• Wpisów:481
  • Średnio co: 5 dni
  • Ostatni wpis:wczoraj, 14:12
  • Licznik odwiedzin:65 273 / 2595 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Dosłownie sąsiaduje.


Wycieczkę do Saloników na 4 dni dostałam w prezencie urodzinowym od mojej przyjaciółki Kaśki. Byłam zachwycona, bo jeszcze nigdy nie odwiedziłam Grecji kontynentalnej.


Mój zachwyt nie minął, tylko się pogłębił,
a Saloniki urzekły pięknem. Pierwszy raz byłam
w mieście, gdzie tuż obok starożytnych ruin stoją bloki mieszkalne. Na początku było to dla mnie szokiem, potem się przyzwyczaiłam i polubiłam ten widok.


Zwiedzanie

Tak naprawdę spora większość zabytków w Salonikach to ruiny. Polecam wycieczkę na stare mury miejskie na wzgórzu. Roztacza się stamtąd piękna panorama.




W centrum znajdziemy ruiny łuku triumfalnego cesarza Galeriusza.




Niedaleko promenady znajdują się ruiny Forum Romanum, w którym prowadzone są wykopaliska archeologiczne. Wejście na teren ruin jest płatne, ale cały ich teren doskonale widać z góry.


Oprócz ruin polecam również spacer promenadą, gdzie możemy podziwiać pomnik Aleksandra Wielkiego oraz ciekawą instalację z parasolkami. Rzeźby robią wrażenie zwłaszcza wieczorem.




Obok pomnika znajduje się symbol Salonik, czyli biała wieża, która dawniej pełniła funkcję obronną, a za panowania turków była więzieniem. Dziś jest tam Muzeum Miasta Saloniki. Wstęp kosztuje 4 euro
i szczerze mówiąc to i tak za dużo. W Białek Wieży znajdziemy głównie multimedialne pokazy i zdjęcia,
a "wykopanych z ziemi salonickiej" eksponatów jest tam garstka. Na szczycie wieży znajduje się ładny punkt widokowy, ale to w dalszym ciągu za mało.








Saloniki obfitują natomiast w piękne kościoły. Wrażenie robi bogato zdobiona Bazylika św. Dymitra- patrona Salonik. To jedyna prawosławna świątynia,
w której znajduje się mauzoleum jej fundatora.






Warte odwiedzenia jest również kościół Panagia Chalkeon zbudowany na dawnej świątyni Chefajstosa.


Podsumowując, jeśli planujecie zwiedzanie Saloników, to na pewno nudzić się nie będziecie, no chyba, że pójdziecie do muzeum w Białej Wieży.

 

 
Od kilku tygodni mam niewątpliwa przyjemność testować bardzo bakaliowe tabliczki w czekoladzie, czyli nowy produkt Bakalandu.


Jeśli spodziewacie się czekolady z bakaliami tylko
w wersji mini, to się mylicie i pozytywnie zaskoczycie. Tabliczki są miksem bakalii
i czekolady, który przypomina konsystencją raczej batonik energetyczny niż czekoladę. Smakują o niebo lepiej, a energii dodają tak samo. Plus mają obniżoną zawartość tłuszczu, co sprawia, że są fit.


Sprawdzały się idealnie jako przekąska w ciągu dnia, drugie śniadanie w podróży, czy coś do przegryzienia w trakcie górskich spacerów.


Mój ulubiony smak to ten z kokosem. Serdecznie polecam i sama na pewno będę je kupować!

Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Piwa kraftowe zawładnęły Krakowie. A ja chodzę od kraftowni do kraftowni i degustuję.


Jestem zachwycona BroPubem by Brokreacja. Mają przepyszne rzemieślnicze piwa i smakowite przekąski. Szczególnie polecam ziemniaczki i frytki z batatów. Pierwszy raz jadłam batatowe frytki, które nie były za słodkie.
Urzekł mnie też niekonwencjonalny wystrój. Niby zwykły pub, ale kreatywne grafiki na ścianach mnie powaliły.


Obsługa BroPub by Brokreacja jest miła
i uśmiechnięta. Barman chętnie z Wami pogawędzi
i doradzi.
Na szczęście pomimo mody na krafty w lokalu ceny są dosyć przyjazne dla portfela.


Podsumowując polecam na BroPub by Brokreacja na piwo ze znajomymi. Mają duże stoły i transmitują mecze,
a w ich ofercie każdy znajdzie coś dla siebie.
 

 
Nie mogłam dodać wpisu tutaj, więc zamieszczam link do mojego drugiego bloga. Tam zakończenie mojej relacji z pobytu w Wiśle: https://gdzietuwyjsckrakow.blogspot.com/2019/05/gtw-w-podrozy-wisa-gdzie-spac-i-gdzie.html
 

 
Czemu prawie? Bo administracyjnie to Wieliczka, ale jest tak pysznie, że warto zrobić sobie wycieczkę.


Karczma jak sama nazwa wskazuje wystrój ma karczmiany, drewniany, wiejski. Doceniam, że nie góralski, bo to w końcu Wieliczka nie góry.

Specjalnością Karczmy są żeberka. I muszę przyznać, że faktycznie mogą je uznać za swoje flagowe danie. Są przepyszne, idealnie przyrządzone, a te w zalewie piwnej rozpływają się w ustach. A skoro już o piwie mowa to w Karczmie pod Wielką Solą mają swoje autorskie, warzone na miejscu piwo. Standardowo jasne i ciemne oraz kilka sezonowych. Wszystkie warte są spróbowania.
Kroku żeberką dotrzymują genialne placki ziemniaczane z sosem pieczarkowym, gdzie grzybki są miękkie i świeże.

Obsługa w Karczmie jest na najwyższym poziomie, wszystkie kelnerki są przemiłe i mają anielską cierpliwość. Restauracja otwarta jest do 23. My wychodziliśmy o 23:20, a inni goście nie wyglądali na skorych do wstania od stołu. Nikt z personelu nie popędzał klientów.


Wisienką na torcie są ceny. Pół porcji żeberek i dwa piwa to koszt jedynie 34 zł. Do tego dostajemy przystawkę za darmo.

Podsumowując polecam Wam Karczmę pod Wielką Solą. To lokal, w który nie znalazłam żadnych minusów.
Ogólna ocena: 10/10.
 

 
Hotel Gołębiewski to miejsce, którego nikomu nie trzeba przedstawiać. Natomiast cukiernie U Janeczki przedstawiono mi, jako najlepszą w okolicy. Jakie są moje wrażenia?


Hotel Gołębiewski

Pierwszy raz miałam okazję korzystać z atrakcji Gołębiewskiego i jestem zachwycona. Szczególnie przypadł mi do gustu Park Wodny Tropikana. Wstęp na 1,5 godziny kosztuje niewiele ponad 30 zł, a za każdą następną godzinę płacimy 5 zł. Czyli ogólnie tanio, a oferta parku jest przeogromna. Oprócz standardowych basenów, zjeżdżalni i mnóstwa jacuzzi z ciepła wodą są również ogólnodostępne sauny, kriokomory, lecznicze banie, pomieszczenia solankowe. Jeśli wybierzemy się do Tropikany
w pogodny dzień możemy skorzystać z atrakcji znajdujących się na tarasie. Do dyspozycji klientów parku wodnego jest również bar, ale ceny są kosmiczne. Dużym plusem jest natomiast darmowa woda i fakt, że nie musimy martwić się o ręcznik, bo wypożyczamy je w cenie wejściówki.


Po długim szaleństwie w basenach Tropikany postanowiłyśmy się zrelaksować w hotelowym barze
i wznieść toast za babski wyjazd szampanem. Koszt całej butelki to 60 zł, a więc przystępna cena jak na Gołębiewski. W elegancko urządzonym barze możemy skosztować równie imponująco wyglądających deserów, które wcale nie zrujnują nam portfela.


Wprawione w doskonały nastrój poszłyśmy potańczyć do klubu, który również znajduje się na terenie Hotelu Gołębiewski.
Gdy pląsy i miodówka już się nam znudziły, przeszłyśmy do sali obok by na koniec dnia pograć chwilę w cymbergaja i inne tego typu zabawy.
Naturalnie obsługa wszystkich atrakcji hotelowych była niezwykle uprzejma i profesjonalna.



Myślę, że jeszcze kiedyś zawitam do Hotelu Gołębiewski, może tym razem w Mikołajkach.

Ogólna ocena: 10/10.

Cukiernia U Janeczki


Czy faktycznie najlepsza w okolicy? Jeśli tak, to oznacza, że reszta jest raczej słaba. Janeczka ma względnie miłą obsługę, średniej wysokości ceny, troszkę kiczowaty wystrój i niezbyt dobre lody. Natomiast pochwalić trzeba janeczkowe ciasta, które są przepyszne. Kawa też daje radę. Czy odwiedzę znowu? Nie wiem, ale jeśli będę miała wybór, to sprawdzę, czy czasem ktoś z konkurencji nie zasłużył bardziej na miano “najlepszej cukierni w Wiśle”.
Ogólna ocena: 6/10.


Jak widać odkrywania Wisły ciąg dalszy. Miasteczko, chociaż małe i spokojne to potrafi sprawić, aby turyści się w nim nie nudzili. Czy potrafi też dobrze nakarmić? O tym będzie następny wpis poświęcony Wiśle.
 

 
Wspominałam już tu, że Śląsk jest moim zeszłorocznym odkryciem, a odkopując ten skarb (bo nie węgiel) trafiłam na kilka dni do Wisły.


Na myśl o wyjeździe do Wisły w mojej głowie pojawiło się od razu pytanie: co tam robić?

To spokojne miasteczko ma do zaoferowanie kilka ciekawych atrakcji turystycznych.



1. Czekoladowy pomnik Adama Małysza w Domu Zdrojowym
Jak Wisła to oczywiście Małysz. W holu Domu Zdrojowego znajdującym się przy deptaku zobaczymy pomnik naszego najpopularniejszego skoczka wykonany z… białej czekolady. Serio Niecodzienny
i intrygujący pomysł. Do holu Domu wejdziemy całkowicie za darmo.



2. Skocznia

W samym centrum Wisły znajduje się skocznia narciarska, na której odbywają się zawody młodych skoczków i treningi. Podziwiać sportowe wyczyny przyszłych następców Małysza możemy również latem. Ja w Wiśle byłam w sierpniu i akurat trafiłam na turniej juniorów.


3. Deptak i kościół Piotra i Pawła

Deptak to niewątpliwie najpopularniejsze miejsce spacerowe. Dookoła usiany sklepikami z pamiątkami
i knajpkami, w których możemy usiąść. Na końcu alejki znajduje się warty zobaczenia kościół Ewangelicko- Augsburski apostołów Piotra i Pawła.


4. Park z pomnikami

Jeśli deptak to dla nas za mało to mijając kościół
i idąc dalej prosto, dotrzemy do parku, w którym znajdują się rzeźby pociesznych misiów oraz alegoryczne przedstawienie Źródeł Wisły. Czy udane? Mnie nie chwyciło za serce.




5. Muzeum Magicznego Realizmu

No to jest prawdziwa perełka Wisły. Muzeum, w którym znajdują się surrealistyczne prace różnych twórców. Trzeba przyznać, że grafiki powalają na kolana.






W zbiorach muzeum znajdują się nawet szkice najwybitniejszego przedstawiciela nurtu, czyli Salvadora Dalego.




No, ale Polacy nie gęsi i swojego surrealistycznego mistrza też mają. Jest nim Jakub Różalski, którego ogromny zbiór grafik, można podziwiać w wiślańskim muzeum. Przyznam, że to jeden z moich ulubionych twórców, a jego prace wprawiają mnie w zachwyt. Do tego stopnia, że kupiłam plakat z poniższą ilustracją pt. “Gdzie kiedyś stała pogańska świątynia”.




To jedyna płatna atrakcja na mojej liście, a wejście kosztuje 8 zł.


Jak widać zwiedzanie Wisły nie należy do przeżyć ekstremalnych. Miasteczko nadaje się na spokojny, wypoczynkowy wyjazd.

 

 
Jedziemy na Śląsk! To zdanie padło w tym roku niezwykle często. Podczas jednej z podróży zgłodnieliśmy. Zatrzymaliśmy się w przydrożnej restauracji w Czechowicach Dziedzicach. Nie spodziewaliśmy się niczego specjalnego, a okazało się, że w Czarda Grill dzieje się magia.


Knajpa jest urządzona w stylu gospody: dużo drewna
i rustykalne akcenty. Dużo jest też miejsca. Obsługa tak średnio uprzejma, ale tragedii nie ma. Tym, co sprawiło, że nawet teraz chciałabym wstać i tam pojechać jest jedzenie.


Jaka ta rolada z kapustą i kluskami śląskimi była pyszna! Rozpływała się w ustach za sprawą delikatnego, perfekcyjnego sosu. A polędwiczki wieprzowe były najlepszymi, jakie w życiu jadłam! No po prostu majstersztyk!


Nawet ze zwykłego kurczaka, w Czardzie potrafią wydobyć poezję smaku, a świadczy o tym szaszłyk drobiowy lub przepyszna rolada nadziewana serem, papryką i szynką.

Na koniec trzeba dodać, że za ogromne porcje wyśmienitego jedzenia zapłacimy bardzo mało.


Podsumowując: zabierzcie mnie tam na obiad i to już!
Ogólna ocena: 9/10.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Wstyd się przyznać, ale do minionego lata traktowałam Śląsk po macoszemu. Myślałam, że nie ma nic do zaoferowania, tylko węgiel i hołdy. Bardzo się myliłam! Tego lata odkryłam Śląsk i zakochałam się w nim. Rok 2018 był rokiem Śląska.


Chorzów
Do Chorzowa zawitałam ze względu na koncert jednej
z moich ukochanych grup, czyli Guns N’ Roses. Koncert był niesamowity. Odchudzony Axl stanął na wysokości zadania i śpiewał przez kilka godzin,
a Slash popisywał się swoimi gitarowymi umiejętnościami. To było niezwykłe przeżycie zobaczyć legendy rocka w akcji na żywo.



Przed koncertem zrobiliśmy sobie support w postaci zwiedzania chorzowskiego zoo. Mój Luby jest wielkim fanem takich atrakcji.

Bilet wstępu kosztuje kilkadziesiąt złotych, ale to dobrze wydane pieniądze. Zoo jest ogromne i oferuje mnóstwo atrakcji, a wybiegi zwierząt są tak przygotowane, aby zwiedzający mogli je oglądać
z każdej strony, nawet gdy zwierzaki mają ciężki poniedziałek i nie wyszły jeszcze ze swoich “sypialni”.


Spacer po kompleksie trwa dobrych kilka godzin, ale na szczęście na terenie zoo znajdują się punkty gastronomiczne, gdzie można kupić coś do picia lub przekąskę.




Zoo w Chorzowie polecam wszystkim entuzjastom takich rozrywek.

Ogólna ocena: 10/10.


To właśnie zoo było pierwszą atrakcją, która przekonała mnie, że Śląsk ma mi dużo do zaoferowania.

W ciągu następnych kilku miesięcy odwiedziłam Wisłę, zawitałam do dwóch śląskich górskich chatek, zwiedziłam jedną z kopalni i uskuteczniłam gastroturystykę po Katowicach. No i polubiłam śląską kuchnię, ale o tym później.

Podróżujcie na Śląsk, bo warto!

 

 
Prosecco do śniadania! Pomysł na miarę Nobla!


W praskim Signor Bistro wszystko jest idealne. Prześliczny, modny, kolorowy i pomysłowy wystrój.

Przepyszne, innowacyjne śniadanie. Połączenie jajek i awokado skradło moje serce. Do wyśmienitego śniadania kieliszek zimnego Prosecco.

To wszystko w przystępnej cenie i podane przez przemiłego kelnera.





Podsumowując, gdy będziecie w Pradze, a
w szczególności, gdy będziecie nocować na Żiżkowie to koniecznie idźcie na Prosecco do śniadania do Signor Bistro.

Ogólna ocena: 10/10.



 

 
Rok 2006 moja pierwsza wizyta w Pradze. 2013 Praga drugi raz. No i 2018 Praga po raz trzeci. Jak zmieniło się to miasto w ciągu 17 lat?


Maj 2006
To była moja pierwsza zagraniczna wycieczka. Oczywiście szkolna, więc zaliczyliśmy wszystkie standardowe zabytki typu Hradczany, zegar Orloj, Most Karola, Stare Miasto. Było ciepłe, wiosenne słońce i nie było opcji na indywidualne zwiedzanie.


Listopad 2013


Pierwszy zagraniczny wyjazd z moim Lubym, a dla niego pierwszy pobyt w innym kraju. Pokazałam mu wszystkie standardowe zabytki, które ja widziałam
w 2006. Z tamtego pobytu pamiętam chłodną Pragę pachnąca słodkimi, pysznymi tredelnikami. Pamiętam dobre piwo, wyśmienite jedzenie i przystępne ceny. Oprócz sztampowych atrakcji odwiedziliśmy też Muzeum Średniowiecznych Narzędzi Tortur, które polecam.



Wrzesień 2018


Pojechaliśmy z grupą znajomych. Nasza przyjaciółka Kasia była w Pradze pierwszy raz. Trzeba było jej pokazać wszystkie najpopularniejsze miejsca
i zabytki.




Nowością było Muzeum Zabawek Erotycznych- zdecydowanie polecam, bo takiego funu nie miałam dawno. Gdy ktoś pytał, co robiłam w Pradze, mogłabym odpowiedzieć, że oglądałam nieme pornole, co byłoby prawdą. Wstęp do muzeum kosztuje 250 koron.

Zauważyłam, że tredelnikami pachnie mniej,
a turystów jest masa. Ceny poszły w górę, a knajpy się popsuły. Tredelniki zyskały nadzienie np.
z lodów.


Piwo dalej smakowało pysznie, jednak obsługa była tragiczna. Kelnerka w U Wojaka Szwejka bezczelnie powiedziała, że daliśmy jej za mały napiwek! Przy czym nie zasługiwała na żaden.




Podsumowując, jeśli Praga to jesienią. Jeśli tredelnik to tradycyjny. Jeśli obiad to już nie
w Blatnice, bo poziom drastycznie spadł. Jeśli piwo to nie U Wojaka Szwejka.
Może wrócę do Pragi za 5 lat z nadzieją, że będzie lepiej.



  • awatar Andzia86: ale super podsumowanie !! Byłam jeden raz w Pradze i mi sie podobała
  • awatar Galadriel: <3 Krecik <3 :* :D kocham Pragę <3
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
To chyba czas powrotu. Jeśli zdołam.


Ostatni wpis to świąteczne życzenia... Od tego czasu moje życie stanęło na głowie.

Rok zaczęłam powrotem do bycia sngielką. Po 7 latach to nie jest łatwe, ale jakoś próbuje wrócić do normalnego funkcjonowania w tym do blogowania.

Mam kilka wpisów przygotowanych jeszcze w 2018, których nie byłam w stanie opublikować. Teraz chciałabym powrócić do pisania, czytania blogów
i książek, organizacji imprez, wychodzenia na miasto, oglądania filmów, przeglądania newsów popkulturowych, planowania moich zajęć oraz ćwiczeń. Postanowienia noworoczne w kwietniu

Może nie będzie to na początku takie systematyczne jak kiedyś, może zmieni się nieco tematyka, ale postanowiłam spróbować.

Może to nie będzie jedyna próba powrotu, jaką w tym roku podejmę.


Przy okazji Wesołych Świąt Wielkanocnych!

  • awatar Andzia86: super masz plany oby do przodu
  • awatar Galadriel: witaj w klubie... też wróciłam do bycia singielką, mocno Ci kibicuję :* fajnie, że wróciłaś :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Wesołych Świąt!

  • awatar kruk55: http://img24.dreamies.de/img/283/b/h22eoxvwerk.gif?fbclid=IwAR35Tys3CAtCQc5iXWVf0uBx-LVV5yqoopHnS5xqcMwAQ-78egO6cGvXGvE
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Czy jest ktokolwiek, komu trzeba przedstawiać markę chipsów Pringels? Wydaje mi się, że nie.

Przez ostatnie kilka tygodni miałam przyjemność być ambasadorem Pringels. Dostałam przepyszny zestaw ambasadora złożony z smaków: klasycznego, paprykowego i cebulki w śmietanie. Tym szczęściem podzieliłam się z moimi przyjaciółmi. Pringels towarzyszyły nam podczas imprezy Andrzejkowej





W trakcie oglądania filmów i przyjacielskich pogawędek przy piwku.

Nadchodzi nasze gwiazdkowe party, na którym również nie zabraknie Pringels!
 

 
Zastanawiam się czy nie zrezygnować z oznaczania Zakopanego, jako podróży. To przecież mój drugi dom!



Witkiewiczówka. Nazwa restauracji pochodzi od nazwiska znamienitego polskiego pisarza, malarza, filozofa i dramaturga- Witkiewicza, który mieszkał
w budynku gdzie teraz znajduje się lokal.
Mając do dyspozycji przestrzeń z taką przeszłością
i potencjałem oczekiwałam, że w Witkiewiczówce będzie Witkacego więcej, a nie tylko kilka reprodukcji jego dzieł.


Prawdziwym dziełem sztuki kulinarnej była natomiast sałatka z kurczakiem. Zazwyczaj nie najadam się sałatkami, ale ta stanowiła wyjątek. Idealnie skomponowana podana na efektowym, chrupiącym placku, przepyszna i w dobrej cenie.

O obsłudze Witkiewiczówki nie można powiedzieć, że są mistrzami w sztuce kelnerskiej, ale jest ok.

Podsumowując polecam wam sałatkę z kurczakiem w domu Witkacego.
Ogólna ocena: 7/10.
 

 
Nie lubimy się z tą popularną sieciówką.


Dlaczego? Bo za każdym razem jedzenie było albo niesmaczne, albo średnie albo totalnie bez wyrazu. Nie wiem jak można doprowadzić do sytuacji,
w której humus z kurczakiem i ryżem smakują jak papier.


Każda restauracja ma tak samo nudny wystrój, który nie wykorzystuje potencjału, jaki daje bliskowschodni profil.


Jedynie obsługa zawsze była na jednakowo wysokim poziomie i o kelnerach nie mogę powiedzieć złego słowa.

Podsumowując nie wiem, co ludzie widzą
w Sphinx'sie, chyba jedynie przystojnych kelnerów.

Ogólna ocena: 4/10.
 

 
Szybko, tanio, dużo i przede wszystkim smacznie. No
i głód zaspokojony.


Kanapkowania Zapiecek schowana w jednej z bram na ul. Floriańskiej to idealna opcja dla bardzo głodnych ludzi nie mających czasu pójść na obiad, którzy cenią dobre jedzenie i zasobność swojego portfela.


Podgrzewane zapieckowe kanapki są przepyszne, ich wybór jest ogromny a składniki perfekcyjnie dobrane. Szczególnie polecam wersję z twarożkiem i warzywami. Kanapkę można zjeść na miejscu lub zabrać ze sobą bez obaw, że cała jej zawartość wyląduje na naszym ubraniu. Pani, która tam pracuje dobrze wie jak przyrządzić jedzenie tak, aby klienci się nim nie ubrudzili, co
w moim przypadku jest bardzo istotne. I jest bardzo miła.


Zapiecek ma wysokie stoliki i krzesła, które specjalnie nie zachęcają do zabawienia tam na dłużej. Natomiast, smak, obsługa i niskie ceny (maksymalnie kilkanaście złotych za ogromną kanapkę) zachęcają do ponownego odwiedzenia tego miejsca.
Ogólna ocena: 7/10.

 

 
Będąc w Zakopanym często wybieram się na spacer do Doliny Strążyskiej. Przy wejściu do doliny mieści się z pozoru urokliwa Cafe Roma.


Czemu tylko z pozoru? Ponieważ cały jej urok zaczyna się i kończy na wyglądzie. Drewniany domek urządzony w eklektycznym, niebanalnym stylu z mnóstwem obrazów (które można kupić) i zieleni. To bardzo mój styl.


Niestety nie mogę polecić nic poza podziwianiem wnętrza. Wszystko, co jadłam lub piłam w Cafe Roma było słabe i za drogie. Lody całkowicie bez finezji, twardy oscypek z grilla, nijaka lemoniada, która rzekomo miała być z wodą z pobliskiego strumienia.


Gdyby tego było mało to w kawiarni obowiązuje samoobsługa, a personel jest niemiły.


Podsumowując nie wszystko złoto, co się świeci. Co
z tego, że Cafe Roma ładna skoro poza wyglądem nie ma nic do zaoferowania.
Ogólna ocena: 2/10.

 

 
Niepozorna i pyszna śniadaniownia.



To miejsce wymaga rozpromowania!
Mają tam wszystko, czego mi potrzeba do pełni zadowolenia z knajpy. Mają ładny, elegancki aczkolwiek nienachlany wystrój. Mają miła obsługę. Mają niskie ceny i duże porcje. Przede wszystkim mają przepyszne jedzenie!
Zamówiłam shakshukę i nie zawiodłam się. Co prawda nie był to smak tego dania, który pamiętam
z Izraela, ale niewiele brakowało do ideału. Ewentualne braki wypełnił ogromny kieliszek soku pomarańczowego, kosz z pieczywem i dodatki typu masło, dżem i serek topiony, które również są
w cenie śniadania. Za dwa takie zestawy zapłaciłam jedynie 35 zł.
Podsumowując, ludzie idźcie tam na śniadanie jak najczęściej, aby miejscówka nie upadła!

Ogólna ocena: 9/10.
 

 
Popołudnie 11 listopada. Krakowskie Stare Miasto pęka w szwach. Wszędzie pełno ludzi, a my szukamy stolika dla 8 osób. Zwolnił się akurat odpowiedni
w Urara. Siadamy. Zamawiamy, jemy, płacimy, nigdy tam nie wracamy.


Na temat wystroju lokalu nie ma, co się rozwodzić. Dość klasyczny, poprawny, z azjatyckimi nawiązaniami, ale ledwo dostrzegalny zza tłumu ludzi, który tam wtedy był.
Obsługa, chociaż miła i ładna to mega nieogarnięta. Męska część naszej ekipy uznała, że to słodkie. Ja, no cóż… przymknęłam oko, a nawet zacisnęłam powiekę, albo dwie aby nie widzieć tych pomylonych zamówień.

Sedno, czyli, kilka raczej średnich i za drogich ramenów, za słony tuńczyk i najbardziej mdłe sushi, jakie w życiu jadłam. Oto odpowiedź na pytanie, dlaczego nie polecam Wam Urara Sushi & Shabu Shabu.

Podsumowując po prostu tam nie idźcie.

Ogólna ocena: 2/10.
 

 
Bary mleczne to dla mnie osobny świat, jeśli chodzi o gastro. Zazwyczaj je omijam ze względu na przykre doświadczenia, ale kilka dni temu wylądowałam na… cholera wie gdzie i tam nie było niczego tylko bar mleczny Miła Kniaźnina. Zaryzykowałam. I?



No i nie pożałowałam. Dawno nie jadłam tak pysznych pierogów ruskich z dobrym farszem i znakomicie przygotowanym ciastem.
Pani, która wydawała potrawy odbiegała od standardowych pań w siatkach na głowie pracujących
w barach mlecznych. Była miła i uśmiechnięta,
z entuzjazmem witała klientów.
Nie mogę również narzekać na wystrój, ponieważ daleko było mu do baru mlecznego rodem z filmu “Miś”. Wnętrze urządzone prosto, lecz
z wykorzystaniem nowych mebli i modnych patentów takich jak ściana pomalowana farbą tablicową.


Podsumowując, jeśli dopadnie Was nagły głód na ulicy Franciszka Kniaźnina to koniecznie idźcie do baru mlecznego Miła Kniaźnina. Nie pożałujecie.
Ogólna ocena: 7/10.
 

 
Klimatyczna kawiarnia na granicy Narni i naszego świata.


Dlaczego na granicy? Ponieważ jak sama nazwa wskazuje siedzimy w szafach. I to, jakich szafach! Kolorowych, pięknie rzeźnianych oraz udekorowanych miękkimi poduchami. Wszystkie elementy wystroju lokalu tętnią feerią barw i niekonwencjonalnymi pomysłami: ciekawe malunki na ścianach, tęczowe meble, specjalnie postarzane elementy. Świetnie czuję się w takim wnętrzu.


W Cafe Szafe mogłabym spędzić długie godziny na ploteczkach i popijaniu kawy. Długie godziny można również spędzić w oczekiwaniu aż barman pojawi się za barem… Na szczęście opieszałość obsługi rekompensują niskie ceny i piękny wystrój.


Podsumowując Cafe Szafe spodoba się wszystkim fanom eklektyzmu i kawiarnianego klimatu leniwego popołudnia.
Ogólna ocena: 8/10.
 

 
Skąd taka nazwa? Nie mam pojęcia. Co jest fajnego w tym pubie? Też nie wiem.


Nazwa sugerowałaby jakoś związek z Indiami. Nic bardziej mylnego. Święta Krowa to dosyć obskurny, bardzo ciemny pub, w którym raczej nic do niczego nie pasuje, barman wydaje się ciągle upalony,
a cena za zwykłe piwo typu Tyskie to 11 zł.
Skoro tak zdzierają na klientach to mogliby zainwestować w zadbany wystrój, szyld
z prawdziwego zdarzenia (do Świętej Krowy ciężko trafić) i remont toalet, bo te wiecznie wyglądają jak zdewastowanie, a zamiast klamek mają sznurki (byłam w szoku).




Podsumowując nie rozumiem skąd popularność tego miejsca i raczej Wam je odradzam.
Ogólna ocena: 1/10.
Adres: Kraków ul. Floriańska



  • awatar Hachie: Patrząc na zdjęcia rzeczywiście nie wygląda zachęcająco i wyszłabym z tego miejsca szybciej niż bym tam przyszła. :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Spacerując po Krupówkach miniemy kilka kawiarni pod szyldem Góralskie Praliny. Zdominowały one kawiarniany rynek stolicy Tatr.


Skąd w ogóle taka nazwa? Ponieważ w kawiarni możemy kupić czekoladki w kształcie oscypka. Różnokolorowe i całkiem ładne, ale oszukane. To właściwie jest tylko pół oscypka... Pralinka nie jest okrągła tylko płaska, a płaci się za nią więcej niż za prawdziwego oscypka. Ładne, pyszne, ale drogie.


Pralinki są ładne, ale wystrój lokalu już nie. Toporne, brzydkie i niewygodne krzesła okropnie szpecą miejsce z ogromnym potencjałem. Połączenie góralskich akcentów i czekolady aż się prosi
o piękne aranżacje.


Pomimo kosmicznie wysokich cen, ultra brzydkiego wnętrza i niemiłej obsługi wszystko, co jadłam
w Góralskich Pralinach było obłędnie dobre. Ogromne, ekstremalnie słodkie ciastka z maślanym kremem rozpływającym się w ustach popijane dużą ilością herbaty zimowej to przepis na udane popołudnie. I na udane spustoszenie portfela, bo taki zestaw kosztuje tyle, co obiad- 37 zł.
Ciężko się zdecydować na konkretne ciacho.


Podsumowując drogo, ale smacznie. Raz na jakiś czas, od święta można sobie pozwolić na taką przyjemność. Jeszcze przyjemniej byłoby gdyby zmienił się wystrój i obsługa. Kawiarnia zarabia dużo, więc mają kasę na modernizację.
Ogólna ocena 6/10.
Adres: Zakopane ul. Krupówki
  • awatar NoPerfectlive: Rzeczywiście wnętrze okropne , ciężkawe i bez polotu .Ale ciacha wyglądają pysznie
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›