmy odkrywać nowe sklepy.
Dosłownie nowe, ponieważ do tej pory nigdzie w Krakowie nie było Forever 21 i New Look’a.


Całe wydarzenie było świetnie zorganizowane. Zaproszeni gości mogli do woli korzystać z kateringu pełnego uroczych, pysznych, małych przekąsek (najbardziej smakowały mi te z kaczki i mini babeczki) oraz szampana, wina i napojów bezalkoholowych. W takt buszowania po sklepach przygrywał no żywo Zakopower, a na korytarzach parę razy mijałam LittleMoonster96.




Najważniejsze, czyli sklepy.
Większość przygotowała dla vipów rabaty z okazji otwarcia galerii. Te, które tego nie zrobiły po prostu zignorowałam. Rozczarowałam się Forever21. Nie było żadnej zniżki, a ceny kosmiczne.


Wiedziałam, że kupię coś w Sinsay. Polowałam, co prawda na kolekcje Harry’ego Potter’a, ale jeszcze jej nie mieli. Rabat -20% (w zamian za wystawienie i otagowanie zdjęcia na Instagramie) przekonał mnie do zakupu piżamy, która kosztowała tylko około 32 zł. Wahałam się między tą a taką z jednorożcami, ale uznałam, że skoro mój ukochany również ma piżamę z Garfieldem to będziemy słodko razem wyglądać w podobnych. To mnie do niej ostatecznie przekonało.


Biorąc pod uwagę, że jednymi z aktualnych trendów są kopertowe, zakładane sukienki oraz welur chciałam kupić coś wpisującego się w ten nurt. New Look przyszedł mi z pomocą i znalazłam prawdziwe 3 w 1. Welurowa, kopertowa sukienka w modnym zielonym kolorze. Po rabacie 20% kosztowała niecałe 96 zł. Niby trochę dużo, ale to New Look no i wyjątkowa okazja, więc stwierdziłam, że się szarpnę. Będzie o kilka kaw ze Starbucksa mniej w tym miesiącu.


Na koniec weszłam jeszcze do Rossmana. Kupiłam dwie totalne nowości. Podkład Lovley HD i tusz maskujący odrosty z L’Oreal. Zapłaciłam około 44 zł, czyli dużo biorąc pod uwagę, że to tylko dwie rzeczy. Jeszcze nie wiem czy zdały egzamin, ponieważ są w fazie testów. Jako bonus dostałam gazetkę Skarb z mnóstwem próbek kosmetyków.


Podsumowując był to bardzo udany i pełen wrażeń dzień, a w szczególności wieczór. Myślę, że gdy jeszcze kiedyś nadarzy mi się okazja pójść na konferencje lub vipowskie otwarcie centrum handlowego to na pewno z niej skorzystam.

 

 
Jesień sprzyja odwiedzaniu różnego rodzaju barów i pubów. Na ogródki jest już za zimno, ale jeszcze nie pizga złem do tego stopnia, aby nie chciało się człowiekowi z domu wychodzić. Dlatego ostatnio sporo czasu spędzam ze znajomymi w tego typu knajpach i podzielę się z Wami, tym gdzie warto pójść.


WPIS PRZEZNACZONY DLA OSÓB PEŁNOLETNICH

Popularność Dolnych Młynów 10 nie słabnie. Dalej jest to najgorszy krakowski adres, przy którym codziennie od śniadania do rozchodniaczka odbywa się festiwal hipsterstwa.

Pomimo mojego ambiwalentnego stosunku do wszystkiego, co hipsterskie jestem przekonana, że lubię Weźże Krafta. Pod warunkiem, że nie jest zatłoczone, co zdarza się głównie w weekendy.

Mają naprawdę świetne piwa rzemieślnicze, ogromny wybór prawdziwych rarytasów. Chcemy spróbować wszystkich i… i możemy. W Weźże Krafta sprzedają piwo w trzech rozmiarach: na kieliszki- raczej tylko do degustacji, na szklaneczki i kufle. Wybierając średni rozmiar możemy posmakować kilku typów podczas każdego pobytu, przy czym nasz portfel nie będzie doszczętnie zrujnowany.


Obsługa jest miła i chętnie pomaga w wyborze browarka. Wystrój… cóż… Dopasowany do całego klimatu podwórka starej fabryki papierosów. Industrialny, minimalistyczny, raczej surowy, ale ma w sobie to coś, co sprawia, że przyjemnie spędza się tam czas. Może to za sprawą kanap, które może nie wyglądają na wygodne, ale takie są.


Podsumowując, w barową pogodę polecam wybrać się ze znajomymi na rzemieślnicze piwka do Weźże Krafta. Najlepiej w środku tygodnia, bo wtedy jest największe prawdopodobieństwo wolnych miejsc.
Ogólna ocena 8/10.
 

 
Gdy pierwszy raz byłam w Wiedniu spacerowałam ogrodami Belwederu. Potem w filmie “Niebezpieczna metoda” widziałam jak Freud i Jung przechadzają się tymi samymi alejkami. Zapamiętałam to miejsce, jako piękny ogród mający w sobie coś magicznego. Nie planowałam tam wracać, ale…


Podczas poszukiwania informacji o atrakcjach turystycznych Wiednia dowiedziałam się, że
w galerii Górny Belweder mieści się obraz “Pocałunek” Gustawa Klimta, jedno
z najwybitniejszych secesyjnych dzieł. Od razu dopisałam powrót do Belwederu do planu wycieczki.


Belweder to kompleks dwóch barokowych pałaców (Górny i Dolny Belweder) oddzielonych ogrodem
w stylu francuskim ozdobionym posągami sfinksów. Wejście do ogrodu jest darmowe.


Górny Belweder

Wstęp do galerii kosztuje 20 euro. My z racji wykupionych wcześniej Vienna Pass weszliśmy za darmo. W czasach cesarstwa astro- węgierskiego urządzano tu bankiety i już wtedy przechowywano dzieła sztuki należące do rodziny cesarskiej.
Na niższych piętrach muzeum prezentowany jest zbiór dzieł o tematyce sakralnej.


Oprócz eksponatów warto zwrócić uwagę również na… sufity, a dokładnie widniejące na nich ogromne malowidła.


Kuratorzy wystawy przeprowadzają nas przez całą galerię stopniując zachwyt. Podziwiamy obrazy Claude Moneta


i Vincenta van Gogha


By na końcu zaserwować nam wisienkę na torcie
w postaci ciemnej sali z jaśniejącym po środku “Pocałunkiem” Gustawa Klimta. Każdy przystawał, aby zrobić sobie zdjęcie obok. Ja też mam Oczywiście z moim Lubym podczas pocałunku.


Paradoksalnie jednak nie “Pocałunek” zrobił na mnie największe wrażenie tylko “Napoleon przekraczający przełęcz świętego Bernarda” namalowany przez mojego ulubionego malarza, kontrowersyjnego Jacques'a-Louisa Davida. Jego historia jest dość zawiła i pełna niegodziwości, ale jedno trzeba mu przyznać- umiał odnaleźć się
w każdej sytuacji. Potrafił dostosować się do otaczającej rzeczywistości, często zmieniał front i wiedział, z kim się przyjaźnić. Jednocześnie nie miał skrupułów, aby porzucić starych druhów. Jego obrazy w pełni oddają tą zmienność, głównie na gruncie politycznym.


Po niezwykłych doznaniach w galerii sztuki przyszedł czas na krótki spacer po moich ukochanych ogrodach. Przy następnej wizycie
w Wiedniu może uda mi się odwiedzić Dolny Belweder.


Pizza po wiedeńsku

W każdym miejscu, które odwiedzamy jemy pizzę.
W ten sposób kolekcjonujemy jej smaki.
Niedaleko domu Freuda (który niestety był już zamknięty, gdy tam dotarliśmy. Kolejne marzenie do mojej listy) znaleźliśmy ładnie wyglądającą pizzerię.

Wystrój restauracji przypadł mi do gustu. Umiarkowanie elegancki, przytulny z nienachlanymi włoskimi akcentami. Kelner już mniej mi się podobał i nie chodzi tu o wygląd. Początkowo mówił po niemiecku, ale gdy w sali pojawił się właściciel nagle przypomniał sobie angielski. Domeną wiedeńskiej obsługi jest, bycie raczej szorstkim dla klienta. Po kilku dniach już się do tego przyzwyczaiłam.


Zamówiliśmy dwie pizze oraz dwa piwa. Byliśmy epicko głodni i uznaliśmy, że jedną na spółkę się nie najemy. Za taki zestaw zapłaciliśmy około 20 euro, co okazało się najtańszym obiadem, jaki jedliśmy w Wiedniu.
Na czym polegała wyjątkowość tej pizzy? Cienkie, bardzo dobre ciasto, odpowiednio przyprawiona
z interesującymi połączeniami składników. Brzmi dobrze, ale nie wyróżnia się specjalnie. Otóż pierwszy raz dostałam pizzę, która W OGÓLE nie była pokrojona. Myślałam, że to błąd, ale po innych zamówieniach widziałam, że to najwyraźniej tradycja lokalu. Tak samo jak podanie na pizzy niedrylowanych oliwek i ogromnej ilości anchois. Dania były mega słone, ale też przepyszne
i niezwykle sycące. Do tego stopnia, że nie dojadłam swojej, a to zdarza mi się rzadko.
W sumie teraz jak o tym myślę to mogli zrezygnować z paru kawałków anchois.


Podsumowując zwiedzanie Górnego Belwederu
i ogrodów to moim zdaniem kolejny obowiązkowy punkt pobytu w Wiedniu. A pizzerię… cóż polecam tym, którzy poszukują niecodziennych doznań
i lubią słone dania.
Ogólna ocena
Ogrody Belwederu i Górny Belweder 10/10
Pizzeria 7/10

 

 
Muszę znaleźć nową pizzerię. Ostatnio byłam w Cyklopie i strasznie się popsuł. Nie respektuje już kart zniżkowych, nie podają już startera,
a pizza jest mniejsza niż była. Poszukiwania nowej pizzeri zaczęłam od Italiano Bar.


Wiem już, że tam mojego faworyta nie znalazłam. Zdziwiło mnie, że lokal pękał w szwach w czwartek wieczór, a niemal wszystkie wolne stoliki były zarezerwowane. Załapaliśmy się na jeden dwuosobowy na środku sali.
Wystrój raczej marny. Niby spoko, ale odrobinę przesycony dekoracjami, przez co trochę przytłaczający. No i mnóstwo elementów, które
w ogóle nie powinny znajdować się w sali dla gości jak np. lodówka albo jakiś balon (z którego ucieka powietrze) na dekoracyjnym kielichu koktajlowym.


Obsługa raczej na średnim poziomie i bez jednolitych uniformów. Z realizacją naszego też się nie popisali. Po pierwsze herbata to skandal. Za mocno wygórowaną cenę 9 zł dostaliśmy zwykłą sklepowa Dilmah w kubku (po cenie oczekiwałam czajniczka), w którym było za mało wody. Rozbój
w biały dzień. Pizza stanowiła równie wysokie, co jej koszt, rozczarowanie. Zamówiłam cztery pory roku, ponieważ pomysł kawałków, z których każdy zawiera inny składnik wydał mi się ciekawy. Mój chłopak postawił, na capriciose. O ile dodatki
i sos był ok, to ciasto tragiczne. Suche i twarde, pokaleczyło mi podniebienie, dziąsła i kąciki ust. Brzegi pizzy były stanowczo za szerokie, co chyba świadczy o oszczędzaniu na składnikach. Rozmiar pizzy- dla jednej osoby. Cena pizzy- dla dwóch osób.


Podsumowując Italiano Bar cenami aspiruje do lokalu z wyższej półki, niestety wszystko, co ma do zaoferowania niweczy te starania. Nie polecam tej restauracji i raczej już tam nie pójdę. Nie rozumiem skąd taka popularność tego miejsca.
Ogólna ocena: 1/10
Adres: Kraków ul. Sienna
 

 


Jak zawsze zaczęłam zwiedzanie nowego miasta od przeczytani przewodnika i od spaceru.

Przewodnik wydawnictwa DuMont

W drodze do Wiednia przeczytałam cały przewodnik po tym mieście. Publikacja nie wywarła na mnie pozytywnego wrażenia. W mojej ocenie przewodnik napisany jest mało ciekawie, zwiera tylko powierzchowne informacje. Do tego podczas zwiedzania miasta okazał się totalnie niefunkcjonalny. Jedynym jego plusem była dołączona mapa. Jednak, gdy staliśmy przed jakimś zabytkiem i próbowaliśmy znaleźć informacje, co to za budynek lub pomnik trwało to bardzo długo lub nie udawało się wcale, ponieważ oznaczenie atrakcji miasta w przewodniku i na mapie było mega nie intuicyjne. Nie było odpowiedniej legendy na mapie i mini planów centrum miasta w przewodniku, a zdjęcia nie były podpisane. Co prawda kosztował tylko 15 zł, ale i tak uważam, ze zupełnie nie był wart swojej ceny. Więcej już nie kupię przewodnika tego wydawnictwa.


Spacer po Wiedniu

Po przybyciu do Wiednia od razu ruszyliśmy
w miasto. Pierwszego dnia skupiliśmy się na odkrywaniu jego piękna z zewnątrz.
Podziwiałam monumentalność pomnika Marii Teresy. Pomimo tego, że przysłużyła się ona do rozbiorów Polski uważam ją za wielką władczynię, która miała ogromną charyzmę i siłę. Była kobietą w świecie mężczyzn i musiała walczyć o swoją pozycje. To dzięki niej Wiedeń dziś wygląda tak imponująco.


To właśnie cesarzowej Marii Teresie zawdzięczamy większość budynków przy Ringu- trasie okalającej ogromne centrum Wiednia. Można ją przebyć piechotą, ale będzie to długi spacer. Można też skorzystać z oferty piętrowych turystycznych autobusów. My dzięki wykupieniu Vienna Pass mogliśmy odbyć dowolna ilość przejażdżek autobusem Hop On Hop Off Bus w tym również trasę po Ringu.
Podczas takiego spaceru/ przejazdu spotkamy na swej drodze przepiękny budynek wiedeńskiego Ratusza.


Następnie zapierający dech Parlament.


Jak już wspominałam wszystko, co wiedeńskie jest ogromne. Gmachy Muzeum Historii Naturalnej
i Muzeum Historii Sztuki przytłaczają swoją wielkością.


Tak samo jak kompleks pałacowy Hofburg.


Spacerując po centrum wstępowaliśmy do wszystkich otwartych kościołów. Lubię podziwiać architekturę sakralną, pomimo, że nie jestem wierząca.
Katedra św. Szczepana jest prawdziwą perłą gotyku, zarówno na zewnątrz jak i w środku. Muszę przyznać, że jeszcze nigdy nie widziałam tak dużej świątyni.


Wiedeń zaskakiwał nas kościołami, jakich nigdy nie odwiedziliśmy. Były bardziej mroczne niż wszystkie inne. Szczególnie klimatyczny okazał się ciemny, romański kościół św. Ruperta.


Świątynia pod wezwaniem św. Michała również należała to tych bardziej "creepy".


Od zewnątrz sam kościół i jego okolica wyglądały jak żywcem wyjęte z okresu cesarstwa austrowęgierskiego. Głównie za sprawą dorożek
i woźnicy z charakterystycznie wygolonym zarostem.


Na koniec w ciepły jesienny wieczór gubiliśmy się w urokliwych uliczkach centrum Wiednia.


Podsumowując: spacer po centrum Wiednia tak, ale nie z przewodnikiem wydanym przez DuMont
Ogólna ocena:
Przewodnik- Wiedeń wydawnictwo DuMont 1/10
Spacer w Wiedniu 10/10.
 

 


Wiedeń zachwycał mnie z każdą godziną coraz bardziej. Nie tylko pod względem atrakcji turystycznych, ale również jedzenia. Chyba nie doceniałam kuchni austriackiej...
Albertina

To galeria sztuki, która mieści się w kompleksie pałacowym Hofburg. Nie zdążyliśmy zwiedzić całego pałacu, ale Albertiny nie mogłam odpuścić. Dlaczego? Ze względu na największych mistrzów malarstwa, których dzieła mogłam tam podziwiać.
Na parterze przywitał nas Andy Warhol.


Albertina jest niezwykłym muzeum, gdzie w pięknych wnętrzach urządzonych historycznymi meblami wiszą prace Albrechta Durera oraz szkice Michała Anioła.




Następnie sala pełna niezwykłych impresjonistycznych obrazów Claude Moneta.


Potem zobaczyłam prace Marca Chagalla, te bardziej realistyczne oraz te całkiem surrealistyczne.




Na koniec najlepsze- Pablo Picasso. Zawsze chciałam zobaczyć jego obrazy na żywo. Nie jestem wielką fanką kubizmu, ale do Picassa pałam szczególną sympatią. Długo podziwiałam "Kobietę
w zielonym kapeluszu".




Dowiedziałam się również, że Picasso malował na ceramice.


Na zawsze będę pamiętać moment, w którym pierwszy raz stanęłam twarzą w twarz z Picassem.
Dla posiadaczy Vienna Pass wstęp do Albertiny jest darmowy, natomiast bez karty bilet kosztuje 12,90 euro.

7Stern Brau


Knajpa w dzielnicy Neubau, całkiem nie daleko naszego hotelu. Poleciła nam ją kuzynka mojego chłopaka. To było najlepsze austriackie jedzenie, jakie jedliśmy. Zamówiłam mnóstwo kiełbasek na górze kapusty. Okazało się to genialnym połączeniem. Mało tego, biała kiełbasa, której do tej pory nie lubiłam smakowała wyśmienicie, gdy została odpowiednio pieczona. Mój Luby zdecydował się na mięsny austriacki miks z kiełbasą
i sznyclem oraz ziemniaki na kilka sposobów. Jego danie dorównywało smakiem moim kiełbaską.


Kelner w 7Stern Brau był raczej oschły, ale Wiedeń zdążył mnie już do tego przyzwyczaić. Wystrój na pierwszy rzut oka przypominał piwiarnie. Drewno
i beczki, a w ramkach na ścianach etykietki piw
z rożnych krajów w tym polskiej Perły. Pierwsze wrażenie nie było mylne. 7Stern Brau produkuje własne piwo, które jest epicko dobre. Próbowaliśmy klasycznego jasnego, mocno alkoholowego ciemnego oraz z dodatkami między innymi z chili. Przy wejściu stoi automat,
w którym możemy kupić butelki "na wynos".


Podsumowując uważam, że warto poświęcić godzinkę na zwiedzanie na prawdę imponującej galerii obrazów w Albertinie. Natomiast kolacje i piwo
w 7Stern Brau uważam za niemal obowiązkową.
Ogólna ocena:
Albertina: 10/10
7Stern Brau 10/10

 

 
W ramach przygotowań do wyjazdu do Wiednia oglądałam filmy z stolicą Austrii w tle. Obok zaskakującego “Iluzjonisty”, pozytywnie nastrajającego “Przed wschodem słońca” obejrzałam również filmy biograficzne o Mozarcie
i Beethovenie.


Po zobaczeniu “Amadeusza”, oraz dwóch filmów
o Ludwigu van Beethovenie: “Kopia mistrza”
i “Wieczna miłość”, postanowiłam zwiedzić ich mieszkania, obecnie jedne z muzeów w Wiedniu.

Dom Mozarta

Kamienica, w której niegdyś mieszkała Wolfgang Amadeusz Mozart mieści się w samym centrum Wiednia. Z filmu wiedziałam, że Mozart był dość zarozumiały, bardzo kochliwy, (co po cichu znosiła jego kochająca żona- Konstancja) oraz rozrzutny. Zupełnie nie potrafił oszczędzać, przegrywał
w grach hazardowych fortunę, co odbijało się niekorzystnie na jego rodzinie. W dniu śmierci Mozarta jego rodzina była tak biedna, że pochowano go w zbiorowej mogile dla ubogich. Dopiero parędziesiąt lat później władze Austrii wystawiły mu pomnik. Ten tryb życia można dostrzec zwiedzając jego dawne mieszkanie, a właściwie podziwiając puste ściany pomieszczeń, w których żył i tworzył geniusz. Patrząc na kołyskę jego syna (mebel nie miał dna), odrapany tynk, który odkrywał jak kiedyś był pomalowany pokój, miałam wrażenie, że Mozart faktycznie przegrał wszystko
w karty. Z audio przewodnika dowiedziałam się, że często prosił o pożyczki Straussa. Niewątpliwie jednak był geniuszem. Już w wieku 5 lat skomponował swój pierwszy utwór, a jego rękopisy, których kilka znajduje się w wiedeńskim muzeum, nie mają naniesionej ani jednej poprawki. Miał rację mówiąc, że “muzykę ma w głowie”.
Bilet do muzeum kosztuje aż 11 euro i gdyby nie darmowe wejście, do którego upoważniała nas Vienna Pass, byłabym rozczarowana. W domu Mozarta eksponatów jest jak na lekarstwo, a wstęp wynosi nieproporcjonalnie dużo do tego, co możemy tam zobaczyć.

Wiedeń jest ogromnym miastem. Wszystko ma monumentalne: zabytki budynki. Nawet centrum Wiednia jest zaskakująco duże. Dom Beethovena również znajduje się w centrum, ale znacznie dalej od katedry świętego Szczepana niż dom Mozarta. Powiem szczerze, że ciężko trafić do mieszkania Beethovena, bo szyld tego muzeum jest wielkości znaczka pocztowego. Wstęp obejmowało nasze Vienna Pass, ale bez niego zapłacilibyśmy 5 euro. Po obejrzeniu filmów “Kopia mistrza” i “Wieczna miłość” wiedziałam, że Ludwig van Beethoven był furiatem, cholerykiem i samotnikiem. Do końca życia mieszkał sam i nie związał się na stałe
z nikim. Uważam, że jego biografia pełna intrygujących wydarzeń i traum z dzieciństwa, którymi można tłumaczyć jego dorosłe zachowanie, jest o wiele bardziej interesująca niż Mozarta. To Beethoven powinien być uważany za mistrza numer jeden i to jego wizerunek powinien zdobić te wszystkie pamiątki. Nie jest tak, ponieważ wydaje się on mnie charyzmatyczną postacią niż Mozart.


Apartament Beethovena również nie powala ilością eksponatów. Jest dużo jego portretów, innych obrazów, rękopisy (dla odmiany ostro pokreślone,
z mnóstwem poprawek), no i najważniejsze- fortepian. Całe muzeum można zwiedzić w około 5 minut, a w każdą pierwsza niedzielę miesiąca wstęp jest darmowy.


Podsumowując, nie uważam, aby domy kompozytorów były obowiązkowym punktem zwiedzania Wiednia. Nie żałuje, że w nich byłam, ale polecam je dla osób, które naprawdę interesują się muzyką klasyczną
i mistrzami gatunku.
Ogólna ocena:
Dom Mozarta: 5/10
Dom Beethovena 6/10

 

 
Jedną z pierwszych informacji, jaką uzyskałam na temat stolicy Austrii było to, że jest tam ogromne wesołe miasteczko. Było to zapewne około 13 lat temu. Z miejsca zapragnęłam odwiedzić to miejsce. Drugą było, że Austriacy lubią jadać sznycle.



Prater

Od tego czasu mój system wartości trochę się zmienił Z postanowienia szalonej nastolatki, która chciała z każdej możliwej atrakcji Prateru zostało niewiele, ale jednak zostało.
Teraz zamiast wydawać pieniądze na wiedeńskie karuzele i rollercoastery wolę przeznaczyć je na muzea, jedzenie i pamiątki z podróży. To nie zmienia faktu, że nie mogłam sobie odmówić wizyty w parku rozrywki z nastoletnich marzeń. Tym bardziej, że przejażdżka na Diabelskim Kole była wliczona w koszt Vienna Pass (normalnie kosztuje 10 euro). Dodatkowo realizowała mój zamiar zobaczenia panoramy Wiednia
z wysoka.


Diabelski Młyn mierzy 65 metrów, a jego prędkość to 2,7 km/h. Został wybudowany w 1897 roku z okazji 50- tej rocznicy koronacji cesarza Franciszka Józefa. Koło znajduje się na liście „Skarbów europejskiej kultury filmowej”, ponieważ ma na swoim koncie ma “role” w kilku filmach między innymi w jednej
z części o przygodach Jamesa Bonda- “W obliczu śmierci” z moim ulubionym agentem 007, Timothym Daltonem.


Przejażdżka trwała kilkadziesiąt minut, a widok zarówno na Wiedeń jak i na Prater był niesamowity. Byłam bardzo szczęśliwa wiedząc, że właśnie spełniam swoje marzenie.
Zaskoczeniem były dla mnie wagoniki restauracyjne
i klubowe, które można wynająć na romantyczna kolacje lub niesamowitą imprezę. Hmmm czyżby powstało nowe marzenie…
Ostrzegam, że kolejka do wagoników jest ogromna.

Kuchnia Wiedeńska

Dokładnie tak w dosłownym tłumaczeniu na język polski brzmiała nazwa restauracji, w której zjedliśmy nasz pierwszy austriacki obiad.

Lokal znajduje się w samym centrum Wiednia, tuż obok katedry świętego Szczepana przy jednej z urokliwych uliczek.


Restauracja była elegancka, a przynajmniej aspirowała do miana takiej. Formalnie ubrany względnie miły (jak wszyscy w Wiedniu) kelner wskazał nam już nakryty stolik dla dwóch osób.

Wnętrze urządzone ładnie, choć miałam wrażenie, że panuje tam nieprzemyślany eklektyzm: tu jakieś antyczne wazony, tu obraz przedstawiający scenkę rodzajową szlachty, a tu drewniana beczka. No, ale byłam na wakacjach, więc przymknęłam oko na te drobne niedociągnięcia.


Zamówiliśmy oczywiście tradycyjne dania miejscowej kuchni, z resztą, co innego można zamówić w restauracji o nazwie Kuchnia Wiedeńska. Postanowiłam spróbować miksu trzech różnych sznycli: wieprzowego, cielęcego oraz z kurczaka z sałatką z ziemniaków. Mój Luby postawił na jednego, dużego sznycla. Chyba nie ma potrawy bardziej austriackiej niż to danie.
O wersji z przepyszną sałatką ziemniaczaną czytałam nawet w przewodniku. Ogólnie rzecz ujmując nasz obiad był bardzo dobry, mięso przyrządzone perfekcyjnie i odpowiednio doprawione z chrupiącą panierką, która nie była nasiąknięta tłuszczem. Obie porcje (popite austriackim piwem) sprawiły, że najedliśmy się do syta i wydaliśmy całkiem sporo, bo około 40 euro, no, ale Wiedeń jest drogi.


Podsumowując nie wyobrażam sobie żeby być w Wiedniu i nie spróbować ich pysznego, najlepiej cielęcego, sznycla. Nie wyobrażam sobie również ominąć jedną
z najlepszych atrakcji tego miasta, jaką bez wątpienia jest Prater.
Ogólna ocena:
Prater- Diabelski Młyn: 10/10
Kuchnia Wiedeńska: 9/10

 

 
Gdy będąc w gimnazjum pierwszy raz usłyszałam
o wiedeńskim muzeum, w którym są pokazane wszystkie gatunki zwierząt, szkielety dinozaurów i kamienie, od razu zapragnęłam je zobaczyć. We wrześniu 2017 moje marzenie się spełniło.




Muzeum Historii Naturalnej było pierwszym
i najważniejszym, (jeśli chodzi o zwiedzanie) punktem naszej wycieczki. Karta Vienna Pass uprawniała nas do darmowego wejścia bez kolejki. Normalnie bilet kosztuje 10 euro.
Muzeum jest ogromne i posiada dwa gigantyczne piętra z niezliczona ilością eksponatów.
My zaczęliśmy zwiedzanie od góry, czyli od zwierząt. Byłam wniebowzięta tym, że mam okazję przekonać się, jakiej wielkości są okazy, które znam tylko z telewizji lub dalekiej odległości w zoo. Zachwyciły mnie lwy, ogromne niedźwiedzie, szkielet wieloryba
i inni przedstawiciele różnych gatunków, czasem takich, o których istnieniu nie miałam pojęcia. Nie wiem czy wszystkie zwierzęta w Muzeum Historii Naturalnej są wypchane.











Chciałabym myśleć, że tak i że wszystko, co tam oglądałam kiedyś żyło, ale do bólu sztuczny krokodyl (aligator?) rozwiał moje nadzieje.





Z ptaków najbardziej podobał mi się Dodo i inne ogromne okazy. Wielkie wrażenie zrobiła na mnie ogromna ilość małych ptaszków, szczególnie, gdy pomyślałam ile ludzi musiało włożyć ogrom swojej pracy, aby stworzyć wystawę z tak drobnych elementów.











Z racji tego, że lubię gady byłam niezwykle szczęśliwa oglądając węże i jaszczurki.






Mieszkańcy najdalszych głębin mórz i oceanów również stanowią ciekawy punkt w Muzeum Historii Naturalnej.


Po zwiedzeniu imponującego drugiego piętra przyszedł czas na “truskawkę na torcie”, czyli pierwsze piętro. Tak, bardziej byliśmy zainteresowani kamieniami, kośćmi i skamielinami niż zwierzętami.

Trasa zaczyna się od ekstremalnie dużego
i przepięknego zbioru kamieni i minerałów. Prawdziwy raj dla geologów.



Następnie przechodzimy do sal, w których archeolodzy popadną w zachwyt nad znaleziskami należącymi do człowieka pierwotnego. Tutaj również antropolodzy będą mogli zagłębić się w ewolucję gatunku homo sapiens.




Paleontolodzy też znajdą coś dla siebie, ponieważ muzeum posiada imponujący zbiór skamieniałości, które zdradzają jak wyglądały pradawne organizmy.





No i oczywiście najlepsze. Dinozaury! A właściwie szkielety dinozaurów, których zobaczenia nie mogłam się doczekać. Spędziliśmy w tej sali najwięcej czasu wprawieni w zachwyt i zdziwienie faktem, że takie groźne kolosy niegdyś żyły na naszej planecie. To doświadczenie jest czymś niezwykłym. Czymś, co sprawia, że dinozaury przestają być już tylko istotami z filmów Steven Spielberg, a stają się historią, która miała miejsce tak samo jak wczorajszy dzień.










Pierwsze piętro muzeum to miejsce, gdzie zobaczymy jeden z jego najcenniejszych eksponatów, wyrzeźbioną 22-24 tysięcy lat temu Wenus z Willendorfu. Myślałam, że jest większa, ale fakt, że patrzę na coś, co ma tyle tysięcy lat i tak robi wrażenie.



Na uwagę zasługują nie tylko eksponaty muzeum, ale również samo jego wnętrze np. niesamowita kopuła pełna dekoracji, ogromne kamienne posągi i schody lub płaskorzeźby z gadami dopasowane tematycznie do sali ze szkieletami dinozaurów.







Podsumowując, co tu dużo mówić, Muzeum Historii Naturalnej to najlepsze muzeum, w jakim w życiu byłam i polecam je każdemu.
Ogólna ocena 10/10.



 

 
Czyste mieszkanie jest dla mnie bardzo ważne. Dlatego sprzątanie jest elementem niemal każdego mojego dnia.

Mój chłopak żartuje, że mieszkamy w sterylnie czystym mieszkaniu i że sprzątam codziennie. To nie prawda. Staram się utrzymać ogólny porządek,
a bardziej gruntowne sprzątanie wykonuje raz
w tygodniu, kiedy to ścieram kurze, odkurzam, myje podłogi i wszelkie elementy typu prysznic, lustro czy zlew. Nie sprzątam całego mieszkania w ciągu jednego dnia. Dzielę pracę na kilka dni. Dzięki temu łatwo mi zachować porządek przez cały tydzień i nie poświęcam dużo czasu na sprzątanie.
Nigdy nie robię “wielkich porządków” świątecznych czy wiosennych. Raz w tygodniu wykonam jakąś bardziej wymagającą pracę typu mycie okien, wytarcie góry mebli, umycie lodówki. Dzięki temu systemowi takie czynności nie kumulują się w jednym okresie roku i nie powodują frustracji z powodu ich nagromadzenia.


Jestem osobą, która ma ogromna ilośc zajęć: praca, trzy blogi, organizacja wydarzeń, imprezy, podróże, spotkania ze znajomymi z rodziną, czas dla mojej drugiej połówki, fitness to tylko niektóre z rzeczy absorbujących mój czas. Dlatego zależy mi na tym, aby sprzątanie trwało jak najkrócej.
Początkowo byłam sceptycznie nastawiona do ściereczek czyszczących powierzchnie. Pomimo to postanowiłam przetestować ściereczki Presto.
I wiecie co? Jestem zachwycona! Nie wyobrażam sobie, abym wróciła do poprzednich sposobów czyszczenia mebli czy lodówki. Presto usuwają brud szybko
i skutecznie, a po ich użyciu każda powierzchnia drewniana pozostaje lśniąca przez długi czas. Odkryłam, że wariant do lodówek nadaje się również do szkła, luster, płytek i szyb w prysznicu.
Jedyni minus ściereczek Presto to opakowanie. Sugerowałabym zmienić je na takie, które będzie miała otwór u góry umożliwiający wyciąganie po jednej sztuce- jak chusteczkach nawilżanych do rąk.

Podsumowując, dzięki ściereczką Presto sprzątanie stało się szybsze, bardziej efektywne i łatwiejsze. Gorąco Wam je polecam.

Poniżej relacja z mojego testu Presto dla TestMeToo:
<a href="https://testmetoo.com/raport/Presto/201710/?pr=Harper&;np=Presto&k=6&token=9cde5f3f462143411807c1a531dd6292&opinie=tak&PLP=1&utm_source=Blog&utm_medium=widget&utm_campaign=Presto_2017"><img alt="TestMeToo - dołącz do nas" style="border: 0; outline: 0;" src="https://testmetoo.com/uploads/image/2017/09/26/d6/118685.presto-infoboxy-007.jpeg";></a>

 

 
W Cafe Lisbona, nowej kawiarnianej miejscówce, odnalazłam cząstkę słonecznej Portugalii
w jesiennym Krakowie.


Miałam ochotę na południową szybka kawę. Po wycieczce do Wiednia nie mogę odzwyczaić się od picia kawy. Przechodziłam akurat ulicą Dolnych Młynów i zauważyłam, że otworzył się nowy lokalik. I to akurat kawiarnia. Nie zastanawiałam się długo nad wejściem do środka.

Lokalik jest dobrym określeniem, bo Cafe Lisbona jest malutka, ale niezwykle klimatyczna
i przytulna. Bardzo miło spędziłam tam czas.


W kawiarni obowiązuje samoobsługa (kelnerka i tak nie zmieściłaby się na tym metrażu, więc to dobre rozwiązanie). U względnie sympatycznej pani zamówiłam caffe latte i zapytałam, czym są uroczo wyglądające małe ciasteczka, których na ladzie było całkiem sporo. Okazało się, że to tradycyjne portugalskie słodkości nadziewane budyniem - Pasteis de Natas. Skusiłam się na jedno i nie pożałowałam. Było wyśmienite. Z wierzchu kruche
i chrupiące, a wypełniająca środek masa budyniowo- jajeczna rozpływała się w ustach. Za kawę
i ciasteczko zapłaciłam 15 zł. Dużo biorąc pod uwagę mikroskopijną wielkość Pasteis de Natas.


Podsumowując, Cafe Lisbona polecam nie tylko osobom zakochanym w Portugalii, ale też tym, którzy tak jak ja, nie byli tam nigdy, a są otwarci na słodkie przysmaki z tego kraju.
Ogólna ocena 8/10.
 

 
Jak wiecie, uwielbiam testować i próbować nowych rzeczy, tym bardziej, jeśli łączy się to z jedzeniem i późniejszym zrecenzowaniem moich doznań smakowych.
Dlatego też ogromnie ucieszyła mnie wiadomość, że zostałam ambasadorką płatków śniadaniowych SanteFit.

Śniadanie to najważniejszy posiłek dnia. Wszyscy znamy ten truizm, ale nie wszyscy wierzymy w jego prawdziwość. Ja wierzę i nigdy nie wychodzę z domu bez śniadania. Ponadto mój pierwszy posiłek musi być mega pożywny, ponieważ ma za zadanie nasycić i dodać mi energii na resztę dnia. Dlatego śniadania zwykle jem prawdziwe królewskie.
Istotne są dla mnie również walory smakowe dania. Lubię śniadania na słodko i z owocami i często wybieram takie połączenia.


Ostatnio zaczęłam ulegać modzie na zdrowe jedzenie
i bycie fit. Wykupiłam nawet karnet na zajęcia fitness. Chodzę regularnie do Centrum Sportu
i Rekreacji Uniwersytetu Pedagogicznego i już mam swoich faworytów wśród zajęć: ABT, body shape, zgrabna sylwetka, płaski brzuch, fat burning. Podoba mi się, że instruktorki podpowiadają co robić
i które partie mięśni napinać. Nie przepadam natomiast za pilatesem, ćwiczeniami z piłkami
i stepami oraz za tak modną zumbą, na której nie nadążam za szybkimi zmianami układu.


Jak moją miłość do dużych i słodkich śniadań połączyć z byciem fit?

Na pomoc przyszły mi płatki śniadaniowe SanteFit. Są przepyszne i zdrowe. Smakują słodko, ale nie zawierają cukru. Skąd więc bierze się ich słodycz?
Z owoców. Różowa wersja zawiera: maliny, truskawki
i wiśnie a niebieska: żurawinę, borówki i jagody goji. Mieszanka zbóż bez pszenicy zapewnia pożywne śniadanko i daje siłę, abym mogła stawić czoło wyzwaniom, które czekają na mnie każdego dnia. No
i najważniejsze- płatki są fit, więc idealnie współgrają z moim nowym stylem życia.


Jeśli szukacie zdrowej i smacznej opcji śniadaniowej, to z czystym sumieniem polecam Wam płatki SanteFit.
  • awatar Molikksiazkowyy: Też wcinam te płatki!!:) Ale wybieram najczęściej opcje na sucho i je podjadałam zamiast słodyczy :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Cztery dni w stolicy Austrii. Na taką wyprawę, wiadomo potrzebny jest hotel. A z wyprawy, wiadomo przywozi się pamiątki, których tym razem mam wyjątkowo dużo.


Hotel Debo Pension

Standardowo do rezerwacji hotelu użyliśmy booking.com. Póki, co portal jeszcze nigdy mnie nie zawiódł.
Poszukiwaliśmy noclegu blisko centrum, w dogodnej odległości od dworca autobusowego i w dobrej cenie. Oczywiście w grę wchodziły tylko pokoje
z łazienką oraz śniadanie wliczone w ofertę.
Zdecydowaliśmy się na Debo Pansion. Za trzy noclegi zapłaciliśmy 1013 zł. To dużo biorąc pod uwagę to, co zaoferował nam hotel.
Lokalizacja owszem w dobrej dzielnicy- Neubau wprost usianej klimatycznymi knajpkami i
w niedalekiej odległości od centrum. Dojście do pomnika Marii Teresy i Hofburg zajmowało nam nie więcej niż 10 min. W okolicy hotelu znajdował się sklep spożywczy Billa z przystępnymi cenami, ale oczywiście otwarty tylko do 18 (niestety, jak wszystkie sklepy w Wiedniu).
Debo Pansion znajduje się na Zieglergasse 18, blisko stacji metra, dlatego dojazd z dworca autobusowego (około 2,50 euro za bilet ważny godzinę) był szybki i łatwy. Jechaliśmy liniami 1 i 3 z przesiadka na Stephansplatz.


Obsługa hotelu była hmmm… specyficzna. Z jednej strony miła, z drugiej wyniosła i szorstka. Jeśli chodzi o pokój to zdał egzamin całkiem dobrze. Odpowiednia ilość miejsca oraz półek, w miarę wygodne łóżko, codzienne sprzątanie, czysta łazienka z kosmetykami, ręcznikami i suszarką. Istotną sprawą dla mnie była odpowiednia ilość gniazdek elektrycznych, dzięki której mogliśmy ładować na raz dwa telefony, powerbank, korzystać z telewizora i prostownicy. Na plus było też wygodne rozmieszczenie włączników świateł- przy łóżku i przy drzwiach. Uroczym akcentem okazały się herbatniczki na poduszkach.


Jedyne, co mnie zastanawia to brak wykładziny hotelowej, która w Polsce w trzygwiazdkowych hotelach chyba jest standardem. No, ale parkiet
w Debo Pension mi nie przeszkadzał.
Rozczarowało mnie natomiast śniadanie. W Berlinie za mniejszą kasę śniadanie było o niebo, ale to naprawdę o niebo lepsze. Tutaj standardowe śniadanie kontynentalne: wędliny, sery, pieczywo, warzywa, dżemy, miód, Nutella, jajka, kilka rodzajów płatków, mleko, jogurt, kawa, herbata, sok. Bonusem były owoce i rogaliki o ile przyszło się odpowiednio wcześnie, bo gdy coś się skończyło obsługa wcale nie dokładała (?!). Za taką cenę oczekiwałam nie tylko piękniej rustykalnej jadalni- a taka była, ale również mega wypasionego śniadania.




Pamiątki

Myślimy Wiedeń i co przychodzi nam do głowy? Piwo i kawa. Zaopatrzyliśmy się w sporo, szczególnie tego pierwszego. Do tego jeszcze wyśmienite Austriackie wino. Dobrą pamiątką są również słodycze. Zwłaszcza kulki Mozarta nadziewane marcepanem i wafelki firmy Manner, której logiem jest wizytówka Wiednia, czyli katedra św. Szczepana. Ogólnie polecam całą masę słodkości, których nie można dostać w Polsce- tych od Milki oraz od rodzimych austriackich producentów.


Z mocniejszych alkoholi ciekawą opcją na pamiątkę jest Stroh- 80% trunek z buraków cukrowych, który jest produkowany w Austrii. Kupiliśmy też Shnapps’a, którego nigdy dotąd nie spotkaliśmy
w Polsce.


Nie mogłam pominąć standardowych pamiątek jak pocztówki czy naszywka z wiedeńskiego Hard Rock Cafe. Razem z ukochanym kupujemy magnesy na lodówkę w miejscach, które odwiedzamy wspólnie.
Z Wiednia przywieźliśmy ten z “Pocałunkiem” Gustava Klimta, który znajduje się w zbiorach Belwederu i wiedeńczycy zrobili z niego znak rozpoznawczy miasta.
Humorystyczną pamiątką jest breloczek z napisem “We don't have kangaroos in Austria”. Bodźcem do powstania gadżetów z tym hasłem byli zapewne ludzie mylący Austrie z Australią i oczekujący spotkania kangurów w środkowoeuropejskim kraju.
Całkowicie niezwykłą pamiątka jest dla mnie szklana kulka. Ludzie często przywożą je
z podróży, ale to jest moja pierwsza. Zwykle stawiałam na inne suweniry. Dlaczego teraz zmieniłam zdanie? Ponieważ to właśnie w Wiedniu bracia Erwin i Ludwik Perzy otworzyli pierwszy sklep ze szklanymi śniegowymi kulami, który działa do dziś. Kulki wypełnione wodą i białymi drobinkami miały wzmocnić światło lampy chirurgicznej, ale wspomniane drobinki przypominały Erwinowi śnieg, więc wpadł na pomysł umieszczenia w środku popularnych budynków
i sprzedaży wynalazku, jako dekoracji. Można, zatem stwierdzić, że szklana, śniegowa kula narodziła się w Wiedniu. Dlatego jest idealną pamiątką z tego miasta. Oczywiście obok góry słodyczy i piwa.


Podsumowując, jeśli nie zależy Wam na wystrzelonym w kosmos śniadaniu to podczas pobytu w Wiedniu zanotujcie, w Debo Pension i koniecznie kupcie wymienione wyżej pamiątki. No i nie spodziewajcie się kangurów Chyba, że w Muzeum Historii Naturalnej.
Ogólna ocena Debo Pension: 7/10

 

 
Mój powrót do Wiednia po 6 latach i wszystko to, co dostrzegam w tym mieście, a czego za pierwszym razem nie widziałam. Co w nim kocham? Czego nienawidzę? Czy tęsknię?


Pierwsza wizyta w Wiedniu była studencka wycieczką objazdową. Zdążyliśmy tylko być na wzgórzu Kahlenberg, zwiedzić Schonbrunn najdłuższą z możliwych tras (byłam wniebowzięta), zobaczyć katedrę św. Szczepana i kupić pamiątki w centrum.




Już wtedy zachwyciłam się pałacem Schonbrunn i jego ogrodami. Świadomość, że w tym miejscu przebywała cesarzowa Sisi wprawiała mnie w euforię. Postać bawarskiej księżniczki przeplatała się w moim życiu często. A to w kreskówce z dzieciństwa, a to w oglądanych za nastolatki filmach, a to podczas pobytu na Korfu gdzie Sisi wybudowała pałacyk, na którego zwiedzanie zdecydowaliśmy się całkiem przypadkowo. Wiedziałam, że muszę wrócić nie tylko do Schonbrunn, ale do Wiednia. Choćby po to, aby zrealizować marzenie o przejażdżce diabelskim kołem na Praterze- wiedeńskim parku rozrywki.




No i wróciłam. Z moim ukochanym 6 lat później.


Chciałam zwiedzić jak najwięcej i pokazać mu wszystko, co najpiękniejsze. Dlatego kupiliśmy kary Vienna Pass. Karta upoważnia do darmowego wstępu do niemal wszystkich muzeów Wiednia (w większości przypadków bez kolejki) oraz korzystania z innych atrakcji np. diabelskiego koła na Praterze lub dowolnej ilości przejażdżek piętrowymi, turystycznymi autobusem Hop on Hop Off.


W dniach działania Vienna Pass poruszaliśmy się Hop on Hop Off- ami zamiast komunikacją miejską. Jeżdżą średnio, co 20 min i łączą wszystkie warte zobaczenia punkty Wiednia. Zdecydowaliśmy się na kartę na dwa dni za 71 €. Ważne jest, że karta nie działa w systemie 24- godzinnym. Jeśli aktywujemy ją o godzinie 17 będzie to liczone, jako cały jeden dzień. Łącznie udało się nam zaoszczędzić 74,30 euro na osobę. Jeśli chcecie zwiedzać dużo koniecznie kupcie Vienna Pass.


Odkryłam Wiedeń na nowo i zakochałam się w nim. Uwielbiam ich proste rozwiązania np. to, że na schodach ruchomych wszyscy stają po prawej stronie. Banalne, a ułatwia życie. Ponadto Austriacy mocno stawiają na ekologię.
Jednak tym, co najbardziej podobało mi się w Wiedniu jest multikulturowość tego miasta. Całkowicie żadnej sensacji (a tym bardziej wrogich reakcji) nie wzbudzają tam osoby o innym kolorze skóry. Widziałam Azjatkę w arabskiej chuście, Hinduskiego prezentera TV, byłam w restauracji, w której personel porozumiewał się między sobą po angielsku, bo pochodzili z różnych krajów. Absolutnie najlepszym hitem były pro gej światła Jestem oczarowana tolerancją i otwartością tego miasta. To powody, dla których mogłabym tam zamieszkać.


Jednakże są też rzeczy, przez które nie wyobrażam sobie funkcjonowania w Wiedniu. Godziny otwarcia sklepów mnie dobijały. W tygodniu tylko do 18, w sobotę do 14 a w niedzielę (o zgrozo!) zamknięte. Jak żyć?! To rozwalało cały plan dnia, bo przed 18 trzeba było zdążyć do sklepu a potem zanieść zakupy do hotelu. Tak samo wszystkie muzea są otwarte do 18. Wyjątkiem jest czwartek, gdy pracują do 21. Szkoda, ze sklepy tak nie mają. O całodobowych można było oczywiście tylko pomarzyć. Na szczęście restauracje są długo czynne, ale personel w nich do najmilszych nie należy.


Cieniem na wycieczce położył się transport. Za cztery bilety na Polski Bus (dwa do Wiednia i dwa powrotne) zapłaciliśmy tylko 150 zł. Cena spoko. Trasa do stolicy Austrii przebiegła bez zarzutów. Natomiast powrót obfitował w przykre niespodzianki. Niemiły kierowca przekierował nas do innego autokaru, który nie był firmowym pojazdem Polskiego Busa, miał znacznie niższy standard i brak gniazdek, co podczas długiej podróży, gdy trzeba ładować telefon jest uciążliwe. Nawet o tak prozaiczną rzecz jak włączenie światła w toalecie trzeba było fatygować się do kierowcy i prosić. Nasze obawy, co do stanu technicznego autokaru okazały się słuszne i zepsuł się w Czechach. Musieliśmy czekać aż przyjedzie następny i nas zabierze, a pogoda temu nie sprzyjała: było chłodno i deszcz.

Może na dłuższą metę przyzwyczaiłabym się do wad Wiednia, nie wiem. Jedno wiem na pewno: chce tam wrócić. Znowu. Zrobić te wszystkie rzeczy, których nie zdążyłam, zobaczyć to wszystko, czego nie widziałam, wypić to piwo, którego nie próbowałam. Tęsknię okrutnie za atmosferą stolicy Austrii.

  • awatar st.anger: W przyszłym roku jadę do Wiednia na koncert, więc przydadzą mi się Twoje uwagi. Dzięki:)
  • awatar Help Me :'(: ŚLICZNIE tam :) bardzo ładne zdjęcia; ) sama uwielbiam podróżować ! Zapraszam do mnie w wolnej chwili ;)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Lato 2017 upłynęło pod znakiem wina. Mocno zagłębiałam się w temat i odkryłam nowe smaki. Zostałam ambasadorką Monte Santi i mogłam spróbować ich niepowtarzalnych owocowych trunków.


Owocowe, musujące wina Monte Santi zdecydowanie smakują latem. Ich słodki i pełen owocowych nut aromat przywołuje na myśl ciepłe wieczory z przyjaciółkami oraz romantyczną kolację z moim ukochanym.
Różowe słodkie wino o wyraźnie wyczuwalnych owocowych nutach dobrze dopełniło smak delikatnej ryby podczas romantycznej kolacji z moim lubym.


Natomiast białe wino okazało się bardziej orzeźwiające i mniej słodkie, dzięki czemu perfekcyjnie komponowało się z słodkimi deserami na babskim wieczorze pełnym plotek z przyjaciółkami.




Skąd wiem jak dobrać wino? Jedną z moich wakacyjnych lektur była książka “Wino i jedzenie”. W prosty i zrozumiały dla laika sposób wyjaśnia ona wszystkie winne niuanse: skąd pochodzą szczepy, jak uprawia się winorośl, skąd wzięły się nazwy poszczególnych win, jak powinno się je degustować, na co zwrócić uwagę podczas degustacji, jak dobierać wino do potrawy i odwrotnie. Autor krok po kroku odkrywa przed czytelnikiem, co kryje się pod enigmatycznymi pojęciami “taniny”, “kwasowość” lub “beczkowy aromat”. Na końcu każdego rozdziału znajdują się niezwykle wyszukane przepisy.


Książkę polecam każdemu, kto chciałby zacząć swoją przygodę z tematyką wina. Po jej przeczytaniu otworzą się Wam oczy i żadne wino nie będzie już smakowało tak jak wcześniej, a wybór odpowiedniej butelki na wieczór zajmie Wam dużo więcej czasu niż dotychczas.
Czytając książkę nie zapomnijcie o kieliszku wina. Najlepiej Monte Santi.
  • awatar i am ginger: Wolę musujące owocowe winka, te normalnie niestety są dla mnie zbyt mdlące.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 


We wrześniu pokusiłam się na odwiedzenie ostatniej w tym sezonie lodziarni. Potem nastały dni, kiedy było mi wystarczająco zimno i lodów już nie potrzebowałam.

Do Nice Ice przekonała mnie ich tablica reklamowa z genialnym sloganem.

Ten napis i możliwość wyboru kolorowych rożków (czarny, zielony, różowy lub zwykły) to właściwie wszystko, co jest “nice” w Nice Ice.

Wybór smaków jest bardzo mały, a same lody nie rzucają na kolana. Totalną porażką było mascarpone z malinami. Owoce w lodach były zamrożone na kość i przyprawiały o ból zębów. Spodziewałam się raczej musu malinowego niż całych malin. To nie mogło się udać.
Kilka dni później dałam Nice Ice druga szansę, której również nie wykorzystało. Słony karmel okazał się dość przeciętny, niczym się nie wyróżniał. Lody nie warte są 3,50 za porcje + 50 gr. za wafelek.


Wnętrze lodziarni jest urządzone w słodkich kolorach, ale bez polotu. Pomimo ciepłych barw nie sprawia wrażenia przytulnego i nie zachęca do konsumpcji na miejscu.


Podsumowując nie polecam Wam na przyszły sezon Nice Ice. Jest wiele lepszych i tańszych lodziarni w Krakowie. Jednakże Nice Ice jest idealnym przykładem, że reklama dźwignią handlu i dobre hasło promocyjne przyciągnie klientów.

Ogólna ocena 2/10.
Adres: Kraków ul. Krupnicza
 

 
Kuchnia orientalna w Pod Norenami. Polecano mi tą restaurację nie raz nie dwa. Myślałam, że jak zwykle cała jej orientalność zacznie się
i zakończy na sushi. Bardzo się myliłam.


Już samo wnętrze jest odpowiednio, orientalnie klimatycznie. Nie ma tu kiczowatych smoków na ścianach i papierowych dekoracji. Jest za to dużo zieleni, naturalnych kolorów, bambusy, napisy
w jednym z dalekowschodnich języków. Wszystko minimalistyczne, a jednocześnie przywodzące na myśl harmonię i spokój, które kojarzą się
z tamtym regionem. Do takiej konwencji dostosowane są również uniformy miłej
i profesjonalnej obsługi.


Po tym jak wystrój wprowadził mnie w stan zen, karta menu sprawiła, że całkowicie zgubiłam orientację w tym, co chce zamówić. Wchodząc do restauracji byłam pewna, jakie danie wybiorę. Po przeczytaniu pierwszej strony menu okazało, że nie wiem, co chcę zjeść, a proces decyzyjny potrwa długo.
Po kilkukrotnej zmianie zdania postawiłam na zupę Tom Kha Gai- tajską zupę kokosowo- galangalową
z kurczakiem i makaronem ryżowym. Wzięłam dużą porcję za 17,50 zł.
Zupa okazała się wyborna. Zachwycała równoważącymi się słodkim smakiem kokosa i pikantno-pieprzowym galangalu oraz mnogością dodatków: papryka, groszek, trawa cytrynowa, grzyby, kurczak. Ponadto dużą porcją spokojnie mogłam się najeść.
Wyrazistą zupę zrównoważyłam delikatną zieloną herbatą Sencha Sakura z dodatkiem owoców wiśni, dzikiej róży, kwiatów piwonii i róży podaną
w tradycyjnym urokliwym dzbaneczku i czarkach.
Moja przyjaciółka Ola zamówiła hinduską zupę
z soczewicy-, Mulligatawny, która jest w Pod Norenami pozycją sezonową. Zupa udowodniła, że
z soczewicy można zrobić naprawdę przepyszne cuda i kosztowała jedyne 12,50 czyli tyle samo ile herbata.
Łącznie wydałyśmy 42,50, co za dwie zupy i herbatę wydaje się sporą kwotą, ale warto było. Wyszłyśmy najedzone i oczarowane smakiem potraw.


Podsumowując, warto, choć raz wybrać się do Pod Norenami i zatracić się w ich orientalnych smakach. Miejsce nadaje się zarówno na randkę jak i na obiad z przyjaciółmi. Może nie będzie to najtańsze wyjście, ale warte każdej wydanej złotówki.

Ogólna ocena 8/10
Adres: Kraków ul. Krupnicza

 

 
Za każdym razem, gdy myślę, że odwiedziłam już wszystkie (lub większość) piekarnie
i cukiernie w mieście, coś mnie zaskakuje i odnajduje nowy lokal.


Nie inaczej było z cukiernią Ozga. Wracając z … w sumie nie pamiętam skąd wracałam, zobaczyłam mały baner na chodniku wskazujący na równie malutki sklepik z wypiekami.


Cukiernia Ozga jest dosłownie sklepikiem, bo oprócz półek z produktami i bardzo miłej pani nie zmieściłoby się tam nic.
Kupiłam całkiem sporą ilość słodkości, bo cztery małe bułeczki maślane, które były miękkie, słodkie i przyjemnie rozpływały się w ustach. Do tego dwie drożdżówki: mega słodką i sycącą z marmoladą oraz niestandardową i zaskakująco pyszną z rabarbarem. Za wszystko zapłaciłam nieco ponad 6 zł, co jest ceną do przyjęcia, choć widziałam, że niektóre wyroby Ozgi kosztowały spore pieniądze.


Podsumowując, gdy traficie już na ulicę Morawskiego rozglądajcie się bacznie za malutką cukierenką Ozga i koniecznie spróbujcie drożdżówki z rabarbarem, która zdecydowanie podbiła moje serce.

 

 
To wszystko w jeden z dzień w Zakopanem


Pochodzę z południa Polski i choć często bywam
w rodzinnych stronach raczej nigdy nie chodziłam na wycieczki po górach. Tak jest, gdy mamy coś na wyciągnięcie ręki to tego nie doceniamy. Teraz postanowiłam nadrobić zaległości i zwiedzać rodzime tereny. Nie lubię trudnych szlaków, klamer
i łańcuchów. Preferuje łatwe, spacerowe i widokowe trasy.


Dolina Kościeliska
Idealnym pomysłem okazała się tu Dolina Kościeliska. Busy do Kościeliska odjeżdżają z parkingu obok styku Krupówek z ulicami Nowotarską i Kościeliską, bilet kosztuje 5 zł. Wysiadamy, jak łatwo się domyślić, na przystanku dolina Kościeliska. Następnie przechodzimy na drugą stronę ulicy i cofamy się kilka metrów do początku szlaku. Tam czeka na nas kolejne zdzierstwo, czyli 5 zł za wejście do Tatrzańskiego Parku Narodowego. Jak już wyskoczymy
z gotówki idziemy cały czas prosto. My zaliczyłyśmy mały przystanek na oscypka i żyntyce w bacówce znajdującej się na szlaku.


Trasa jest piękna. Malownicze widoki na góry, potok Kościeliski, oraz formacje skalne zwane bramami np. Bramą Kantaka sprawiają, że spacer, chociaż długi jest niezwykle przyjemny. Mniej przyjemny jest punkt docelowy wycieczki, czyli Hala Ornak. Zatłoczona,
z mnóstwem turystów i nikła szansą na dopchanie się do baru w schronisku. Chciałyśmy jak najszybciej opuścić to miejsce.


Staw Smreczyński
Tusz przed Halą Ornak troszkę zboczyłyśmy z trasy
aby wspiąć się stromym i dość męczącym szlakiem nad Staw Smreczyński. Widok wart był wysiłku. Według góralskich legend staw ten nie ma dna. Wolałam nie sprawdzać czy to prawda.




Karczma U Wnuka


Skoro jesteśmy w klimacie Doliny Kościeliskiej to pozostaniemy na ulicy Kościeliskiej. Tam w jednej
z najstarszych zakopiańskich chałup mieści się karczma U Wnuka. Zarówno budynek jak i sama restauracja mają bogatą historię. Był to jeden
z pierwszych piętrowych domów w Zakopanem, w którym znajdowały się różne instytucje np. urząd gminy
i poczta. W końcu za sprawą ślubu niegdysiejszych właścicieli w chałupie otwarto karczmę, która prosperuje do dziś.


Wystrój oczywiście w 100% góralski: drewno, regionalne- kwiatowe motywy, bielony kominek, ławy. Wszystko robi dobre wrażenie podtrzymywania tradycji stylu zakopiańskiego. Gorsze wrażenie wywarły kelnerki, gdyż po menu oraz złożyć zamówienie musiałam iść osobiście. Na szczęście dania
i rachunek już przyniosły.


Zamówiliśmy moskola i golonkę. Moskol był bardzo udaną wariacją na temat tradycyjnego placka z mąki, ziemniaków, wody, soli i opcjonalnie jajek. Dlaczego wariacją? Ponieważ obsypany został słuszną warstwą sera, boczku i innych dodatków. Razem smakowało wybornie i nasyciło mnie na resztę dnia. Golonka
w niczym nie ustępowała partnerowi. Dobrze przyrządzona, delikatna, podana z chrzanem
i musztardą, które pięknie nadawały jej ostrości.


Cały obiad był oczywiście niebotycznie drogi, jak to w górach- powiedziała góralka.


Podsumowując po spacerze Doliną Kościeliska oraz podziwianiu piękna Stawu Smreczyńskiego polecam Wam porządny obiad w historycznej karczmie U Wnuka.

Ogólna ocena:
Dolina Kościeliska 9/10
Staw Smreczyński 8/10
U Wnuka 9/10