• Wpisów:342
  • Średnio co: 5 dni
  • Ostatni wpis:4 dni temu
  • Licznik odwiedzin:58 075 / 1949 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
A raczej to, co po nim zostało…


Lwowski Wysoki Zamek został wzniesiony w stylu gotyckim w II połowie XIV wieku przez Kazimierza Wielkiego. Jego poprzednikiem był drewniany zamek wybudowany przez Daniela Halickiego po 1251 roku.
W swojej historii miał wiele oblężeń i zniszczeń dokonanych głównie przez Turków i Kozaków. Zdobyty przez wojska szwedzkie zaczął popadać w ruinę. Ostatecznie został rozebrany za panowania Austriaków. W 1869 z okazji uczczenia 300- lecia Unii Lubelskiej w ruinach zamku usypano Kopiec Unii Lubelskiej.
Dziś z zamku pozostało niewiele, bo fragment jednej ze ścian warownych, a na wzgórzu zamkowym postawiono wieżę telewizyjną.

Niemniej wspięcie się na Wysoki Zamek jest całkiem przyjemnym (i lekkim) spacerem głównie ze względu na piękną panoramę Lwowa widoczną ze szczytu wzgórza. Zwłaszcza w nocy. Zwłaszcza z butelką wina.

Przygotujcie się jednak, że nie Wy jedyni wpadniecie na ten pomysł, więc o romantyzmie raczej nie ma mowy.
 

 
Miejsce, o którym piszę to raj dla fanów naleśników i smaków z dalekich zakątków świata.


Niby zwykła, naleśnikarnia. Wchodzimy i widzimy przestronną, modnie urządzoną restaurację. Intensywne kolory, sofy, pikowania, drewno, industrialne metalowe elementy sprawiają, że wnętrze jest niezwykle trendy.




Jednak w prawdziwy zachwyt wpadamy dopiero po otwarciu menu. Kilkadziesiąt wariacji na temat naleśników. Pozycje podzielone na kontynenty, a
w każdym z słodkich lub wytrawnych naleśników składniki charakterystyczne dla Europy, Azji, Ameryki Północnej czy Południowej.
Wybór jest ciężki. W końcu postawiłam na słodki naleśnik z jagodami goji, holenderskim ciasteczkiem, kremem śmietanowym z sosem karmelowym.
Był wyśmienity! Krem śmietanowy był faktycznie kremem a nie zwykłą śmietana, a jagody i ciasteczka doskonale się z nim komponowały. Dopełnienie stanowił karmelowy sos podany osobno, co jest świetnym pomysłem, ponieważ sami decydujemy ile chcemy go dodać.
Moje koleżanki wybrały wytrawne opcję z różnych kontynentów. Spróbowałam każdej i jestem pewna, że wrócę do James Cook po więcej.


Obsługa dorównuje wspaniałościom menu. Panie są bardzo miłe i chętnie doradzają, odpowiadają na pytania i tłumaczą. Jedyne, co mogę zasugerować to nauczyć się poprawnie wymawiać słowo "tzatziki".
Jakby tych wszystkich plusów było mało to naleśniki są tanie (moja porcja kosztowała 18 zł) i sycące.
Podsumowując, spróbować wszystkich naleśników
w James Cook? Challenge accepted!
Ogólna ocena 10/10

 

 
Jak ja uwielbiam letnie festiwale jedzeniowe!
W niedzielę 10 czerwca odbyła się kolejną edycja Najedzeni Fest.


O festiwalu pisałam Wam już przy okazji Najedzeni Fest: Po ziemniaki.
Postanowiłam poświęcić temu festiwalowi drugi wpis ze względu na perełki, które odkryłam na edycji Piknik, Targi Dizajnu Kup Se.
Co to za perełki?
Po pierwsze lemoniada. Najpiękniejsza na świecie lemoniada z czarnego bzu z grejpfrutem za jedyne 7 zł.
Podana przez bardzo miłych panów pracujących
w foodtrucku Twój Zdrowy Słój.


Jakby tego było mało to słoik możemy zabrać ze sobą i nawet dostaniemy pokrywkę do niego. Genialne!
Po drugie lody arbuzowe. Uwielbiam lody, uwielbiam arbuzy, nie znoszę sorbetów. Te lody sorbetem nie były. Miały mleczno- arbuzowy smak i biły na głowę towarzyszące im Oreo.


Skoro już jesteśmy w temacie Najedzeni Fest to wspomnę o mega dobrych i sycących gofrach na wytrawnie, które jadłam podczas edycji odbywającej się w Forum.








Przy okazji można było nabyć tam wiele osobliwych produktów jak piwo Dwa winne Misie, które smakuje jak wino. Oczywiście tanie nie było




Podsumowując polecam Wam Najedzeni Fest. Jeśli tylko będziecie mieli okazję to wybierzcie się na kolejną edycje.
Wszelkie info znajdziecie na Facebooku.
Ogólna ocena 10/10.
 

 
Hej

Niemal od miesiąca próbuje dodać tu wpis recenzujący Meho Cafe.
Niestety Pinger za każdym razem upiera się, że to spam. Drogi Pingerze, to nie spam, tylko recenzja! Ogarnijcie się!
Ponieważ nie mam innego wyjścia zostawiam Wam link do tejże recenzji na Blogspocie:https://gdzietuwyjsckrakow.blogspot.com/2018/05/na-kawe-do-jozefa-mehoffera-w-meho-cafe.html
 

 
Zawsze przed każdym wyjazdem skrupulatnie się do niego przygotowuje: czytam przewodnik i blogi gdzie wyszukuje miejsca warte zobaczenia. Nie inaczej było w przypadku Lwowa.


Na moje Lwowskie must have wpłynął nie tylko internetowy research, ale również wystawa "Katedra Ormiańska we Lwowie”, na której byłam kiedyś w krakowskim Międzynarodowym Centrum Kultury. Od czasu wystawy pragnęłam zobaczyć katedrę na żywo. I sie udało

1. Katedra Ormiańska we Lwowie


Nie spodziewajcie się sie monumentalnej świątyni. Katedra jest mała a jej wejście od ul. Krakowskiej średnio okazałe. Niemniej jednak nie wyobrażam sobie, aby ktoś był we Lwowie i nie odwiedził katedry.
Świątynia została ufundowana przez Ormian w II połowie XIV wieku i stała się ośrodkiem biskupstwa ormiańskiego. Kim byli Ormianie? Ludność, która zmuszona była opuścić Armenię, aby uniknąć prześladowań najeźćów. Osiedlali się na wschodzie Europy i tam tworzyli społeczności.
Katedra to niezwykły zbytek również ze względu na malowidła wykonane przez Jana Henryka Rosena oraz Józefa Mehoffer.
Byliśmy nastawieni na uiszczenie opłaty za wejście do katedry, ale nie było takiej konieczności.


2. Muzeum Browaru Lwiwskiego


Muzeum znajduje sie trochę dalej od ścisłego centrum na ul. Kleparivskiej.
Można w nim poznać historię piwa Lvivskiego nasyconą polskimi elementami. Browar został założony w 1715 przez lwowskich jezuitów i działa do dziś. Jego pracę również możemy podziwiać podczas zwiedzania. Po zapoznaniu sie z ekspozycją czas na degustację 4 rodzajów piwa Lwowskiego. Bilet z degustacją kosztuje 40 UAH.
















3. Opera


Gmach opery juz z zewnątrz robi wrażenie. Jego twórcy- Zygmunt Gorgolewski, Stanisław Wójcik, Julian Markowski, Tadeusz Wiśniowiecki, Tadeusz Barącza, Juliusz Bełtowski, Andrzej Popiel umieścili w swoim projekcje alegoryczne przedstawienia sztuk związanych z operą i teatrem:
Poezję i Muzykę- po lewej
Sławę i Fortunę- w centrum
Komedię i Tragedię- po prawej
na attyce widnieją figury Muz
Podobno prawdziwie zachwycające jest wnętrze opery. Niestety zwiedzanie jest dostępne tylko w konkretnych godzinach, o które należy zapytać w kasie biletowej. Bardzo żałuję, że nie udało się nam wejść do środka. Jest powód, aby wrócić do Lwowa

Podsumowując zdecydowanie polecam te trzy atrakcje Lwowa. I również wiele innych. Ogólnie gorąco polecam to miasto.

 

 
Hej

Niemal od miesiąca próbuje dodać tu wpis recenzujący restauracje Focha 42.
Niestety Pinger za każdym razem upiera się, że to spam. Drogi Pingerze, to nie spam, tylko recenzja! Ogarnijcie się!
Ponieważ nie mam innego wyjścia zostawiam Wam link do tejże recenzji na Blogspocie: http://gdzietuwyjsckrakow.blogspot.com/2018/05/obedna-pizza-w-focha-42.html
 

 
Czyli gdzie zjeść i czy Pascal Lajt się popsuł?


PRZEWODNIK PASCAL LAJT LWÓW

Podczas niedługiej podróży pociągiem przeczytałam przewodnik po Lwowie. Od tego typu pozycji wymagam, aby krótko opisały historię i kulturę miasta oraz podpowiedziały, co zobaczyć i gdzie zjeść. Szukam też informacji praktycznych, które przydadzą się, gdy widzę ciekawy obiekt takich jak mini mapki
z zaznaczonymi zabytkami oraz ich zdjęcia z podpisami. Doceniam też, gdy pod opisem muzeum znajdują się godziny jego otwarcia i ceny wstępu.
Gdy wyjeżdżałam do Pragi kupiłam przewodnik z serii Pascal Lajt i perfekcyjnie spełnił wszystkie powyższe wymagania. Dlatego teraz również postawiłam na to wydawnictwo. Niestety troszkę się zawiodłam. Owszem z przewodnika dowiedziałam się dużo o zwyczajach i historii miasta oraz o atrakcjach turystycznych, ale brakowało mi praktycznych informacji, które ułatwiłyby zwiedzanie. Zdarzały sytuacje, gdy staliśmy przed jakąś cerkwią, która była zaznaczona na mini mapce w przewodniku, ale nie było odnośnika, co to za cerkiew ani jej zdjęcia. Tak samo ze świeczką szukać w przewodniku informacji o godzinach otwarcia i cenach w muzeach.
Nie mogliśmy sprawdzić w Internecie, bo Ukraina to nie Unia Europejska i nie mamy tam darmowego przesyłu danych, a ja nawet zasięgu nie miałam.
Jedyna informacja wyczytana w przewodniku, która naprawdę się przydała to polecenie restauracji Biały Lew.


Podsumowując seria Pascal Lajt mnie nieco rozczarowała. Póki, co nie ma wydawnictwa, które sprostałoby moim oczekiwaniom w kwestii dobrego przewodnika.
Ogólna ocena: 5/10.

BIAŁY LEW


Restauracja znajduje się w samym centrum i podaje specjały kuchni ukraińskiej. Zamówiliśmy kociołek pierogów i regionalne piwa. W kociołku był miks pierogów. Chcieliśmy porównać te ukraińskie
z polskimi. I jaki wynik?
z mięsem- identyczne
ruskie- polskie wygrywają ze względu na to, że oprócz ziemniaków mają jeszcze ser i cebulkę
z kapustą- ukraińska wersja z czerwonym sosem bije na głowę polską
Piwo, chociaż pszeniczne (innego nie mieli) to nawet mi smakowało.


Pani kelnerka doskonale mówiła po polsku. Na pochwałę zasługuje wystrój- drewno i zabawna scenka na ścianie przedstawiająca pijanego mnicha. W lokalu jest również sporo zdjęć przedstawiających (zapewne) właściciela wymachującego flagą z białym lwem podczas licznych podróży.


Podsumowując, polecam pierogi w Białym Lwie. Zaspokoicie nimi głód i nabierzecie sił do dalszego zwiedzania.
Ogólna ocena: 10/10.
 

 
Nie ukrywam, że tęsknię za Wiedniem. Pokochałam to miasto chciałabym tam wrócić, a może nawet zamieszkać. Póki, co pozostaje mi poszukiwanie wiedeńskich akcentów w Krakowie.


Podczas spaceru po mieście, które jest moją pierwszą miłością, czyli Krakowie natknęłam sie na Wiener Schnitzel.
Weszłam i niestety widok mnie rozczarował. Białe ściany, białe meble, przytłaczająca sterylna pustka i biel, pośród której wiszą samotnie trzy zdjęcia wiedeńskich atrakcji turystycznych.
A gdzie ten austriacki przepych i rozmach?




W malutkim lokaliku pracuje bardzo uczynny, miły
i sympatyczny pan, który dokłada wszelkich starań, aby jego klienci wyszli zadowoleni.
Nie tylko zadowoleni, ale również najedzeni. Sznycel z serem i szynką był ogromny i pyszny. Miękki środek, chrupiąca panierka i obłędny smak. A to wszystko w zestawie z frytkami i Pepsi za jedyne 18 zł.


Podsumowując, pracujący w Wiener Schnitzel pan, wpłynął na lepsze postrzeganie przeze mnie lokalu. Miał na nie wpływ również wyśmienity sznycel. Czy odnalazłam smak Wiednia? Nie koniecznie.
Ogólna ocena: 7/10.
 

 
Jak i czym dojechać do Lwowa? Gdzie zjeść przysmaki ukraińskiej kuchni? Dziś garść przydatnych informacji.


Jedziemy do Lwowa- pad pomysł. No, ale czym? Wiele razy słyszeliśmy o kilkugodzinnych kolejkach samochodów na przejściu granicznym z Ukrainą
i drobiazgowych kontrolach bagażu, dlatego opcja przejazdu autem została odrzucona zanim jeszcze się pojawiła.
Zdecydowaliśmy się na pociąg Przemyśl- Lwów. Dlaczego?
1. Cena- jedyna 26 zł od osoby
2. Brak kolejek przy kontroli granicznej- jest ona wykonywana w trakcie jazdy
3. Brak problemów z parkowaniem- we Lwowie jest pełno małych i ciasnych uliczek, a ukraińscy kierowcy jeżdżą jak szaleni stwarzając zagrożenie dla innych
4. Dojazd do Przemyśla jest łatwy, tani i szybki
5. Lwowski dworzec kolejowy znajduje się niedaleko centrum i sam stanowi jeden z zabytków.
Nie żałuje naszej decyzji dotyczącej podróży pociągiem. Polecam ten środek transportu każdemu, kto wybiera się do Lwowa.


Ukrayins’ke Podvi’ya

Po podróży chcieliśmy skosztować ukraińskiej kuchni. Spacerując po mieście natknęliśmy się na restauracje z drewnianym wystrojem, tarasem i obsługą w regionalnych strojach. Postanowiliśmy spróbować, co dobrego tam dają.


Okazało się, że lokal specjalizuje się w potrawach
z różnych zakątków Ukrainy. Posiadali polską kartę (niestety klimatyzacji już nie), a kelnerka prawie płynną polszczyzną wytłumaczyła mi, czym jest bogracz zakarpacki, który mnie zainteresował. Otóż jest to gulasz z różnymi rodzajami mięsa, warzywami, ziemniakami i ciastem lanym. Ostatni składnik mnie zaskoczył i nadał potrawie niepowtarzalnego smaku. Do pysznego gulaszu dostałam miękki, ciemny chleb, wyrazistą słoninę i ekstremalnie ostry sos.
Mój Luby zamówił cielęcinę z domowymi frytkami, które faktycznie były robione na miejscu, nie pochodziły z mrożonki. Wszystko tanie jak barszcz
i przepyszne!


Podsumowując polecam Wam obiad w Ukrayins’ke Podvi’ya.
Następnego dnia wybrali się tam nasi znajomi
i również byli pod wrażeniem.
Ogólna ocena: 10/10.

 

 
Lwowski Taurus Hotel & Spa to zbiór pozytywnych zaskoczeń. Zobaczcie, jakich.


Muszę przyznać, że jeszcze nigdy nie udało mi się zarezerwować hotelu tej klasy za tak niską cenę. Trzy noce w pokoju 3- osobowym z łazienką
i śniadaniami kosztowały niewiele ponad 500 zł. Nawet oferta mini barku była niezwykle przyjazna dla portfela.


Pokój trochę ciemny, ale ładny i starannie sprzątany przez personel mówiący po polsku. Tak, cała obsługa hotelu mówiła po polsku. Byliśmy zachwyceni!


W równie wielki zachwyt wprowadziło nas śniadanie, które oferowała nie tylko standardowe specjały jak wędliny, sery, warzywa, płatki, sałatki
i słodkości, ale również tak niespodziewane rzeczy jak kasza czy pyszne, malutkie kotleciki.


Jak sama nazwa wskazuje w hotelu znajduje się spa. Niestety jest ono dostępne dopiero za dodatkową opłatą, ale było warto, bo cena niska a mieliśmy cały basen i jacuzzi dla siebie.


Taurus Hotel & Spa jest położony w dobrej lokalizacji. Blisko dworca kolejowego oraz niedaleko centrum, dlatego wszędzie chodziliśmy na piechotę.


Podsumowując zdecydowanie polecam nocleg w Taurus Hotel & Spa. Nie mam mu nic do zarzucenia.
Ogólna ocena: 9/10.

 

 
Piękne mamy lato tej wiosny w Krakowie. Taka pogoda sprzyja jedzeniu na zewnątrz. Jak jedzenie w plenerze to oczywiście foodtrucki. Jak foodrtucki to Bezogródek.


W krakowskim zagłębiu foodtrucków jak zawsze pełno ludzi, ale po chwili spaceru udało się nam znaleźć miejsce i wybrać posiłek. Postawiliśmy na węgierskie lawasze. To był doskonały wybór, bo kosztowały po kilkanaście złotych i bardzo dobrze smakowały, szczególnie mój, czyli bezmięsna wersja z warzywami i dużą ilością sera. Pani z obsługi miała świętą cierpliwość do ludzi z długiej kolejki i za cichy głos, aby informować ich
o gotowych zamówieniach.
Lemoniadę kupiłam w trucku z naleśnikami
i szczerze mówiąc nie przypadła mi do gustu.


Niestety lawasz nie zaspokoił w pełni naszego apetytu, dlatego skupiliśmy się na tajskie lody
z popularnego Rolls & Rolls. Mam mieszane uczucia… Już raz jadłam tajskie lody sprzedawane w budce na Szewskiej i one wygrywają z Rolls & Rolls. Dlaczego? Ponieważ lody na Bezogródku miały niejadalny kubeczek i oprócz sosu nie było możliwości kupienia innych dodatków jak na przykład pianki lub żelki. Również zaskakująco szybko się roztapiały. Wybrany przeze mnie smak- Knopers dupy nie urwał. Paradoksalnie bardziej smakowało mi mango, a ja nie lubię owocowych lodów. Czy te lody są warte 10 zł od sztuki? Nie. I nie pomaga tu nawet miła obsługa.


Podsumowując zachęcam Was do posiłków w bezogródkowych foodtruckach. Szczególnie polecam węgierskie lawasze, a lody tajskie raczej odradzam.
Węgierski foodtrack: 8/10.
Rolls & Rolls: 3/10



 

 
Spacer. Powolne zwiedzanie. Te pojęcia nie funkcjonują w moim słowniku. Zawsze biegałam po mieście z wywieszonym językiem, aby zobaczyć więcej. Po pewnym czasie uświadomiłam sobie, że to źle
i postanowiłam wprowadzić filozofię slow do moich podróży. Lwów idealnie nadawał się na pierwszy ogień.


Lwów jest miastem ogromnej ilości pięknych uliczek
i zabytkowych kamienic. Centrum doskonale nadaje się do chodzenia “gdzie nas oczy poniosą”. Tak właśnie robiliśmy. Spacerowaliśmy Prospektem Swobody, lwowskim rynkiem ozdobionym klasycznym ratuszem oraz ślicznymi alejkami, podziwiając architekturę.




Niejednokrotne natknęliśmy się na prawdziwą perełkę jak na przykład poniższa kaplica Boimów lub piękne cerkwie czy kościoły.


Podczas naszej lwowskiej majówki żar dosłownie lał się z nieba. Taka pogoda nie sprzyja city breakowi. Dlatego niezwykle często zatrzymywaliśmy się
w różnego rodzaju knajpkach na piwo, wino, kawę lub drobny posiłek.



CORKS & CRUMBS


Sporo czasu spędziliśmy w ogródku Corks & Crumbs. Byłam niezwykle zadowolona z orzeźwiającej frappe, którą tam piłam. Smak tej kawy już zawsze będzie mi się kojarzył z wakacjami. Ceny jak zawsze we Lwowie niskie, a kelnerka prawie mówiła po polsku. Uroku lokalowi dodawał fakt, że mieścił się na bardzo ładnej uliczce.
Ogólna ocena: 9/10.





PIZZERIA FELICITA


Wieczorem po długich spacerach zapragnęliśmy, aby tradycji stało się zadość i poszukiwaliśmy pizzerii. Nie było to proste zadanie, ponieważ około 22 większość lokali we Lwowie się zamyka (strasznie wcześnie). Załapaliśmy się jednak jeszcze na całkiem smaczną pizzę na cienkim cieście i delikatną cielęcinę w restauracji Felicita.


Wszystko w bajecznie niskich cenach i z obsługą mówiącą po polsku. Uwielbiam jadać w tym mieście!
Ogólna ocena: 8/10.


Podsumowując mój plan powolnego zwiedzania Lwowa został zrealizowany, a pomysł przeplatania zabytków i restauracji jest najlepszą formą turystyki, jaką kiedykolwiek praktykowałam.
 

 
“Gdybym się kiedyś urodzić miała znów to…” na pewno nie we Lwowie. Nie zmienia to faktu, że wrócić tam kiedyś mogę.


Dlaczego nie zgadzam się z słowami popularnej piosenki? Lwów w prawdzie piękny ma też swoje mroczne strony. Dlaczego nie chciałabym urodzić się we Lwowie:

1. Chodniki. Narzekałam na krakowskie chodniki, ale już tego nie robię. Te lwowskie są o tysiąc razy gorsze. Dziura na dziurze i dziurą pogania. To jest niebezpieczne i stwarza zagrożenie dla pieszych- boleśnie się o tym przekonałam, a moje rozbite kolana jeszcze się nie zagoiły. Walizka na kółkach też nie wyszła z tego wyjazdu bez szwanku.

2. Zasady ruchu drogowego, a właściwie ich brak. Miejscowi jeżdżą zdecydowanie za szybko i nigdy nie widziałam czy będą łaskawi wyhamować, gdy akurat przechodziłam po czymś, co jest niby pasami, ale tego też nie była pewna. Nawet znaków drogowych jest w tym mieście niewiele.

3. Lwów jest jak dr Jekyll mr Hyde. Z jednej strony piękne uliczki, kościoły, cerkwie, zapierająca dech opera, a z drugiej odrapane kamienice, zaniedbane podwórka. Mam wrażenie, że jeśli coś nie jest wielkim zabytkiem tylko jedną z wielu kamienic
w centrum miasta to nie warto inwestować w renowację tego budynku. Niestety to podejście wynika zapewne
z braku funduszy. Mój Luby stwierdził, że Lwów to taki Kraków 30 lat temu, gdy nikt nie wydawał pieniędzy na restaurację pomniejszych zabytków. To bardzo trafne podsumowanie, jednocześnie daje nadzieję na przyszłość.

Powody, dla których chciałabym wrócić do Lwowa:

1. Ceny. Nigdy, żaden wyjazd nie był tak tani. Ceny we Lwowie są bajecznie niskie. Wszystko kosztuje przyjemnie mało. Nic tylko zwiedzać, jeść, pić
i kupować pamiątki.
2. Zabytki. Oczywiście nie zwiedziliśmy wszystkiego, a więc jest powód do powtórki wycieczki.
3. Gastroturystyka. Moja ulubiona forma zwiedzania. Lwów obfituje w piękne lokale utrzymane w stylistyce 20-lecia międzywojennego. Najlepszy plan na zwiedzanie to: zabytek, knajpa, zabytek, knajpa itd.


Skoro już wyżej o pamiątkach była mowa to pokażę, co kupiłam dla siebie oraz dla znajomych.
Oprócz standardowych rzeczy typu magnes na lodówkę
i brelok z lwem (jest w herbie Lwowa) kupiłam również naszyjnik z koralików, który pierwszy raz zobaczyłam na Ukrainie. Bardzo lubię przywozić biżuterią charakterystyczną dla kraju, który odwiedzam. Niestety nie znalazłam rozkładanej książeczki z widokami, dlatego postawiłam na zestaw pocztówek.


Oczywiście jednym z najlepszych prezentów z Lwowa jest wódka. Polecam, bo smakuje naprawdę dobrze. Nam przypadło do gustu również lwowskie piwo 1715. Przywiozłam też dwa wina, ale nie spodziewam się po nich cudów.
To, co tygryski lubią najbardziej, czyli słodycze. Zdecydowanie najwięcej przywieźliśmy czekolady Roshen wyprodukowanej przez koncern, którego założycielem prezydent Ukrainy Petro Poroszenko, zwany “czekoladowym królem”. Wyroby Roshen są przepyszne!
Zaskoczyły nas chipsy o smaku owoców morza, kupiliśmy krabowe i homarowe. Również polecam.


Kupując pamiątki na Ukrainie należy pamiętać, że niestety do Polski nie możemy wwieźć takich rzeczy jak kawior czy suszone owoce morza. Trzeba również zwracać uwagę na limity towarów, które można przywieźć:
- 16 litrów piwa
- 4 litry wina niemusującego
- 1 litr alkoholu wysokoprocentowego (powyżej 22%) lub 2 litry alkoholu do 22% (np. wina wzmacniane lub wina musujące)
- 40 sztuk papierosów lub 10 cygar lub 50 gram tytoniu
- artykuły spożywcze o łącznej wartości do 200 euro, przy jednoczesnym zachowaniu limitu 2 kg na jeden artykuł


Pomimo kilku minusów polecam wycieczkę do Lwowa. Co dokładnie warto zobaczyć, gdzie jeść i spać oraz jak dojechać napiszę w kolejnych wpisach.

 

 
Hotelowe śniadanie bez hotelu? W urokliwym lokalu? To możliwe! Takie cuda dzieją się w Kolanku No 6 na krakowskim Kazimierzu.


Poszukując opcji na śniadanie z przyjaciółką wiedziałam, że chcę znaleźć bufet typu “płacisz raz i jesz ile chcesz”.
No i znalazłam i czułam się jakbym odkryła skarb.


Za śniadanie zapłacimy 22 zł od osoby a do wyboru mamy całe mnóstwo pyszności: wędliny, kiełbaski, bekon, jajka w różnej postaci, tarty, płatki, słodkie ciasta, sałatki i wiele innych pyszności. Do tego nieograniczona ilość kawy, herbaty i wody. No żyć nie umierać i nic tylko jeść długie śniadanie od 8 do 12.


Celebracji najważniejszego posiłku sprzyja wystrój Kolanka. Klimatycznie, dużo drewna oraz zieleni, nawiązania do stylu kolonialnego, piękny ogródek
i dużo miejsca. Obsługa również bardzo miła. Podobało mi się zwłaszcza, że nawet na 10 minut przed końcem śniadania dalej uzupełniali braki na szwedzkim stole. Brawo, to się chwali.


Podsumowując to zdecydowanie najlepsze knajpiane śniadanie, jakie jadłam. Musicie tam pójść!
Ogólna ocena 10/10.
Adres: Kraków ul. Józefa.
 

 
Zwiedzanie muzeów znajdujących się w domach sławnych ludzi napawa mnie być może złudna, nadzieja, ze stąpam po tej samej podłodze, co oni kiedyś. Tym razem chodziłam po deskach Jana Matejki.


Nie ulega wątpliwości, że gdyby nie Matejko i jego upór Kraków nie byłby dziś taki, jaki jest. To wielki malarz doprowadził do zachowania części dawnych murów obronnych, przyczynił się do powstania Sukiennic w takim kształcie, jakie znamy je współcześnie i pozostawił w Krakowie swoje wielkie (dosłownie i w przenośni) dzieła np. jedno z moich ulubionych czyli "Pochodnie Nerona".
Nic dziwnego, że w jego domu przy ulicy Floriańskiej powstało muzeum.




Placówka po brzegi wypełniona jest pamiątkami po artyście takimi jak przedmioty codziennego użytku, pamiątki rodzinne oraz obrazy i szkice. Poznajemy historię jego życia.




Zwiedzając muzeum dowiadujemy się sie, że Matejko był prawdziwym człowiekiem renesansu, wszechstronnie uzdolnionym z rozległymi zainteresowaniami, ale oprócz tego był również zbieraczem.




Kolekcjonował i przygarniał wszystko, co tylko uznał za warte uwagi. Stąd w jego domu znajdziemy miedzy innymi kolekcję narzędzi tortur, którą uratował przed wyrzuceniem podczas rozbiórki Ratusza. Wszyscy goście musieli czuć się niezwykle bezpiecznie w jego domu... A dom na szczęście był duży, więc Matejko miał gdzie gromadzić swoje kolekcje.
Poza eksponatami wrażenie robi również klimatyczny dziedziniec kamienicy.




Podsumowując dopiero po wizycie w tym muzeum zrozumiałam, że Polska ma swojego mistrza na miarę Leonarda da Vinci i był nim właśnie Jan Matejko.
Polecam wizytę w jego domu zwłaszcza w niedzielę, gdy wstęp jest darmowy.
Ogólna ocena 10/10.
Adres: Kraków ul. Floriańska

 

 
Mięta to propozycja zdecydowanie wiosenno letnia. Dlaczego? Włoska kuchnia kojarząca się z słońcem
i ciepłem oraz jeden z lepszych ogródków przy restauracji.


Muszę przyznać, że bardzo lubię Miętę i ich interpretacje włoskiej kuchni. Pizza na cienkim chrupiącym cieście z minimalną ilością dodatków nadaje się akurat dla jednej osoby, a makarony zachęcają swoim smakiem do kolejnych wizyt. Szczególnie przypadło mi do gustu wyśmienite orkiszowe penne z borowikami, kozim serem i szynką parmeńską.
Polecam również przepysznie maślane gniocchi zapiekane w sosie serowym z pomidorkami
i mozzarellą.
Do tego butelka ich domowego wina i prawdziwa, choć nie najtańsza, uczta gotowa.


Obsługa jest bardzo miła, czasem jednak czas oczekiwania na kelnerkę jest dłuższy niż powinien.
Mięta urządzona jest elegancko, klasycznie i
z lekkim minimalizmem. Restauracja jest spora, dlatego z łatwością pomieści duże grupy na przykład podczas obiadów firmowych.


Podsumowując Mięta to eleganckie miejsce z pysznymi daniami idealne na randkę lub biznesowy obiad. Polecam.
Ogólna ocena 8/10.
Adres: Kraków ul. Krupnicza

 

 
Alchemia to jeden z najpopularniejszych pubów na krakowskim Kazimierzu. Ja zwiedzanie Alchemii zaczęłam od kuchni. Dosłownie i w przenośni.


Na gruncie popularności pubu powstała restauracja
o nazwie “Alchemia Od Kuchni”. Dorównuje ona sławą młodszej siostrze i zwykle ciężko tam o stolik.
Wystrój wpisuje się w najnowsze hipsterskie trendy tak samo jak klientela, a nawet obsługa, która jest bardzo uprzejma.


Menu również zalatuje, hipsteriadą, ale dzięki jemu stanowi prawdziwą perełkę. Zamówiłam burgera
z grillowanym serem halloumi, falafelem, domowymi piklami, rukolą, raitą oraz humusem z pieczoną czerwona papryką. Było wege, nieco blisko-wschodnio i przede wszystkim mega pysznie. To zdecydowanie najlepszy burger, jaki kiedykolwiek w życiu jadłam. Połączenie tych składników (których nigdy wcześniej nie próbowałam) okazało się strzałem w dziesiątkę. Wszystko do na smacznej bułce wysokiej, jakości i
z pysznymi frytkami oraz sałatką Colesław. Całość zestawu kosztowała przyzwoite 27 zł.
Moi znajomi zamówili klasyczne burgery, których smak również chwalili tak samo jak deseru- ciasta Snikers.


Podsumowując musicie iść do Alchemii Od Kuchni
i przeżyć prawdziwy foodgazm jedząc halloumi burgera.
Ogólna ocena 10/10.



 

 
Knajpiane zagłębie na Dolnych Młynów 10 prężnie się rozwija. Od niedawna można tam zjeść mięsna kanapki w Meat & Go. Dlaczego Go? Dowiedziałam się jak weszłam.


Pierwsze wrażenie nie powala- industrialny dość przytłaczający klimat, który próbowano przełamać roślinami. Po chwili pobytu udało mi się przyzwyczaić do tego wnętrza i byłoby nawet ok gdyby nie social tables. Takie stoły są teraz szalenie modne i stawiane niemal wszędzie, a ja ich nie cierpię, ponieważ nie znoszę, gdy nieznajomi dosiadają się do mojego stolika, gdy jem. Gdy nie jem też tego nie lubię. Po prostu social tables mówię: nie!


Niedogodności aranżacyjne zrekompensował mi smak kanapki. Padło na wersję kubańską: wieprzowina Mojo w cytrusach, szynka z mangalicy, kiełbasa
w stylu włoskim, ogórek konserwowy, ser szwajcarski, krem z gorczycy z miodem, sos autorski, ciabatta z masłem. To było zdecydowanie jedno z lepszych połączeń smakowych w moim życiu. Nie miałam pojęcia, że z czegoś tak banalnego jak kanapka da się stworzyć majstersztyk. Zamówiliśmy jedną na pół z przyjaciółką i to był błąd. Trzeba było kupić całą, bo połówka to za mało zarówno pod względem sytości jak i doznań smakowych. Minusem jest cena tej przyjemności- 30 zł, ale warto.


Obsługa w Meat & Go jest bardzo miła i pozytywnie nastawiona do klientów oraz chętnie doradzi
w wyborze. Szkoda tylko, że zdecydowali się na model samoobsługowy z krzyczeniem numerków zamówienia. Bardziej profesjonalnie byłoby, chociaż przynosić zamówienia do klienta.


Podsumowując z jednej strony te okropne grupowe stoły, a z drugiej ta przepyszna kanapka kubańska. Jedno odstrasza, drugie zachęca. Może faktycznie trzeba wziąć jedzenie i zrobić go?
Ogólna ocena: 7/10.

Adres: Kraków ul. Dolnych Młynów.

 

 
Dobra książka przy filiżance pysznej herbaty, albo może świeże pieczywko prosto z pieca? To wszystko dostaniecie w dwóch miejscach pod tym samym szyldem- oto Massolit.


Massolit Books- księgarnia językowa


To dość niecodzienny pomysł, aby w księgarni urządzić kawiarnię, lub w kawiarni księgarnie…
W każdym razie w Massolicie zamiast klasycznego wystroju dominują półki z książkami w obcych językach, które możemy zakupić sobie do najpyszniejszej białej herbatki, za 7 zł, jaką kiedykolwiek piłam. Miła i żywcem wyjęta z hipsterskiej krainy obsługa pokaże nam gdzie usiąść, ponieważ kawiarnia ma dwie części. Powiem szczerze, że przejście z filiżanką herbaty z jednej części lokalu do drugiej jest problematyczne. Mogliby pomyśleć o zrezygnowaniu z samoobsługi.


Podsumowując Massolit Books to perfekcyjne miejsce dla zagranicznych moli książkowych, którzy przy okazji zakupów chcieliby coś zjeść lub czegoś się napić i od razu zacząć czytać nabytą książkę.
Ogólna ocena 6/10
Adres: Kraków ul. Felicjanek


Massolit Bakery & Cafe


Dokładnie w dniu pisania posta jadłam tam brunch
z przyjaciółką. Wnętrze jest nieprzyjazne osobom chcącym zjeść “na miejscu” przez jeden, duży social table w oknie. Na szczęście można kupić też na wynos, ale czy warto? Dwa bajgle- 8 zł. Cappuccino
i bajgiel z serkiem, łososiem, szczypiorkiem, pomidorem i czerwoną cebulą- 16 zł. Niby dobry, ale twardy i poranił mi podniebienie. Następnym razem zdecyduje się na coś słodkiego i miękkiego. Oczywiście obowiązuje samoobsługa, co już mniej dziwi niż w poprzedniej odsłonie Massolitu, ponieważ piekarnio-kawiarnia jest malutka. Pracownicy są mili, ale nieco roztargnieni (zapomnieli o mojej kawie). Siedząc w lokalu obserwujemy pracę piekarzy, którzy tworzą w tym samym pomieszczeniu, a kawiarnie od piekarni oddziela jedynie niepełna ścianka działowa. Czy to dobrze? Nie wiem… Na pewno przydałaby się im zmiana wystroju na bardziej przytulny.


Podsumowując pomimo twardego i drogiego bajgla nie skreślam Massolit Bakery & Cafe i jeszcze tam zajrzę.
Ogólna ocena: 4/10
Adres: Kraków ul. Smoleńsk
  • awatar Gniazdo Os: Ja pamiętam jak za czasów studenckich chodziłam do tej księgarni po książki do napisania pracy z literatury:)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Ojców czy Zakopane? Gdy w obu przypadkach usłyszałam, że idziemy na najlepszego na świecie pstrąga nie mogłam w to uwierzyć. Przecież najlepszy pstrąg może być tylko jeden - ten
w Polańczyku.


Ojców

W Ojcowie byłam pierwszy raz w życiu (i na pewno nie ostatni) na wieczorze panieńskim mojej przyjaciółki- Kasi. Po dwóch dniach szalonej imprezy i wygłupów przyszedł czas wyjechać, ale wcześniej poszłyśmy na obiad. Kasia uwielbia pstrąga z Ojcowa, więc dylematu, co do miejscówki nie było.


Otoczenie knajpki jest przepiękne: jezioro, drzewa, lasek, łąki, drewniane elementy idealnie dopasowujące się do całego klimatu. Jednakże jak łatwo zauważyć jest to opcja typowo letnia, na dobrą pogodę. W zimie lub w deszczu tam nie zjemy, bo przecież nikt nie chce wtedy marznąć i moknąć pod gołym niebem.


Kolejka była spora, a pan z obsługi przemiły
i zabawny. Zdecydowałam się na małą porcję pstrąga, ogórki kiszone i piwo. Nie chcę wiedzieć jak wygląda duża porcja, bo z tą ledwo sobie poradziłam jedząc na spółkę z koleżanką. Ryba faktycznie była wyśmienita. Najdelikatniejszy
i najlepiej przyrządzony pstrąg z grilla, jakiego jadłam. Do tej pory czuje ten perfekcyjny smak
w ustach.
Całość kosztowała ponad 20 zł, co jest bardzo dobrą ceną jak na rybę.


Zakopane- Pstrąg Górski

Po wyprawie do Doliny Kościeliskiej moja koleżanka Roksana zaproponowała, żebyśmy szły na pstrąga, „bo tam mają najlepszego na świecie”. Już to gdzieś słyszałam…


Góralska karczma na Krupówkach, nad potokiem, urządzona w typowym, pięknym zakopiańskim stylu.


W lokalu miejsca było ogromnie dużo. Tak samo imponujący okazał się wybór pstrągów w karcie. Pstrąg Górski to dowód na to, że ryba nie musi być nudna i można ją przyrządzić na mnóstwo sposobów. Mój wybór padł na pstrąga w marynacie musztardowo- miodowej. Oh jak te smaki cudownie się przenikały! Marynata nadaje rybie wyrazistego charakteru. Porcja niewielka, ale zamówiliśmy jeszcze słuszną miskę surówek w barze sałatkowym typu “płacisz raz i bierzesz ile chcesz- też raz”. Dwie ryby, dwa napoje i sałatki łącznie kosztowały dość sporo, no, ale to w końcu góry, tam jest drogo. Na szczęście i obiad i obsługa były warte tej ceny.


Podsumowując, nie jednego pstrąga w życiu jadłam, ale muszę przyznać, że ten z Ojcowa był najlepszym grillowanym pstrągiem ever. Pstrąg Górski natomiast zachwycił mnogością nietuzinkowych opcji do wyboru. Co do rybki z Polańczyka, to w dalszym ciągu uważam, że nie ma nigdzie lepszego wędzonego pstrąga niż nad Soliną.
I tak właśnie rozwiązałam dylemat czy Ojców, czy Zakopane, czy Polańczyk.


Ogólna ocena:
Ojców: 9/10
Pstrąg Górski: 8/10
 

 
Jedno z najpopularniejszych miejsc w Krakowie i moje dwie wizyty. Jakie wnioski z nich wyciągnęłam?


Bunkier Cafe jest kawiarnią na Plantach, której ściany (o ile można to tak nazwać) to przezroczysta folia, przez którą można obserwować spacerowiczów. Wystrój jest nieco nonszalancki. Kawiarnia wygląda jakby ktoś od niechcenia poukładał w niej różne stoliki i drewniane krzesła. Brzmi dziwnie, ale naprawdę ma swój urok. Obsługa jest miłą, a ceny przyjazne dla portfela. Czy Bunkier ma jakieś wady? Owszem, ma.


Moja pierwsza wizyta miała być romantyczną randką przy filiżance pysznego cappuccino z finezyjnym wzorkiem. Miała, ale nie była nie tylko ze względu na kiepskiego partnera, ale również na całkowicie pozbawioną intymności i romantyzmu atmosferze w Bunkrze. W środku było mnóstwo ludzi, każdy stolik zajęty, wszyscy głośno rozmawiali, co tworzyło ogromny gwar. Aby słyszeć siebie nawzajem musieliśmy niemal krzyczeć.


Drugi raz do Bunkra wybrałam się na śniadanie… jesienią. Śniadanie było pyszne. W Bunkrze mają spory wybór jajek w koszulkach podanych na różne sposoby z pysznymi dodatkami. Do tego słodka cafe latte i mamy przepis na małe śniadanko. Wszystko byłoby świetnie gdyby nie pora roku i foliowe ściany, które nie chronią klientów przed chłodem, wiatrem czy deszczem.




Podsumowując, Bunkier Cafe- tak, ale nie na randkę
i nie jesienią. Polecam to miejsce na lekkie śniadanie wiosną i latem szczególnie osobom, które lubią obserwować, co dzieje się za oknem.
Ogólna ocena: 7/10.



  • awatar Gniazdo Os: Jesienią czy zimą jak nie siedzieć przy "ścianie" to jest bardzo przyjemnie i ja właśnie w te pory roku wybieram Bunkier..Ma wtedy najwięcej uroku:)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Kraków to moje miasto, mój dom. Zakopane to mój charakter, moja dusza i dzieciństwo. Rzeszów natomiast to miasto, któremu oddałam serce.


Moją miłość Rzeszów odwzajemnia dając mi niezwykłe miejsca, przez co rozkochuje mnie w sobie jeszcze bardziej. Jednym z takich lokali jest pizzeria La Sueva na ul. 3 Maja.
Wszystko tam jest grzechu warte. Cudowne, fenomenalnie skomponowane i ekstremalnie pyszne pizze popijane orzeźwiającą lemoniadą sprawiają, że nie myślę o dodatkowych centymetrach, jakie przyjdzie mi spalić po zjedzeniu całej pizzy.


Restauracja jest urządzona w pięknym rustykalnym stylu, a przy stolikach w oknie można spędzać długie godziny pomimo natłoku obowiązków do wykonania, które ciągle odkłada się bliżej nieokreślone “później”.


Miły kelner wcale nie wyrzuca gości, których uwiodły smaki i klimat La Sueva. Podchodzi do stolika i proponuje zamówienie jeszcze deseru, kawy, wina. Ceny są bardzo przystępne, więc wydaje się, że nie uszczuplają naszego budżetu. Póki nie otrzymamy rachunku zbiorczego z całego popołudnia
Podsumowując polecam Wam pizzę w La Sueva
i odpoczynek po sytym lunchu na rustykalnych kanapach z lampką wina.
Ogólna ocena 10/10.
Adres: Rzeszów ul. 3 Maja
 

 


Nie pijam kawy zbyt często i bez problemu potrafię się bez niej obudzić. Kawa jest dla mnie towarzyszem spotkań lub spacerów, jeśli jest na wynos.
Na jeden z spacerów na Błoniach wybrałam kawę
z Papierowego Kubka i bynajmniej nie chodzi tu
o naczynie, lecz o nazwę kawiarni, a właściwie budki z kawą.
Pani, która tam sprzedaje jest bardzo miła i
z braku odtłuszczonego mleka zaproponowała mi sojowe lub ryżowe. Wybrałam drugą opcję i to był błąd. Cafe Latte z mlekiem ryżowym smakuje paskudnie. Nawet duża ilość cukru trzcinowego nie pomogła.
Jestem pewna, że smak kawy byłby o niebo lepszy gdyby nie to mleko.
Na szczęście ceny w Papierowym Kubku są bardzo przystępne i będę mogła spróbować ich kawy jeszcze raz, ale z innym mlekiem.
Podsumowując, Papierowy Kubek- tak. Mleko ryżowe- nie.
Ogólna ocena 6/10.

 

 
Wszystkiego dobrego na Wielkanoc drodzy Czytelnicy!
Te święta są dla mnie wyjątkowe. Do Gwiazdki nie mogłam sie przygotować ani celebrować jej
w sposób, jaki chciałam. Odbijam sobie na Wielkanoc.
W piątek wieczór pomalowałam pisanki. Nie robiłam tego od lat. Wybrałam modny wzór w wąsy i czerwony kolor zgodny z wróżbami, które opisywałam
w poprzednim poście. Do tego napis z cyklu "Keep Clam &..." do którego dodałam "Happy Easter". Trzecią pisankę pomalowałam na niebiesko
i spryskałam złotą farbą, co miało imitować gwiazdy na niebie.
Na moim wielkanocnym stole znalazły się 3 jajka,
a więc nie wyjdę w tym roku za mąż. Dobrze, bo nie chcę.


W sobotę pierwszy raz od lat poszłam
z koszyczkiem. Nie jestem wierząca, ale szanuję każdą religię i nie mam problemów żeby wejść do kościoła. Nie uczestniczę w obrzędach, lecz im się przyglądam. Tak też było w sobotę. Lubię zwyczaj święcenia pokarmów, chętnie idę wtedy do świątyni i obserwuje koszyczki innych ludzi.


Niedziela i poniedziałek to czas wróżb
i celebracji. Uwielbiam dekorować stół z okazji świąt i innych wydarzeń. Tym razem również nie odmówiłam sobie tej przyjemności









Z równie wielką przyjemnością oglądam filmy. Istnieje mnóstwo gwiazdkowych filmów, ale tych wielkanocnych ze świecą szukać. Oczywiście nie mówię o religijnych filmach tylko takich z motywem Wielkanocy w życiu świeckich ludzi.
W tym roku ogarnęłam "Paradę wielkanocną"- musical z 1948 roku z Fredem Astairem.
Film opowiada historię tancerza, którego
w Wielkanoc porzuca partnerka (życiowa
i zawodowa), aby rozwijać solową karierę. Facet jest zdruzgotany i w przypływie pijackich emocji zakłada się z przyjacielem, że jest w stanie zrobić gwiazdę z każdej tancerki. Pada na pierwszą dziewczynę, która sie nawinie. Jak łatwo się domyśleć zakład wygrywa i przy okazji zakochuje się w nowej towarzyszce estradowej. Następną Wielkanoc spędza pod znakiem miłości.
Jak przystało na gatunek i filmy z tamtego okresu "Parada wielkanocna" jest nieco naiwna, ale dobrze zagrana i zaśpiewaną. Utwory w niej zaprezentowane wpadają w ucho i dobrze oddają wielkanocny nastrój.
Jedyne zastrzeżenie, jakie mam to segregacja rasowa występująca w filmie. Służącymi, lokajami, garderobianymi są osoby pochodzenia afrykańskiego, azjatyckiego i latynoskiego. Bardzo nie podoba mi się ten przekaz podprogowy, że inne rasy nadają się tylko do służenia białemu człowiekowi. Wiem, że to film z późnych lat czterdziestych, a wtedy świat wyglądał inaczej i również ludzie filmu byli mniej światłymi osobami. Pomimo tego rażącego minusa polecam Wam "Paradę wielkanocną" gdyż jest jednym z niewielu filmów na te święta, które nie traktują o "Biblii".


Zajączek
Postanowiłam wprowadzić w życie amerykańską tradycję, która mi się podoba. Chodzi o obdarowywanie się prezentami z okazji Wielkanocy. Umownie prezenty przynosi Zajączek w niedzielę wielkanocną i należy je znaleźć. Ja od mojego Lubego oraz rodziny otrzymałam mnóstwo słodyczy (wiedzą, że je uwielbiam) oraz sypaną herbatkę.






Mojemu Ukochanemu podarowałam czekoladowego zająca, kapcie oraz kosmetyczkę samolotową. Lubię dawać praktyczne prezenty nie zapominając przy tym o tematyce okazji.




Mama otrzymała ode mnie płyn micelarny do demakijażu, a dziadek syrop z agawy, który wzmacnia odporność i jest zdrowszym zamiennikiem cukru.


Życzę Wam mokrego Dyngusa Ja już zostałam delikatnie oblana wodą, co zwiastuje urodę
i powodzenie.
 

 
Zapewne nie wiecie, że jestem bardzo przesądna, uwielbiam wróżby i wszystko, co związane
z astrologią. Kocham też świętować wszelkie okazje, które tylko się pojawią. Jakiś czas temu wpadłam na pomysł, aby połączyć te dwie rzeczy
i celebrować święta za pomocą wróżb.


Okazuje się, że nie tylko na Andrzejki i Gwiazdkę możemy wróżyć, ale również na Wielkanoc. Prostą
w wykonaniu i szybką wróżbą jest zakręcenie na stole świątecznym dwóch jaj. Jeśli pisanki się do siebie zbliżą czeka nas szczęście w miłości.

A co jeśli się nie zbliżą? Wtedy szczęściu trzeba pomóc rytuałami. Jeśli chcecie wyjść za mąż zadbajcie, aby na stole podczas wielkanocnego śniadania znalazła się parzysta liczba pisanek. Aby oczarować obiekt westchnień należy czerwoną pisanką potrzeć części ciała, którymi pragniemy kogoś uwieść. Natomiast szczęście w związku zapewni podarowanie ukochanej osobie czerwonej pisanki.

Woda to kolejna (obok jajka) rzecz posiadająca magiczne właściwości w czasie Wielkanocy. Oblanie wodą w Lany Poniedziałek wróży dziewczynie szczęście i powodzenie. Jednakże żadna z nas nie może zostać skropiona wodą przez własnego ojca, ponieważ jest to bardzo niepomyślna wróżba.

Jako, że Wielkanoc przypada na okres wiosennego przesilenia zachowało się wiele zwyczajów
i wierzeń pogańskich zaadaptowanych na potrzeby nowego święta. Jednym z nich jest nie rozpalanie ognia w Wielki Czwartek i Wielki Piątek. Dlaczego? Ponieważ dawniej wierzono, że w tych dniach do domu przybywają dusze zmarłych oraz ubożęta- dobre duszki zwiastujące dostatek, a ogień mógłby je przepłoszyć.

Poznałam też kilka zwyczajów, których nie mam zamiaru praktykować, ponieważ są niehigieniczne- mycie twarzy wodą, w której gotowały się jajka ma zapewnić urodę. Bądź są niewykonalne zwłaszcza
w mieście, jak kąpiel w strumyku wieczorem
w Wielki czwartek lub wczesnym rankiem w Wielki Piątek również w celach urodowych.

Na koniec pozwolę sobie zaznaczyć, że chociaż jestem osobą niewierzącą z chęcią celebruję religijne święta, ale na swój sposób, który nie łączy się z religią. Traktuję je, jako okazję do spotkań z bliskimi, odpoczynku, celebrowania czasu wolnego, wykonywania kreatywnych zajęć, poświęcania się swoim pasjom. Uważam, że każdy ma prawo świętować jak chce.
 

 
Niedawno wreszcie udało mi się znaleźć miejsce
w zazwyczaj obleganej przez turystów restauracji Gazdowo Kuźnia. Czy odkryłam, dlaczego ludzie walą tam drzwiami i oknami?


W sumie to nie. Wszystko było dobrze, nawet bardzo, ale brakowało tego “czegoś”.
Bardzo ładny i spójny góralski wystrój: drewno
i ławy. Na tle innych restauracji (które w Zakopcu wszystkie urządzone są podobnie) Gazdowo Kuźnia wyróżnia się kolekcją starych zegarów na ścianie
i humorystycznymi witrażykami.


Menu również nie mam nic do zarzucenia, szczególnie przypadł mi do gustu duży wybór piw i zamówiłam zestaw degustacyjny Grimbergena. Ponadto pozycje
w karcie są opisane w “góralskiej” gwarze, co ma swój urok.


Do jedzenia wzięłam drobiowe “zawijoki” z góralskim serem, ziołami i sosem czosnkowym. Po ludzku po prostu de volaille z oscypkiem. Muszę przyznać, że dawno nie jadłam tak dobrego de volaille. Miękki
z idealną panierką, soczysty i dobrze przyprawiony. Idealny. Do tego poprosiłam o hałuski, ale te okazały się bez smaku i nie równały się z nazywanymi tak przez moją babcie kluseczki, które przyrządzała dla mnie, gdy byłam dzieckiem.


Mój Luby zdecydował się na golonkę z frytkami. Pierwszy minus to golonka w kawałku. Nie lubię się
z nią szarpać i wolę, gdy podają pokrojoną. Smakiem też nie powalała, ale ostrości nadawał jej podany
w pakiecie chrzan i musztarda. Frytki, tak samo jak mój dodatek, bez smaku.

Obsługa Gazdowej Kuźni jest względnie miła, ale ceny wysokie. Za obiad zapłaciliśmy ponad 90 zł. Czy był tyle wart? Nie koniecznie. Gdyby wszystko było równie pyszne jak mój “zawijok” powiedziałabym, że tak.


Podsumowując nie dowiecie się, co to dobry de volaille póki nie zjecie tego w Gazdowej Kuźni. Poleca jednak tylko de volaille i piwo.
Ogólna ocena 7/10.
Adres: Zakopane ul. Krupówki
 

 
Uwielbiam zwiedzać krakowskie muzea, a że jest ich sporo to dużo szczęścia przede mną. Zwykle korzystam z dni darmowego wstępu jak niedziela w oddziałach Muzeum Narodowego lub Dzień/ Noc Muzeów w Krakowie.


Tak też było w przypadku Muzeum Farmacji. Trafiliśmy tam trochę przypadkiem podczas ostatniego Dnia Muzeów. Przybytek wydawał się niepozorny, ale to tylko złudzenie
Wejście od strony ulicy Floriańskiej, którego prawie nie widać, prowadzi do sklepiku z herbatami stylizowanego na starą aptekę. Zostaliśmy poczęstowani gorącym napojem i kupiliśmy pachnącą latem, zieloną herbatę.


Niezwykle miła obsługa pokierowała nas do piwnicy i wytłumaczyła gdzie znajdziemy karty z opisem eksponatów.
W podziemiach kamienicy znajdowała się pracownia alchemika i poznaliśmy tam polską historię tej tajemnej nauki mającej na celu stworzenie złota. Tak, Polska i to w Krakowie miała swojego alchemika- Michała Sędziwoja, który dla króla Zygmunta III Wazy próbował uzyskać złoto (lub jak kto woli kamień filozoficzny) z ołowiu. Starania te podejmował w swojej pracowni na Wawelu. Niestety, jak wiemy, nie udało mu się.




Oprócz alchemicznych przyrządów w aptecznej piwnicy znajdowały się również trucizny, wdzięcznie oznakowane truposzkami.




Gdy myśleliśmy, że to już koniec, a muzeum jest malutkie wskazano nam schody na pozostałe piętra, a było ich jeszcze kilka i stryszek z suszonymi ziołami.


Wyżej poznaliśmy sylwetki sławnych polskich i krakowskich aptekarzy, którzy przyczynili się do rozwoju farmacji w naszym kraju.
Wrażenie zrobiły też bogate zbiory dawnych słojów aptekarskich.


Mnie najbardziej zafascynowała sala z niekonwencjonalnymi, dawnymi “lekarstwami”. Do dziś zadaję sobie pytanie jak po pijawkach, sproszkowanych karaluchach, czy kulkach na przeczyszczenie wielorazowego użytku, ludzie nie rozchorowali się jeszcze bardziej. Niemal na każdej etykiecie widniała informacja, że tym paskudztwem leczono właściwie wszystko.




Jedyne, w co wierzę to w uzdrawiającą moc “rogu jednorożca”, który znajdował się wśród tych wszystkich dziwactw


Po wyjściu byliśmy zaskoczeni i zachwyceni historią farmacji, uprzejmością obsługi oraz ogromem muzeum i ilością eksponatów. Muzeum jest genialne i gorąco je polecamy wszystkim turystom i mieszkańcom, którzy chcą poznać swoje miasto.
Ogólna ocena: 10/10.
Adres: Kraków ul. Floriańska
 

 
Pierwszy raz próbowałam legendarnych ciastek Cinnabon. Jakie zrobiły na mnie wrażenie?


Na samym dole, w Galerii Krakowskiej jest mało zachęcająca do wysepka Cinnabon. Czemu mało zachęcająca? Bo stoi na korytarzu, którym przemieszczają się podróżni między dworcem autobusowym, dworcem kolejowym, przystankami autobusowymi i tramwajowymi “Dworzec Główny”. Jednym słowem tłumy ludzi patrzą, co akurat jecie i jak lukier z ciastka brudzi Wam brodę.


Bardzo chciałam spróbować ciasteczek Cinnabon, ale nie chciałam siedzieć w tak zatłoczonym miejscu. Proste rozwiązanie- wzięłam na wynos. Skusiłam się na klasyczne ciastko cynamonowe oraz na wariacje
z białą czekoladą. Skorzystałam z rozdawanej wtedy w centrum handlowym zniżki i zapłaciłam nieco mniej za słodkości, które i tak są sprzedawane
w przystępnych cenach (spodziewałam się wyższych).
Wrażenia? Mega, mega, ekstremalnie słodkie. Zjadłam 1,5 ciastka i miałam dość słodyczy na cały dzień, a takie cuda się u mnie nie zdarzają. Cinnabon były pyszne, a klasyczna wersja to idealnie dobrane proporcje cynamonu i pysznego ciasta, jednak pokonały mój apetyt na słodycze.
Z pewnością kupię je jeszcze nie raz, ale tym razem zjem tylko jedno- to mniejsze.


Podsumowując nie wyobrażam sobie, że można być wielbicielem łakoci i nie poznać smaku kultowych Cinnabon. Należy jednak uważać, bo ich słodycz łatwo przedawkować.
Ogólna ocena: 8:10.
Adres: Kraków ul. Pawia- Galeria Krakowska, poziom -1.
 

 
Oprócz odkrywania restauracji z pysznym jedzeniem lubię poznawać też ciekawe sklepy, w których można kupić produkty z innych krajów. Tak właśnie trafiłam do dwóch sklepików.


Arabskie Delikatesy
Obok Starego Kleparza znajduje się całkiem sporych rozmiarów sklep arabski. Kupimy tam pyszną, czarną arabską kawę, ostre przyprawy, egzotyczne herbaty
i ekstremalnie słodkie słodycze. Jeśli jesteście amatorami chałwy lub baklawy to miejsce dla Was. Ja zakochałam się w batonikach daktylowych. Natomiast ryby, które kupiłam były paskudne.










Delikatesy Greckie
Po pobycie w Grecji zostały mi miłe wspomnienia
i miłość do greckiej kuchni. W sklepie na ul. Długiej kupuje przysmaki rodem z Hellady. Jako, że jestem ogromnym łakomczuchem to na pierwszym miejscu są nadziewane kremem rurki i słodkie, owocowe galaretki obsypane cukrem- pudrem. Jeśli szukacie pity, przypraw lub wariacji na temat oliwek również się nie zawiedziecie.






Zachęcam Was do eksperymentów i poznawania innych krajów i kultur również poprzez kuchnie. Tym bardziej, że dzięki takim sklepom mamy możliwość robić to u siebie w domu i to tanim kosztem (no na pewno tańszym niż bilety lotnicze).
 

 
Słyszałam plotkę, że ponoć chcą zlikwidować wszystkie knajpy na terenie dawnej fabryki papierosów na ulicy Dolnych Młynów i postawić tam hotel. Trzeba korzystać póki się ta i jadać w nich póki jeszcze istnieją. Na dodatek ostatnio otworzyło się kilka nowych na przykład Pinoteka.


Do Pinoteki wybrałam się z przyjaciółką- Karo
w niedzielę na obiad. Wybór dnia nie był przypadkowy, ponieważ to właśnie w niedzielę Pinoteka ma przecudną promocje: do dania głównego deser za 1 zł.


Jako danie główne zamówiłyśmy Pinoteka Burger? Muszę przyznać, że był wyśmienity i pierwszy raz ubrudziłam sie tylko trochę (a nie cała) jedząc burgera. Dobrze skomponowane dodatki i odpowiednio wypieczone mięso oraz chrupiący boczek sprawiły, że to jeden z lepszych burgerów, jakie jadłam. Do tego dwie sałatki, jako dodatki.


Deser, czyli mus cytrynowy w słodkimi chrupkami to prawdziwa poezja smaków. Rzadko decyduje się na desery z silnym owocowym akcentem, ale to był naprawdę dobry wybór. Delikatnie kwaśny mus idealnie równoważył słodki smak kruszonki.


Obsługa w Pinotece jest miła i niesamowicie wyluzowana, a ceny nie powalają z nóg. Burger kosztuje 29 zł, a herbata 9 zł.

Wystrój mnie zachwycił. Było dość eklektycznie
z przewagą loftowego stylu i to właśnie jest sposób urządzania wnętrz, w którym ostatnio się zakochałam. Mnogość różnorodnych dodatków łagodzi surowość industrialnego loftu, nadaje mu przytulności i wydobywa to, co najlepsze.


Ogólnie wszystko świetnie i w samych superlatywach, ale mam jedno drobne zastrzeżenie. Wybór jest strasznie mały. Jeśli chodzi o dania główne to wybieramy pomiędzy burgerem, burgerem, burgerem, a żeberkami. Makarony, sałatki oraz desery są do wyboru tylko dwa. No przydałaby się tu taka sama rozmaitość jak w wystroju. Jedynie karta alkoholi jest odpowiednio rozbudowana.

Podsumowując zachęcam Was do skorzystania
z niedzielnej promocji w Pinotece i zamówienie dokładnie tego, co ja- burgera i musu cytrynowego. Śpieszcie się smakować, bo knajpy w Krakowie tak szybko odchodzą
Ogólna ocena: 9/10.
Adres: Kraków ul. Dolnych Młynów